Już błagalna symbolika znaczeniowa tytułu nowego zbioru Szymona Majcherowicza sugeruje ton, jaki będzie mieć ta proza. Zresztą, autor nieodmiennie kroczy ścieżką literackiego wejrzenia w najbardziej wypaczone obszary naszego jestestwa. Ale też ludzkiej cielesności.
Pięć opowiadań. Pięć światów, połączonych wspólnym mianownikiem alienacji bohaterów, ich nieprzystawalności do obowiązujących szerzej norm. Do wynikającego z tego zagubienia, wyobcowania, wreszcie frustracji, a niejednokrotnie i zaburzeń psychicznych. Majcherowicz sięga po jednostki skrajne, po bohaterów ze swego rodzaju marginesu. Takich, z których istnienia w społecznym obrębie zdajemy sobie sprawę, ale których pomijamy, których ignorujemy, ponieważ nie wpisują się w nasza osobistą definicję normalności. Występuje w tej prozie bardzo ścisła korelacja pomiędzy cielesnością a psychiczną kondycją i wymuszone, często zewnętrznym czynnikiem, niejednokrotnie nadnaturalnym, przemiany cielesne. Są one niejednokrotnie afirmacją regresu psychicznego, ale też – same w sobie – prowadzą do głębszego jeszcze zachwiania już mocno obciążonej, czy wręcz nadwyrężonej struktury psychicznej. Co finalnie prowadzi – bo musi – do zupełnego rozpadu, zarówno w obszarze umysłowym jak i cielesnym.
To w dużej mierze literackie ujęcie rozkładania na czynniki pierwsze ludzkiego popadania w szaleństwo. Przez większość utworów nie mamy stuprocentowej pewności, czy całe obserwowane z wygodnej, czytelniczej pozycji odrealnienie i rozpad podstawowych struktur przedstawionego świata jest zdarzeniem – w ramach owego świata – realnym, czy to wypadkowa pogrążającego się w obłędzie umysłu, którego postrzeganie zostaje zaburzone. Pozornie możemy domniemywać, z racji trzecioosobowej narracji, że to rzeczywiście świat się rozpada, wyziera zza jego osnowy Inne. Ale czy nie możemy równie dobrze domniemywać, że i narrator sekunduje w jakiś sposób bohaterom, może sam w sobie jest afirmacją rzeczonego obłędu, jego orędownikiem czy choćby mimowolnym reprezentantem. Może sam mam zaburzoną perspektywę, jest nie tylko zewnętrznym, niezależnym obserwatorem, ale mimowolnym uczestnikiem, elementem składowym samej istoty świata przedstawionego? Może cała struktura rzeczywistości jest zaburzona na tyle, że wywiera wpływ również na obserwatora – narratora?
Nie jest proza Majcherowicza łatwa w odbiorze. Nie jest również przyjemna, bo obfituje w skrajny naturalizm, ciąży często w kierunku body horroru, pozostając jednak blisko weirdowej estetyce,w trzonie stanowiąc rasową prozę psychologiczną, gdzie nadnaturalność nie jest celem samym w sobie, ale służy za podważanie istoty otaczającego świata poprzez jego skrajne i bezpośrednie wypaczenia. Wchodzimy w każdej historii w manieryczny wręcz realizm świata, który daje bardzo solidne podwaliny do późniejszej dekonstrukcji – z równie precyzyjną pieczołowitością ów realizm ulega nieubłaganej entropii, z każdym zdaniem, każdą stroną. Ale na ile jest ona prawdziwa, a na ile pozostaje wyobrażeniem, pozostaje we wspomnianym domniemaniu. Doskonałym przykładem zresztą jest „Karaczan”, w którym wszystko, co irracjonalne i nadnaturalne poznajemy z relacji, z opowieści, a nie z bezpośredniej obserwacji narratora. Na ile więc możemy ufać przedstawieniu? Jego prawdziwości. Na ile prawdziwe jest to, w co wierzy narrator? Czy jest, istnieje jakaś prawda obiektywna, czy może zawsze zależy ona od perspektywy oceniającego?
Zauważalna jest zarówno językowa sprawność Majcherowicza, jak i pewne warsztatowe okiełznanie – jeśli porównalibyśmy niniejsze opowiadania z pierwszymi publikacjami autora, z wczesnych numerów nieistniejącej już Okolicy Strachu. Już tam zwracał twórca uwagę bezkompromisowością oraz językową wprawą, ale przytłaczać potrafił nadmierną emfazą, zbyt przeładowanymi frazami, zbytnią gęstością tekstu. W „Hosannie” język jest równie – a może nawet bardziej – sprawny pod względem zarówno technicznym, jak i artystycznym, co jednocześnie skorelowane zostało z odpowiednią oszczędnością. Treść jest dzięki temu bardziej zwarta, ale jednocześnie dosadniejsza w wydźwięku poprzez precyzyjniejszą celowość każdego zdania.
Jedyne zastrzeżenie – stosunkowo niewielkie i nie obniżające przesadnie wrażeń z lektury – mam do zakończeń w nowelistyce Majcherowicza. Puentowanie zdaje mi się często zbyt gwałtowne, zbyt – względem wagi całej opowieści – miałkie i tendencyjne, a często również zbyt mało wyraziste. Zazwyczaj tytułowy lament nie znajduje odpowiedzi, jakby autor zaocznie, pośrednio, kwestionował istotę Boga, a przynajmniej jego przychylność względem błagalnych komunikatów formułowanych przez wyznawców, które zwyczajowo pozostają bez reakcji. Nie ma zwykle tutaj tego ostatecznego zwieńczenia, równego ciężarem do całości tekstu.
Co nie zmienia faktu, że całość zbioru okazuje się jednym z ciekawszych przykładów polskiej nowelistyki grozy współczesnej. Nieprzyjemnym, budzącym dyskomfort w czasie lektury i osadzającym się w odbiorcy jeszcze długo po lekturze. Przypomina o tych, po których zwykliśmy się ślizgać wzrokiem i udawać, że ich nie ma. Majcherowicz skupia na nich uwagę, zagląda im w duszę, zagląda do głów. I opisuje, co tam widzi. A że nie jest to – ujmując delikatnie – najprzyjemniejsze…
Na pochwałę osobną zasługuje również wyjątkowo klimatyczna okładka, autorstwa Barbary Komanieckiej, idealnie wpasowana w ton opowiadań. Wydawnictwo IX tradycyjnie nie zawiodło edytorsko, dając jednocześnie szerokie pole do artystycznej, odautorskiej ekspresji także w kwestii wyboru oprawy ilustracyjnej. I chwała im za to.
Sprawdź, gdzie kupić:
Hosanna
Nasza ocena: - 90%
90%
Szymon Majcherowicz. Wydawnictwo IX 2026
Badloopus W pętli popkultury