Zaskakujące z jednej strony jest to, jak fascynująca literacko okazać się może proza podejmująca temat zupełnie nam obojętny. Kluczem okazuje się jednak nie tyle wybrany fabularny sztafaż, co wszystko kryjące się między wierszami. I – oczywiście – literacka forma, w jaką całość zostanie opakowana.
Tak dzieje się z nową powieścią Łukasza Krukowskiego, „Kulturysta”, który w znaczącej mierze podejmuje w linii fabularnej temat siłowego treningu i kulturystyki. Temat, z samej swojej istoty, zupełnie mi obojętny. A tutaj, w niniejszej powieści przez Krukowskiego dogłębnie przeanalizowany. Ba, rozłożony wręcz na czynniki pierwsze ze skrupulatnością faktograficzną nie tylko godną podziwu, ale też sugerującą olbrzymi i dogłębny reaserch.
To proza bardzo stonowana, w której w obrębie akcji trudno jest zbyt wiele wyodrębnić. Nie chcę użyć słowa „nudna” – byłoby to mim o wszystko dla „Kulturysty” określnik krzywdzący, jednak fakt faktem, niewiele się na tych dwustu kilkudziesięciu stronach dzieje. Przynajmniej w tej fabularnej, wierzchniej warstwie. Co innego, kiedy wejdziemy głębiej, kiedy poskrobiemy to podlaną testosteronem pozłotkę. Odsłania się przed nami jedna z najbardziej fascynujących alegorii destrukcyjnego tygla ludzkich pragnień, jakie mieliśmy okazję znaleźć w literaturze współczesnej.
Bo o tym właśnie – a nie, wbrew pozorom, o pakowaniu bicków na siłce – jest powieść Krukowskiego. O pragnieniach, które bezsprzecznie wiodą ku przepaści, które zdolne są przeobrazić się w obsesję, które działają skrajnie destrukcyjnie, na nasze zdrowie, na codzienność funkcjonowania. Którym podporządkowujemy całą istotę naszego postępowania, naszego życia. Wszystko staje się dążeniem do spełnienia pragnienia, jakie przeobraziło się w cel sam w sobie, ulotny, nieważne, czy możliwy do spełnienia i za jaką cenę ideą.
W alegoryczny sposób, kryjąc ją za fasadą hantli, metabolików i ściśle reglamentowanych węglowodanów oraz białka obraz współczesnego społeczeństwa, które uzależnia się od pragnień, często ukierunkowanych na rzeczy, tematy, czy zjawiska zupełnie zbędne, nie stanowiących realnej wartości, będących tylko wyobrażoną stylizacją wielkości i ważkości, która jest jednak na równi złudna, co destrukcyjna właśnie.
Pragnienia nas zniszczą, zdaje się mówić Krukowski i celuje nie tyle w same sobie łaknienie czegoś, ale raczej to łaknienie za wszelką cenę, bezpardonowe, obsesyjne. Wiecznie nienakarmione, absolutnie nienasycone, podlane dążeniem rywalizacji, udowadniania nie tyle, że sami jesteśmy dobrzy, ale bardziej – że jesteśmy lepsi od innych. Albo inaczej – że to inni gorsi są od nas.
Fascynuje warsztatowa sprawność autora, ukazana już przecież wcześniej, czy to w weirdowym na wskroś „Biegając po torach” (Dom Horroru), czy w mniej oczywistym „Mam przeczucie” (Cyranka), w którym już autor uciekał nieco od weirdowo – grozowej estetyki, nie wyzbywając się jej jednak zupełnie, ale coraz mocniej uświadamiając sobie – i pośrednio odbiorcom – że uważność w przyglądaniu się konstrukcji otaczającego nas świata musi finalnie prowadzić do podważania, do kwestionowania jego istoty, bo nie opiera się ona na logice, ale zdaje się być – sama w sobie – jakość zagadkową, zaskakującą i zdeformowaną aberracją.
W „Kulturyście” rozłożył autor na czynniki pierwsze mechanizm obsesyjnego dążenia do realizacji pragnienia, mimo pełnej świadomości szkodliwości tychże działań. Główny bohater prze bezpardonowo naprzód, ku obranemu celowi, choć zdaje sobie sprawę, że dąży do zderzenia ze ścianą, że cel, tak naprawdę, może doprowadzić go wyłącznie do zguby. Poświęca zdrowie, poświęca relacje i życie, byle dalej, byle więcej. To – może niezamierzenie – jedno z najlepszych literackich zobrazowań systemu kapitalistycznego, konsumpcjonizmu w pełnej krasie. Tej bezpardonowej zachłanności w wiecznym rozroście, który nie ma granic, który nie ma – i w swej istocie nie może mieć końca, bo stał się ideą samą w sobie.
Całość linii fabularnej zaimplementowana została w polską, rodzimą rzeczywistość, w ściśle określone ramy czasowe, zahaczające choćby o okres pandemii i doskonale obrazujący tamtą paranoiczną, atmosferę, rozciągająca się od negacji i zaprzeczenia, po paniczny, wyolbrzymiony w obszarach niektórych nieadekwatnych reakcji strach i owocując decyzyjnymi bublami, czyniącymi więcej szkody niż pożytku, ale też – niejednokrotnie – ludzkimi tragediami, w ujęciu zarówno społecznym, jak i ekonomicznym. Okazuje się w tym obszarze Krukowski chłodnym i obiektywnym, ale też uważnym obserwatorem zastanej rzeczywistości, a po trochu też mimowolnym kronikarzem pewnego, mocno odciskającego piętno na społecznej świadomości okresu. Nie jest oczywiście pandemia tematem w powieści wiodącym, to zaledwie element, składowa tła powieściowych zdarzeń. Ale na tyle umiejętnie zobrazowana, że warto o niej wspomnieć. Sensownych ujęć okresu pandemicznego – mimo nie tak znów nielicznych prób – nie doczekaliśmy w polskiej popkulturze nazbyt wielu. Literatury budującej na pandemii jako na elemencie składowym, ale jednocześnie nie na celu samym w sobie, nie mieliśmy chyba jeszcze wcale. Nie osadza tego okresu lockdownowego Krukowski jako w pełni kronikarskiej dźwigni dla zobrazowania okresu pewnych zmian społecznych, swoistego punktu zwrotnego. Mówiąc krótko, nie jest pandemia i lockdown osią, nie jest umownym bohaterem. Nie jest teatralna w końcu dekoracją. Jest dla niego tylko tłem i aż tłem. Nie narzędziem budowy fabuły, ale elementem świata przedstawionego. Tak oczywistym i niezbywalnym, że zwyczajnie nie może być przemilczany. A to też swoisty znak czasów, że pandemia staje się historią. Świeżą, ale jednak historią.
„Kulturysta” Łukasza Krukowskiego okazuje się tylko pozornie prostą opowieścią o „pakowaniu na siłce”. Zajrzawszy głębiej, otrzymujemy smutny, surowy i bardzo gorzki przekaz, że nasze własne pragnienia – jakim, w ten czy inny sposób, większość z nas się współcześnie poddaje – doprowadzą nas do samozagłady. Ale jednocześnie – zdaje się mówić Krukowski – dążymy na wpół świadomie ku tej zagładzie w jakimś dziwacznym szaleńczym pędzie do autodestrukcji. Nie jest to jednak proza pesymistyczna. Raczej w ostentacyjny sposób, brutalnie obiektywna. Krukowski zdaje się wyłącznie relacjonować. Nie daje rad, nie prawi morałów. Skrupulatnie dokumentuje zaobserwowaną rzeczywistość, ubierając ją w kostium realistycznie skrojonej fikcji. I może właśnie dlatego tak mocno ta proza w nas uderza? Obnażając prawdy o nas samych, jakich wcale zauważyć nie chcemy? A może jednak – mimo tej zaszytej w nas, odruchowej niechęci – powinniśmy?
Sprawdź, gdzie kupić
Kulturysta
Nasza ocena: - 90%
90%
Łukasz Krukowski. Wydawnictwo Cyranka 2026
Badloopus W pętli popkultury