Gorący temat

Korzenie rodzinne – Jeff Lemire w (nie)najlepszej formie [recenzja]

„Korzenie rodzinne”, ze scenariuszem Jeffa Lemire’a i rysunkami Phila Hestera zapowiadają się (i zaczynają) jako solidny horror, by szybko przekształcić w klasyczne postapo. I choć nie jest to historia – poza punktem wyjścia dla fabuły – nad wyraz odkrywcza i oryginalna, to jednak to nadal historia Lemire’a. A to czyni komiks zdecydowanie wartym przeczytania.

Ośmioletnia Meg zaczyna zamieniać się w drzewo. Próbują jakoś poradzić sobie z tym irracjonalnym zjawiskiem: jej samotna matka, wiecznie problematyczny brat i dziadek, z którym chyba jest coś mocno nie tak. Aby szukać ratunku w sytuacji niemożliwej, ruszają przez Amerykę, rozpoczynając klasyczną opowieść drogi, pełną tragizmu, trudnych wyborów i wzruszeń. Ale też zagrożeń, bo przemiana jest tylko jednym z problemów, albowiem na Meg czyha tajemnicza organizacja o zdecydowanie złych zamiarach. A przy okazji wyjdą na wierzch liczne rodzinne sekrety, bo między bliskimi – jak to zwykło być u Lemire’a – nic nie jest tak proste i oczywiste, jak się wydaje…

Jeff Lemire to obecnie jeden z najciekawszych scenarzystów komiksowych, więc po „Korzenie rodzinne” sięgałem z wypiekami na twarzy i wysoko ustawioną poprzeczką oczekiwań. Przecież ten autor radzi sobie doskonale nie tylko w horrorze („Gideon Falls”), ale też w opowieściach obyczajowych („Opowieści z Hrabstwa Essex”, czy „Royal City”) Spodziewałem się więc horroru z domieszką charakterystycznej dla tego twórcy dawki obyczajowości. I połowa komiksu dokładnie to oferuje. Mniej więcej pierwsze sześć rozdziałów to świetnie rozpisana opowieść grozy o niezwykłej, przerażającej w swojej obcości metamorfozie, ale osadzona w przejmującej przypowieści o rodzinnej miłości w nieprzyjaznym świecie. Gdzie codzienność to walka o byt i staranie, by jakoś przetrwać w prozaicznych realiach współczesności, pełnej prozaicznych problemów, trudów rodzinnych relacji i swoistego osamotnienia w świecie przepełnionym innymi ludźmi, wśród których brak nam tego kogoś naprawdę bliskiego.

Od rozdziału siódmego gatunek zmienia się z horroru w postapo – i niestety napięcie mocno opada. Owszem, to nadal opowieść pisana z wyczuciem i akcentująca silnie wątek obyczajowy, jednak oparta o na tyle sztampowe schematy gatunku, że całość wiele traci z pierwotnej siły wyrazu. I nie bardzo może nas czymś zaskoczyć. Jako postapokalipsa wysnuta z początkowej, bardzo oryginalnej koncepcji fabularnej niesie ze sobą pewną świeżość, pewną ciekawość względem ogólnego sztafażu. Ale nadal – mimo niezwykłości genezy dekonstrukcji znanego nam świata w ten postapokaliptyczny, jego przedstawienie nie wyróżnia się za bardzo spośród dziesiątków podobnych kreacji obecnych w popkulturze.

To trochę tak, jakby Lemire miał doskonały pomysł na te pierwsze sześć zeszytów, ale wydawca stanowczo zażądał drugie tyle, więc powstało rozwinięcie, zmieniające optykę gatunkową na zupełnie inną, w której – doprawdy – niewiele da się wymyślić nowego.

I nadal podtrzymuję – całościowo to nie jest zły komiks. To świetnie opowiedziana historia, która jednak od połowy staje się mocno przewidywalna, gdzie większy akcent kładziony jest na dynamizm akcji, niż fabularne niuanse, bowiem te są nam już – w ten czy inny sposób – znane z popkulturowego dorobku komiksu, filmów, czy książek. Ostatni ludzie na ziemi? Odporni – z niewiadomych przyczyn – na to, co zmieniło cały świat, wytrzebiło ludzkość? Tajemnicze organizacje, które zaciekle próbują dobrać się do tych nieulegających wirusom/mutacjom (jakkolwiek by tego nie nazwać) jednostek? To wszystko już było! I choć Lemire nadal ma swoisty urok w pisaniu o rodzinnych wartościach, niezależnie od podjętej konwencji, jakiej się podejmuje, to jednak postapo pozostaje gatunkiem, w którym bardzo rzadko pojawia się coś rzeczywiście oryginalnego. Nawet spod ręki takiego mistrza otrzymujemy historię co najwyżej poprawną.

Za to w warstwie rysunku jest pięknie. Phil Hester – wspierany przez Erica Gapstura i Ryana Cody’ego – świetnie odnalazł się w tej mocno onirycznej opowieści, nadając jej adekwatną formę graficzną. Szkice nieco kanciaste, brudne, oszczędnie szafujące elementami tła, ze specyficzną perspektywą kadrowania, dodającą całości pewnego dynamizmu doskonale uzupełniają opowiadaną przez Lemire’a historię. Do tego wszystkiego „Korzenie rodzinne” mają cudownie przerażające okładki. A ta z rozdziału piątego, to już w ogóle sztos!

Kreska Hestera trochę przypomina mi stylistycznie prace Eduardo Risso – choć jest mniej miękka, mniej płynna, to jednak umieściłbym ich na zbliżonej osi, ze względu na oszczędne rozrysowywanie tła poszczególnych kadrów, czy podobną dynamikę pokazywaną na poszczególnych planszach.

„Korzenie rodzinne” to solidny album komiksowy, który fabularnie w połowie jest znakomity, a w połowie tylko dobry – przez zmianę estetyki gatunkowej na bardziej sztampową. Niemniej jednak warto po niego sięgnąć, bo to – jak wspominałem – wciąż Lemire. To nie fabuła na poziomie choćby wspomnianego „Gideon Falls”, ale nadal historia warta przeczytania. A przez rysunki Phila Hestera, zdecydowanie także zobaczenia.

Korzenie rodzinne

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz: Jeff Lemire. Rysunki: Phil Hester, Eric Gapstur, Ryan Cody. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Mucha Comics 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Druuna #1: Morbus Gravis. Delta – erotyczna postapokalipsa [recenzja]

Seria o ponętnej Druunie to klasyk europejskiego komiksu erotycznego, a przy okazji całkiem sprawnie napisana …

Leave a Reply