Gorący temat

Po co nam takie starocie, jak Poe? [felieton]

0 0
Read Time:6 Minute, 5 Second

Do napisania niniejszego tekstu nakłoniła mnie niedawna dyskusja na profilu Wydawnictwa IX na portalu Facebook, gdzie jedna z czytelniczek, w emocjonalnej opinii, zakwestionowała sens wznawiania klasycznych nowel grozy, wprost pytając, na co nam takie starocie, jak Poe?

Dyskusja owa odnosiła się do kolejnych trzech tomików w serii Mistrzowie grozy, która ukazuje się nakładem Wydawnictwa IX, a w zapowiadanych tytułach znalazły się: „Zagłada domu Usherów” Edgara Allana Poe właśnie, oraz „Zielona herbata” Josepha Sheridana LeFanu i mniej znane „Później” Edith Newbold Wharton.
I owszem, mam świadomość – jak również ma ją wydawca, który sam o tym wspomina w opisie koncepcji samej serii – że są to teksty, które już na polskim rynku funkcjonują. I to zapewne w więcej, niż jednym wydaniu. Jednak inicjatywa wznowień opiera się przede wszystkim na nowym, odświeżonym stylistycznie tłumaczeniu dr Krzysztofa Grudnika, mającym na celu uwspółcześnienie warstwy literackiej i uczynienie jej przystępniejszej dla współczesnego odbiorcy.
I – w moim odczuciu, w odczuciu człowieka, który czytał wiele z tych nowel w dawnych przekładach, takie odświeżenie jest o tyle cenne, że pozwala zapoznać się z klasycznymi tekstami grozy także czytelnikowi mniej doświadczonemu, mniej obytemu z daną odmianą gatunkową.
Tłumaczenia Grudnika – jakkolwiek znakomicie opracowane – obniżają nieco próg wejścia, wygładzając archaizmy i sprawiając, że treść staje się czytelniejsza do odbiorcy wychowanego na zupełnie innym, nowocześniejszym modelu językowym.

Stają się więc niniejsze publikacje – za sprawą nowego przekładu – niejako pomostem pomiędzy starym: klasyką literackiej grozy a nowym: odbiorcą współczesnym, który ma przecież prawo nie być przygotowanym na konfrontację z językowym archaizmem.
Jednocześnie wprawnie stylizuje Grudnik swoje tłumaczenie, by oddać estetycznego ducha epoki, w jakim dany utwór powstawał, a więc nie odziera go w pełni z oryginalnego wydźwięku.
Same wydania, są edytorsko wzbogacone o przedruki oryginalnych grafik okładkowych, oraz liczne przypisy od tłumacza, uzupełniające szeroki zakres poznawczy i walor edukacyjny.
Dlatego też uznaję niniejszą serię „Mistrzowie grozy” jako swoisty grozowy elementarz. Wyjątkowego rodzaju wprowadzenie w tematykę literackiego horroru, ukazujący kluczowe nowele najważniejsze nazwiska i ich najbardziej reprezentatywne dla konwencji dzieła.

Inaczej, niż w jakkolwiek przyjmowanym kanonie literatury grozy, tutaj nie zakładamy choćby podstawowego obycia czytelnika z gatunkiem, jak i literaturą w szerszym zakresie. To seria skierowana w pierwszej kolejności (choć nie wyłącznie) do jednostek początkujących, dopiero rozpoczynających swoją przygodę z grozą.
Jednocześnie – wraz z rosnącą popularnością gatunku wśród osób rozpoczynających pisarską ścieżkę, to dedykowany elementarz prezentujący najważniejsze literackie motywy horroru, ukazujące jego szerszy aspekt, znacząco wykraczający przez umownie przyjęty i rozpoznawalny schemat lovecraftowsko – kingowskich inspiracji, od jakich zaczyna chyba każdy początkujący twórca horroru w Polsce.
A dla chcących pisać horror, podstawowym narzędziem jest znajomość dotychczasowego dorobku literackiego w podejmowanej odmianie gatunkowej. Bez tego kreślenie schematu fabuły to jak błądzenie we mgle, zupełnie po omacku. Niby dostrzegamy niewyraźne zarysy kształtów, ale nie mamy możliwości właściwie i w pełni ich zinterpretować, określić, czy z nich skorzystać. Albo – idąc tropem użytej analogii, ominąć przeszkody i nie wpaść na ścianę.

Brak rozeznania w tym, co już w horrorze zostało napisane i w jaki sposób funkcjonuje dany wątek, motyw, schemat w popkulturze na przestrzeni lat to zwyczajne powtarzanie tego, co już było, to zamykanie sobie samemu drzwi do jakiejkolwiek oryginalności. A powtarzalność i schematyczność jest rozwiązaniem być może sprawdzającym się na krótkim dystansie, wobec równie nieopierzonego odbiorcy, ale solidnego wydawcy trudno będzie zainteresować. A wytrawniejszego czytelnika, tym bardziej. Jeśli nawet Lovecraft nie uniknął swoistej schematyczności i w pewnym momencie zaczął powtarzać własne pomysły, kalkować własnych bohaterów, to co można powiedzieć o debiutancie, który nie ma pojęcia o podstawach dorobku literackiego w ramach konwencji? A jeśli weźmiemy pod uwagę również następców wspomnianego Samotnika z Providence, mniej lub bardziej udatnych kontynuatorów, okaże się, że praktycznie niemożliwym jest wykreowanie nowatorskiej i świeżej historii lovecraftowskiej!
Oczywiście, jeśli podejmiemy – autorsko – takowe wyzwanie, możemy celować w dwójnasób. Albo sięgać po parafrazę lovecraftowskich motywów, na przetworzenie ich, zaimplementowanie do odmiennych czasów (po mistrzowsku podjął się tematu choćby Jakub Bielawski ze swoją „Ćmą”), albo sięgniemy po retteling danego motywu, czy opowieści, szukając nowatorskiego sposobu jej opowiedzenia, odmiennej, świeżej perspektywy. Ale nie ma znaczenia, jaką byśmy chcieli przyjąć ścieżkę, kiedy w każdym przypadku absolutnie konieczną okazuje się znajomość archetypu literackiego! Bo jak inaczej odnosić się do czegoś, czego się zwyczajnie nie zna? Jak parafrazować dany motyw, odświeżać schemat fabularny, jeśli się go dotąd nie poznało?


Oczywiste jest, że całkowita, dosłowna oryginalność nam nie grozi. Wszystko, we współczesnej (pop)kulturze powstaje na podwalinie dorobku minionych epok i na bazie dzieł już napisanych. Wszystko – albo przynajmniej znakomita większość – w mniejszym lub mniejszym stopniu bazuje na dorobku minionych pokoleń. I nie jest to ani złem, ani oznaką artystycznych płycizn (przynajmniej nie zawsze), nie jest pochodną braku twórczej wizji. Jest zwykłą wypadkową kulturowego, literackiego rozwoju, charakterystycznego dla każdej dziedziny, czy to sztuki, czy rzemiosła, czy choćby i nauki, bazującej na podwalinie tego, co znane, zbadane, zdefiniowane.
Aby tworzyć – i mówię to jako twórca, jako autor, z kilkoma całkiem przyzwoicie ocenianymi publikacjami książkowymi — musimy znać dorobek konwencji, po jaką sięgamy, musimy poznać i po części również przyjąć ten kulturowy bagaż, który poniekąd wyznaczy nam ścieżki rozwoju, pozwoli określić obszary, jakie jeszcze eksplorować warto. Da szansę na poszukiwanie nowego.

Zresztą, podobnie rzecz się ma nie tylko z pisaniem, ale szerzej, ogólniej, z czytaniem literatury. Znajomość dzieł elementarnych, oswojenie z archetypami literackimi, pozwala nam odczytywać każde dzieło – tym bardziej współczesne – poprzez pryzmat odniesień do tejże klasyki. Pozwala interpretować na podwalinie znajomości kodu kulturowego, umożliwia odczytywanie szerszego kontekstu. Daje szansę na określenie, czy dane dzieło niesie ze sobą świeżość i oryginalność, czy jest wtórnym i miałkim przetwarzaniem utartego motywu. I to nie w ujęciu pastiszu (jak ma zwyczaj robić to w mistrzowski sposób Łukasz Kucharczyk w swojej reinterpretacji fantasy jako konwencji). By dać najprostszy, najczytelniejszy przykład: o ile pełniejsze i bardziej owocne okaże się choćby odczytanie Kingowskiego „Miasteczka Salem”, kiedy posiadamy oręż w postaci znajomości klasycznej historii Draculi spod pióra Stokera, czy – sięgając szerzej w motyw wampiryczny – także i „Carmilli” Le Fanu, czy „Wampira” Polidoriego? Bez znajomości tychże dzieł, owszem, może lektura powieści Kinga przynieść czytelniczą satysfakcję. Ale jak dalece większa będzie ona, kiedy posiadać będziemy narzędzia do oceny, jak wiele przetransferował ze wspomnianych, klasycznych opowieści wampirycznych do własnej, uwspółcześnionej wizji?
Nie muszę chyba dodawać, że w przypadku chęci recenzowania danej odmiany gatunkowej nabycie odpowiednich kompetencji jest w oczywisty sposób konieczne. Nie muszę, prawda?
Bez znajomości klasyków, bez zapoznania się ze wspomnianymi już w tytule „starociami”, nie sposób z pełnym zrozumieniem odczytywać współczesne teksty literackie, czy szerzej – kulturowe. A co dopiero mówić o ich świadomym i dojrzałym ocenianiu, opiniowaniu.
Co do prób pisarskich… Jak zajmować się jakimkolwiek rzemiosłem, jeśli nie rozpoznajemy narzędzi, których musimy użyć przy pracy?

Owszem, mogą pojawić się tu głosy, że nie każdy musi być krytykiem literackim. Nie każdy zobowiązany jest do akademickiej analizy dzieła przy jego lekturze. Zgadzam się w pełni, bowiem sam akademikiem niestety nie jestem. Jednak akademickość nie zaanektowała w pełni prawa do wiedzy. Ani wiedzy, jako takiej. Ilu pisarzy (znakomitych zresztą) jest akademikami? Znajomość klasyki nie jest przymusem, nie jest koniecznością samą w sobie. Ale jeśli chcemy coś robić, winniśmy robić to świadomie, w oparciu o dostępne na wyciągnięcie ręki narzędzia. A nie krytykować, że ktoś nam je podsuwa. Bo to tak, jakby rzeźbiarz wyklinał tego, kto podsuwa mu dłuto, bo będzie się upierał, że potrafi rzeźbić w kamieniu palcami.

 

Tekst powstał w ramach współpracy z Wydawnictwem IX i zawiera materiały promocyjne ich publikacji, jednak w żaden sposób nie był sugerowany czy sponsorowany przez ww. wydawnictwo.

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Pięć grzechów głównych polskiego horroru

Kto pisze grozę w Polsce, ten się w cyrku nie śmieje. Parafraza znanego powiedzenia jak …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź