Gorący temat

Gorączka latynoamerykańska – najlepszy reportaż o Ameryce Łacińskiej [recenzja]

0 0
Read Time:7 Minute, 0 Second

Gorączka latynoamerykańska” Artura Domosławskiego to jedna z najważniejszych książek reporterskich o Ameryce Łacińskiej, jakie kiedykolwiek u nas wydano. I już. Tyle by wystarczyło.

Ale – by nie być gołosłownym – nie można rzucić takiej opinii w przestrzeń bez uzasadnienia. A to naprawdę pozycja o tyle znacząca, że rzeczywiście starająca się o obiektywizm. Na tyle, na ile to możliwe. Zachodnie, w tym amerykańskie publikacje, choćby takich autorów, jak DePalma, Woodward, Chomsky, czy nawet bardziej sensacyjny w tonie Breuer, skupiały się mocno na amerykańskim (lub antyamerykańskim, w zależności od autora) spojrzeniu i najczęściej obarczone były obciążeniem tamtejszej perspektywy rozróżnienia dobra i zła. Tak samo, jak druga strona medalu – znakomita, sama w sobie pozycja, autorstwa Eduardo Galeano – „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej” w oczywisty sposób ogniskowała uwagę na spojrzeniu mieszkańców regionu. A to nieuchronnie prowadziło do zaburzenia perspektywy, do rozpatrywania zagadnienia przez pryzmat interesu strony, którą opisuje. Jego wizji, nieuchronnie filtrowanej przez przyjęty tam zestaw pojęć, przez tamtejszą strukturę moralnej i społeczno – politycznej oceny. Domosławski zyskuje tę wyższość, że jest postacią zupełnie – z perspektywy opisywanych państw, czy miejsc – poboczną, nijak nie zaangażowaną w tamtejsze, globalne interesy. Nie jest głosem kapitalistycznej Ameryki, nie jest równocześnie środkowoamerykańskim Dawidem, intelektualnie siłującym się z imperialistycznym, amerykańskim, czy szerzej, zachodnim, Goliatem. Patrzy z boku i opisuje na chłodno to, co widzi, nie opowiadając się po żadnej ze stron.

Zdaje się być z w pewnym stopniu Domosławski swoistym spadkobiercą Ryszarda Kapuścińskiego, z drugiej zaś, znane jest jego specyficzne stanowisko, zawarte zresztą w kontrowersyjnej biografii tego ostatniego („Kapuściński non-fiction”) więc i finalne spojrzenie, choć odruchowo porównywane, ostatecznie okaże się znacząco inne. Mam wrażenie nawet, że bardziej wnikliwe. A może po prostu, mające przewagę pisania z perspektywy późniejszego czasu? I choć bardzo znacząca dla poznania Ameryki Łacińskiej pozostaje publikacja Kapuścińskiego – „Chrystus z karabinem na ramieniu”, to jednak Domosławski w „Gorączce latynoamerykańskiej” wyrasta ponad dzieło swego poprzednika właśnie przez szansę na ocenę wpływu pewnych wewnętrznych mechanizmów z uwzględnieniem również okresu późniejszego, postkomunistycznego. Wszak pierwsze wydanie książka miała w 2004 roku, a więc w czasach, jak by nie patrzeć, castryzmu schyłkowego, zupełnie odmiennego – mimo wszystko – od tego, jaki miał okazje poznać i opisać Kapuściński. Autor „Chrystusa z karabinem na ramieniu” pisał – czy się nam to podoba, czy nie – przez pryzmat „rodzimego” systemu komunistycznego i w okresie, kiedy negowanie zachodnich, imperialistycznych zapędów było niejako w modzie. A przynajmniej przez ówczesny aparat władzy dobrze widziane. I nie rzecz w tym, że Kapuściński zakłamywał rzeczywistość. Po prostu nie miał punktu odniesienia, nie znał Polski demokratycznej, kapitalistycznej. Nie wiedział, bo wiedzieć jeszcze nie mógł, że da się uciec od lewicowej ideologii komunizmu do względnie umiarkowanej (choć z pewnością nieidealnej) kapitalistycznej, zachodniej demokracji, z jej wszystkimi zaletami, ale wadami także. Domosławski ma porównanie, nie tylko w tym obszarze, ale też z perspektywy samej Ameryki Łacińskiej, która mimo historycznie wielokrotnie odrobionej lekcji – czym kończą się rewolucje – nadal zdaje się tkwić w przeświadczeniu, że innego sposobu na zmianę zastałego status quo zwyczajnie nie ma. I mimo wszelkich bolączek wynikających z zastoju komunistycznych okowów, wciąż zbyt bolesna i dominująca jest społeczna pamięć o tym, jak wyglądał tamtejszy świat pod prawicowym, czy kapitalistycznym butem. Zresztą jak zdaje się pokazywać wielu rozmówców Domosławskiego, którzy wciąż tam żyli w okresie powstawania tekstów do książki, doskonale opanowali oni swoiste zafałszowywanie własnego postrzegania, które jednocześnie pozwala im wychwalać ustrój Castro, z jednoczesnym koniecznym funkcjonowaniem w szarej strefie zarobkowej, gdzie tylko ten pozornie niechciany dolar nie tylko ma jakąś realną wartość, ale w ogóle pozwala przetrwać.

Naszym środowiskom opozycyjnym w okresie PRL-u zupełnie nie mieściła się w głowie niechęć do USA: państwa – symbolu, które jawiło się jako kluczowy obrońca i przeciwwaga dla lewicowego nacisku płynącego z ZSRR, którego satelitą mimowolnie się od czasu wojny staliśmy. Dla naszych środowisk opozycyjnych prawicowa myśl ideowa, czy systemowa – stająca się tym samym realną, namacalną przeciwwagą dla rozpanoszonego komunizmu – jako zjawisko negatywne, czy wręcz demoniczne, było wręcz nie do wyobrażenia. Zupełnie przeciwnie, niż miało to miejsce na drugiej półkuli, gdzie to lewicowe trendy ideowe dawały nadzieję na odpór prawicowego, wspieranego zresztą przez kościół, kapitalistycznego ekstremizmu, niosącego niewyobrażalną skalę prześladowań i represji. Brakowało polskiej opozycji PRL-u pełni obrazu tego, co potrafiły wyczyniać prawicowe i religijne siły w tamtym rejonie świata. Punkt widzenia, w myśl starego przysłowia, zależy od punktu siedzenia, a dla – nieważne, czy inteligenckiego, czy bardziej ludowego, robotniczego – środowiska, nasze, opozycyjne, ślepe zapatrzenie w prawicowe, amerykańskie ugrupowania, czy ogólniej, wiara w ideologicznie bezinteresowną, opartą tylko na podwalinie walki z komunizmem pomoc, były zupełnie niezrozumiałe. I co w dzisiejszym świecie, we współczesnych realiach, również na jotę się nie zmieniło, mimo większej dostępności do informacji, mimo otwarcia szeroko informacyjnego okna na świat. Nadal mentalnie dzielimy się, okopujemy, uporczywie chwytając własnego punktu widzenia, rozpatrując świat wyłącznie przez bagaż naszych osobistych doświadczeń. A nasza, lokalna miarka, nawet w europejskim ujęciu, do drugiej półkuli i jej realiów zupełnie nie pasuje. I – oczywiście – na odwrót.

O tym między innymi pisze Domosławski, często również oddając głos czy to zwykłym, kubańskim obywatelom, miłośnikom Castro i jego reżimu, ale też dysydentom, żyjącym na przymusowym uchodźstwie w krajach europejskich lub USA. I to wielka siła jego książki – to ukazanie różnych, często skrajnie odmiennych perspektyw. Oddanie głosu tym, którzy albo żyli w tamtejszych realiach, albo zostali zmuszeni przez nie właśnie, by dla własnego dobra region opuścić.

„Gorączka latynoamerykańska” stara się nakreślić zarówno rys historyczny regionu – nie tylko Kuby, ale szerzej, Ameryki Łacińskiej, a po części również Południowej – jak i polityczny oraz społeczno – gospodarczy. I – co zarówno kluczowe, jak i ciekawe samo w sobie – jest fascynujące, jaki autor obraz finalnie nam ukazuje. Zupełnie odmienny od sztampowych, ogólnych wyobrażeń, z Castro jako nieodrodnym piewcą komunizmu, a Kubą jako miejscem zagarniętym siłowo przez dyktatorskie ciągoty swojego Wodza i po dziś dzień brutalnie uciśnione. I choć w pewnym stopniu jest to prawda – wszak dyktatorskich ciągot autor Fidelowi Castro nie odmawia – to jednak nie cała, a rzeczywistość okazuje się – również na kartach książki Domosławskiego, dobrze relacjonującego prawdziwe realia – o wiele bardziej złożona. O wiele mniej oczywista i jednoznaczna.

Wskazuje autor przecież Castro, jako jednostkę w dużej mierze przypadkowo wmanewrowaną przez dzieje i ogólną, ówczesną równowagę globalnych sił w mariaż z komunizmem, w który wepchnęła go przede wszystkim niechęć do amerykańskiego imperializmu. Kuba znalazła się w radzieckiej strefie wpływów nie przez miłość i wiarę swego Wodza w komunizm, ale w antypatię do kapitalizmu i chęć szukania przeciwwagi wystarczająco silnej, by utrzymać Amerykanów na dystans.

Doskonale ilustruje tę złożoność stwierdzenie, jakie pada w publikacji, że Castro był zarówno największym błogosławieństwem, jak i przekleństwem Kuby, a wyzwolenie wyspy spod castrowskiego reżimu niekoniecznie zwiastuje przetrwanie państwa, które zwyczajnie może nie udźwignąć brzemienia odzyskanej wolności.

Ma książka Domosławskiego wartość w co najmniej dwóch aspektach. Pierwszy, najbardziej oczywisty – poznawczy, odnosi się do ukazania obiektywnie regionu przez pryzmat zmian i problemów historyczno – społeczno – politycznych. Drugim aspektem jest to, że uczy nas książka Domosławskiego, iż wiele mechanizmów globalnych przemian, nie różni się niczym, mimo odmienności czasów, czy regionu, a owe globalne siły wciąż – mimo różnej opcji, czy orientacji ideowej – pozostają ze sobą tożsame i prowadzą do mniej lub bardziej oczywistego wyzysku tych, którzy im podlegają. Nie jest więc żadnym lekarstwem bezpardonowe zmienianie politycznego bieguna, bo nie prowadzi ono w natychmiastowym następstwie do uzdrowienia systemu. Każdy, na swój sposób, jest patologiczny, a jego oddziaływanie na dany region zależne jest od licznych czynników, dla każdego obszaru odmiennych. Poza tym przypomina nam między wierszami Domosławski, że historii świata nie da się oceniać w sposób łatwy, zero-jedynkowy, że dowolna myśl społeczna, ideologia, równie łatwo prowadzić może do zmian pozytywnych, jak i negatywnych. Czasem wręcz jednocześnie. A każda rewolucja, prędzej czy później zacznie pożerać swoje dzieci. Bo taka jest istota rewolucji.

Jak napisałem na początku, nie ma lepszej książki o Ameryce Łacińskiej, przynajmniej wydanych u nas. Świetnie nakreśla temat, oddaje głos uczestnikom zdarzeń, ludziom rzeczywiście żyjącym w realiach, które stara się autor pokazać. Nie tylko on sam jest naocznym świadkiem rzeczywistości, jaką opisuje. Są nimi także i rzeczywiści uczestnicy wielu z opisywanych zdarzeń, co dodaje całości i bezstronności (zwłaszcza, że świadkowie są z „obydwu stron barykady”), jak i bolesnego realizmu. Dodatkowo jeszcze przypomina nam o złożoności świata, jaki nas otacza i o tym, że nie wszystko jest tak oczywiste, jak chcielibyśmy oczekiwać.

Warto, jeśli interesujecie się regionem Ameryki Łacińskiej. Warto również, jeśli ciekawią was mechanizmy kształtujące globalną, geopolityczną układankę. Historia nigdy nie jest prosta i oczywista. Ale ciekawa i pouczająca – zawsze. Domosławski umiejętnie o tym przypomina, kreśląc reportaż wykraczający dalece poza granice Kuby, czy nawet Ameryki Łacińskiej.

Sprawdź, gdzie kupić:

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Gorączka latynoamerykańska

Nasza ocena: - 90%

90%

Artur Domosławski. Wydawnictwo Poznańskie 2026

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

“Kwiat. Bakteria. Bronx” – kolejna “biała plama” południowoamerykańskiego komiksu na polskim rynku wypełniona [recenzja]

Alberto Saichann to autor w Polsce praktycznie nieznany. Dotąd, bo dzięki wydawnictwu Lost In Time …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź