Gorący temat

Dawnrunner – wielkie mechy i ludzka desperacja [recenzja]

0 0
Read Time:4 Minute, 15 Second

Szczerze mówić, estetyka wielkich mechów nigdy nie była dla mnie przesadnie atrakcyjna.
Ale po „Dawrunnera” sięgałem z nadzieją, z jednego, bardzo oczywistego powodu – nazwiska scenarzysty na okładce.

Olbrzymie roboty to pewien stały element wpierw azjatyckiej (a teraz już też poniekąd globalnej) popkultury. Nic dziwnego, potężne maszyny, z często zamkniętym niby w metalowej puszcze, fizycznym, żywym operatorem, stojącym w szranki czy to między sobą, czy z wielkimi potworami z głębi mórz, albo i kosmosu to koncepcja bardzo kusząca wizualnie i w obrębie takich mediów, jak komiks, czy film, może się udatnie sprawdzać. I choć nigdy nie byłem wielkim fanem tego typu fabuł, to jednak doceniam wątki obecne w klasykach, jak choćby „Apleesed”, czy „Neon Genesis Evangelion”.
Jednak tym, co przekonało mnie ostatecznie do sięgnięcia po „Downrunnera”, było nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Rama V na okładce.
Nie da się ukryć, że autor ten zyskuje coraz większą popularność, nie tylko w Polsce. Choć i u nas był jednym z głośniejszych nazwisk na tegorocznej Komiksowej Warszawie. Warto zauważyć też, że Lost In Time miało niebagatelny wpływ na ten stan rzeczy, serwując choćby takie tytuły, jak „Dziki ląd”, czy „Jednoręki i sześć palców”. Zresztą, ilość komiksów Rama V dostępnych na polskim rynku to naprawdę pokaźna lista tytułów, nie tylko autorskich (tu warto wspomnieć jeszcze choćby cudny „Błękit w zieleni” (KBoom), ale też liczne tytuły ze stajni Marvela czy DC. Staje się więc niejako nazwisko scenarzysty obietnicą jakości, ale też zapowiedzią pewnego specyficznego przełamywania utartych schematów. Bo nie boi się autor poszukiwania nowych ścieżek dla konwencji – zdawałoby się – oczywistych i mocno już oswojonych, a przez to pośrednio ograniczonych koncepcyjnie.
Tego przykład mamy właśnie w „Downrunnerze” – komiksie, jak by nie patrzeć, o wielkich mechach, toczących nierówną walkę z tajemniczą rasą Obcych, jacy przedostali się na ziemię przez niespodziewanie otwarty, zagadkowy portal do… gdzieś. Nie wiadomo, innego wymiaru, innej części Wszechświata? Wiadomo tylko, ze nie jest tam zbyt przyjaźnie, zważywszy na to, co z niego wypełzło. Oczywiście ludzkość z początku przegrywa, otrzymujemy migawki z istnej apokalipsy i dopiero w tym postapokaliptycznym świecie, znajdzie się sposób, by stawić czoła brutalnemu najeźdźcy.
Ale typowy mechowy akcyjniak, jakiego się spodziewamy, to tylko jedna odsłona medalu. Bo Ram V – zwyczajowo dla siebie – idzie dalej. I sięga choćby po świetnie ogrywany też w „Jednorękim i sześciu palcach” cyberpunk, mieszany właśnie z historią o wielgachnych robotach bojowych, ale łączący się też z niezwykle emocjonalną opowieścią o utracie. I o zupełnie ludzkim lęku przed utratą. Świetnie obrazuje ten dualizm już okładka komiksu, gdzie sylwetka gigantycznej machiny kontrastuje z drobną, wątłą wręcz i symbolicznie przez ogrom mecha przytłoczoną postacią jego operatorki.
W komiksie, w samej fabule również mamy taki dualizm. Z jednej strony nie brakuje tutaj dynamicznej akcji, efektownych, widowiskowych starć – bowiem ostatki ludzkości z potyczek z potworami zrobiły coś w rodzaju skomercjalizowanego sportu, transmitowanego na żywo. To jednocześnie – w bardzo znaczącym obszarze – również historia o godzeniu się ze stratą, o lęku przed nią, o pragnieniu ochrony najbliższych, czasem nawet przed takim złem, przed którym nie jesteśmy w stanie ich ochronić.
Tak, to komiks o bezpardonowej naparzance wielkich robotycznych maszyn z kosmicznymi potworami. Ale to też opowieść o miłości matczynej, o rozpaczy i beznadziejnej walce, z góry skazanej na porażkę, ale jednocześnie niemożliwej do przerwania, zaprzestania, do rezygnacji z niej. To również opowieść o tym, że potwory nie zawsze są najstraszniejszym, co możemy spotkać, bo nasze lęki, te najdotkliwsze, mogą kryć się gdzie indziej, w kruchości naszych najbliższych i naszej bezradności w obliczu nieuchronności straty, z którą nijak nie sposób się pogodzić. Ale co jest czasem niemożliwe do uniknięcia.
Niesamowity jest ten dualizm opowieści serwowanych przez Rama V. Z jednej strony oferuje nam on akcyjniak o gigarobotach, walczących z potworami – i ta warstwa zawiera wszelkie konieczne cechy przyjętej konwencji. Z drugiej strony, snuje opowieść niezwykle smutną, wzruszającą, wręcz poetycką, zawieszoną na krawędzi postapokaliptycznej beznadziei mieszającej się z nieuchronną, jakże ludzką, desperacką nadzieją, do jakiej zdolni są ludzie tylko przyparci ostatecznie do muru i w swojej sytuacji zupełnie bezradni.

Graficznie Evan Cagle bardzo dobrze sobie radzi, zarówno w pokazywaniu epickich potyczek, kreowania wielkich mechów, jak i w tych bardziej emocjonalnych, intymniejszych scenach i planszach. Mamy tutaj graficzny realizm, ciut ciążący ku mangowej kresce, kojarzącej się z pracami Jiro Taniguchiego. Ale to pozytywne skojarzenie. Kreska Cagle’a jest precyzyjna, obfitująca w detale i dopracowania każdego kadru, a graficzny rozmach na wielu planszach zdecydowanie dobrze współgra z fabularnym ciężarem opowieści. Słowem, świetnie dobrani, scenarzysta i rysownik. A z ciekawostek, to nie jedyna ich współpraca, bo panowie odpowiadają za serię „The New Gods” dla DC.

„Dawnrunner” to znakomity komiks, zarówno pod względem wizualnym, jak i fabularnym. Wykracza poza wąskie ramy typowych mang shonen, bliżej mu z pewnością do rodzaju seinen, choć pozostaje nadal komiksem bardziej europejskim niż typową mangą, co zdecydowanie poszerza docelową grupę, przynajmniej póki co. I przynajmniej na naszym rynku. Czerpie garściami ze źródeł, ale nie zamyka się w ich obrębie, zarówno wizualnie, jak i fabularnie, próbując budować własną, niezależną opowieść i swoistą tożsamość. Co zresztą udaje się, wpisując doskonale w dotychczasowe portfolio Rama V. Jednym słowem: warto! Nawet, jeśli typowe mangi mecha was nie kręcą.

Sprawdź, gdzie kupić:

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Dawnrunner

Nasza ocena: - 85%

85%

Scenariusz: Ram V. Rysunki: Evan Cagle. Wydawnictwo Lost In Time 2026

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

“Kwiat. Bakteria. Bronx” – kolejna “biała plama” południowoamerykańskiego komiksu na polskim rynku wypełniona [recenzja]

Alberto Saichann to autor w Polsce praktycznie nieznany. Dotąd, bo dzięki wydawnictwu Lost In Time …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź