Gorzkie, ale i miejscami nie tyle naiwne, co może bardziej życzeniowe okazują się wnioski formułowane przez Marka Zychlę w „Impostorium” – drugim tomie jego młodzieżowej dylogii, rozpoczętej przez „Inspektorium”.
Ale wnioski te, tym samym, czynią tę powieść co najmniej intrygującą.
Nie chcę streszczać fabuły. W powieści opartej na tak widowiskowych, chwytliwych twistach wiązałoby się to z nazbyt szeroki obnażeniem ważnych fabularnych twistów. Zaznaczę jednak tylko, że jeśli mało wam było wywracania na nice świata przedstawionego w pierwszym tomie, to teraz z pewnością zaskoczeń będzie aż nadto.
Rozwinięcie szalonego eksperymentu fabularnego, jakim okazało się „Inspektorium” (nieubłaganie kojarzące mi się, nie tyle fabularnie, co koncepcyjnie, z „Więźniem labiryntu” Dashnera) spełnia oczekiwania i przynosi kolejne zaskoczenia, choć zdawać by się mogło, że już nic oryginalniejszego nie zdoła autor wymyślić. A jednak. Przemodelował Zychla po raz kolejny swój świat przedstawiony, odwrócił diametralnie role, ponownie przypominając (bo zbliżony zabieg mieliśmy już w „Strychnicy”, że to pozornie najsłabsi, często przez społeczeństwo odrzucani, okazują się jednostkami najsilniejszymi w zastałym, lub nadeszłym układzie sił.
Ma na to z całą pewnością miejsce pracy autora, czego on sam zresztą w krótkim posłowiu nie kryje. Okazuje się więc niejako Zychla orędownikiem tych słabszych, tych wykluczanych, traktowanych z lekceważeniem. Jak wspomniałem, podnosił już zbliżony przekaz w grozowo – baśniowej „Strychnicy”, a teraz powtarza go jeszcze głośniej, jeszcze dosadniej w niniejszej fantastyczno – dystopijnej dylogii.
Jawi się humanizm jedną z kluczowych cech twórczości Zychli. Jego zaangażowanie, wpojone, wrosłe w postrzeganie przez niego świata, wynikłe z wieloletniej zawodowej praktyki przebija się w kolejnych powieściach, także i tutaj, mieszając się jednak w „Impostorium” z gorzką oceną ludzkości, jako nacji, która lubuje się w poczuciu zwierzchności, lepszości, z jednoczesnym i oczywistym w tym układzie relacji dorzuceniem pełnej równości.
Ludzie otrzymują tutaj surową ocenę, jako jednostki, które wyzwolone spod jarzma, nie potrafią nie przeobrazić się w dominatorów, w wyzyskiwaczy, narzucających swą wolę i kuratelę w geście symbolicznego wręcz odwetu. Nie wypadamy więc w tej powieści – ludzie, jako nacja, jedna z kilku – zbyt pozytywnie. Obnaża Zychla naszą małostkowość, przerośnięte ego i poczucie pychy, które nijak nie przystoi do posiadanych umiejętności czy cech przystosowawczych. Lubimy się wywyższać, a równość nas mierzi. Nie walczymy często o poprawę swojego bytu, ale raczej o obniżenie bytu innych. Straszne? Ale czy w dużej mierze nie prawdziwe?
Bawi się Zychla rozwijaniem społecznej układanki świata przedstawionego, jego międzyrasowych zależności, w których symbioza – obecna, ale w dużej mierze rabunkowo, zaborczo egzekwowana – jest podwaliną, na jakiej całość systemu się opiera. Trochę doszukuję się tutaj – może i na wyrost – parafrazy kapitalistycznego systemu, w której łańcuch powiązać społeczno – gospodarczych jest niezbędny dla systemowej stabilności, ale mimo to podział prowadzony jest rabunkowo, z dominacją wybranych grup względem pozostałych, od których funkcjonowania zależy przecież cały system. W powieściowym świecie symbioza pozwala na równość, na koegzystowanie bez siłowego narzucania zwierzchnictwa, jednak praktycznie żadna z grup nie jest nią zainteresowana. Zepchnięcie równości na margines sprzyja budowaniu hierarchicznego systemu społecznego, który zawsze, w każdym układzie będzie nacechowany niesprawiedliwością społeczną. Wraz z rozwojem fabuły, ten książkowy układ się zmienia, ale tylko w obrębie przetasowywania roli oraz pozycji poszczególnych grup.
I to w moim odczuciu najdotkliwsze sportretowanie nas samych i naszego, globalnego spojrzenia na świat. Mimo, że u Zychli podział społeczny, hierarchiczny, opiera się na przynależności do różnych ras, czy gatunków, to jednak mechanizm podziału zdaje się identyczny, jak pomiędzy społecznymi rozwarstwionymi grupami realnego świata.
Więcej jest w tej części opisów, mniej dialogów. Inne jest rozłożenie akcentów i tempo akcji. Bardziej stonowane, bliższe reporterskiej relacji, co wymuszone zostało zmianą fabularnej osi. Jest tu dramatyzm, jest więcej – odnoszę wrażenie – cierpienia i bólu, jednak przeniesionego z ujęcia jednostkowego, jak w Inspektorium na globalną społeczną masę danej nacji. Czy to spłyca odbiór? Moim zdaniem nie, choć nie trafia tak precyzyjnie poszczególnymi scenami, ale bardziej paraliżuje ogromem skali, jako całość, proces, zespół zachowań, a nie zaś pojedynczy czyn.
Nabiera „Impostorium” iście kosmicznego rozmachu, wprowadza kolejną, zaskakującą w układance, ale mimo wszystko, dla schematu wręcz oczywistą – nację, ale i tutaj bawi się autor konwencją i stawia na ujęcie bliższe SF, niż typowej gotyckiej estetyce. A to wypada i świeżo i ciekawie.
Są w powieści momenty wzruszające. Są bolesne i szokujące. Jest przede wszystkim w obrębie tego tomu, interesująco zaprojektowany model świata, w którym mają szanse koegzystować skrajnie różne od siebie rasy, jak ludzie, wilkołaki, nieumarli… Jest bardzo mocny, humanistyczny przekaz, stający się coraz konsekwentniej pewnym charakterystycznym wyznacznikiem prozy Marka Zychli. Co zwłaszcza w powieści młodzieżowej zyskuje na znaczeniu, dodając do opowieści fantastyczno – przygodowej grubą warstwę przekazu dydaktycznego, nie wykładanego jednak łopatologicznie, ale kamuflowanego w fabule i prezentowanego w sposób bardzo naturalny.
To mocne wybrzmienie tego, jak sam Marek Zychla patrzy na świat, jakim jest człowiekiem. Znajdzie się tu gorycz, znajdzie miejscami rozczarowanie światem. Ale przebija przez to przede wszystkim nadzieja i pozytywna wiara, że można, że da się zbudować lepszy świat. A że nie będzie to łatwe, że czasem pozytywnym zmianom trzeba pomóc, zainicjować je, a nawet wymusić… Czasem większe dobro wymusza, nie tyle mniejsze zło, co bardziej ogrom poświęcenia.
I o tym zawsze warto pamiętać, że „lepsze” nie staje się samo. Lepsze musimy my, naszym wysiłkiem i staraniami wypracować. A na co dzień wygodniej jest nam oczekiwać, że samo się stanie, samo przyjdzie. A zmiany świata na lepsze wypada wpierw zacząć od siebie i swojego spojrzenia na to, co nas na co dzień otacza. Ja może już zbyt jestem na takie spojrzenie zgorzkniały, ale chyba dobrze dla świata, dla ludzkości, że ktoś w to jeszcze wierzy i przekazuje to innym.
Sprawdź, gdzie kupić:
Impostorium
Nasza ocena: - 80%
80%
Marek Zychla. Wydawnictwo Mięta 2026
Badloopus W pętli popkultury