Alberto Saichann to autor w Polsce praktycznie nieznany. Dotąd, bo dzięki wydawnictwu Lost In Time mamy okazję poznać trzy rysowane przez niego nowele. W tym jedną, do której sam pisał scenariusz. A tym samym kolejna biała plama komiksu południowoamerykańskiego zniknęła z polskiego rynku komiksowego.
Mocno promowała tamtejszy komiksowy – niezwykle płodny, zaznaczmy – rynek Mandioca. I dalej promuje, choć coraz częściej rozgląda się i w innych rejonach świata, od Europy począwszy, po odległy Orient. Ale nie ma tego złego, bo nie dość że Mandioca nadal wydaje sztosy, to swoją ofertę poszerza o tamtejszy komiksy także i Lost In Time, znane dotychczas głównie z solidnego przeglądu rynku frankofońskiego.
Już rzut oka na okładkę zapowiada, że będzie to sztos. Jaskrawa, neonowa zieleń, zalana plamami czarnego tuszu niesamowicie oddziałuje na wyobraźnię, ale i zapowiada, że zaprezentowane w niniejszym albumie opowieści nie są dla grzecznych dzieci. Zresztą, okładkowa ilustracja to fragment planszy z pierwszej noweli ze zbioru, zatytułowanej „Kwiat”, w której za scenariusz odpowiada Ricardo Ferrari. I to chyba najlepsza nowela w zbiorze. Mroczna, ponura, oscylująca niebezpiecznie blisko granicy groteski, w swoim estetycznym i fabularnym przerysowaniu, ale zarazem brudna, prawdziwa, przesiąknięta potem, smrodem i całym pozostałym syfem wojny wietnamskiej. Zresztą, nowela ta warta jest uwagi o tyle, że wpisuje się doskonale w antyamerykańskie spojrzenie na militarne rozpasanie USA w różnych regionach świata. Powiedzieć, że żołnierze wielkiego zachodniego mocarstwa są tutaj ukazani w co najmniej krzywym zwierciadle, to nic nie powiedzieć. I to już nawet nie w tym rzecz, że Ferrari jakoś gloryfikuje Wietnamczyków. Po prostu obnaża hipokryzję i degrengoladę amerykańskich działań w tamtym rejonie. Zresztą, zarówno w warstwie bezpardonowego, miejscami groteskowego, miejscami uzupełnianego mistyczną, południowoazjatycką okrasą scenariusza, jak i mistrzowskiego, choć momentami otwarcie ciążącemu ku karykaturze rysunku otrzymujemy surowe i bardzo krytyczne odzwierciedlenie militarnych zakusów USA w różnych regionach świata. To obraz postrzegania amerykańskich imperialistycznych zapędów, jakie Ameryka Łacińska i Południowa wielokrotnie w swojej historii doświadczyły i w tym obszarze nabiera „Kwiat” jeszcze mocniejszego wymiaru, coś na kształt komiksowej formy protest songu. I jako taki – jeśli na fabułę spojrzymy w ujęciu właśnie latynoamerykańskiej mentalności społeczno – historycznej, okazuje się historia jeszcze bardziej wartościową.
Druga nowela – „Bakteria” – do scenariusza Eduardo Mazitellego („Shankar”, „Żywa stal”) to z kolei bardzo Dickowska w koncepcji fabularnej historia SF, o świecie pozornie idealnym, w którym to system dokonuje za ludzi wyborów dla nich najlepszych… Pomysł naprawdę niby z kart opowiadań Philipa K. Dicka – o dyktaturze bez dyktatury, o świecie, gdzie każdym ludzkim ruchem kierują algorytmy, a każde odstępstwo jest bezwzględnie korygowane, bo zagraża integralności i stabilności całego systemu. I choć w pewnym momencie przeradza się w dość bezpardonowy akcyjniak, to finalnie wraca do pierwotnego wydźwięku w formie przewrotnego twistu, jakiego autor „Na wzór i podobieństwo Yanceya” (nieprzypadkowo ten tekst Dicka przywołuję) by się nie powstydził.
Trzecia nowela – „Bronx” – to tak naprawdę zbór komiksowych etiud, do których scenariusze pisał sam Saichann, a w których ukazuje on zamiłowanie do groteski, bezpardonowość ale też wyraźną niechęć bądź pogardę dla Ameryki, w jej wyidealizowanym obrazie. To krótkie historyjki, kolejne odsłony tytułowego Bronxu, który z pewnością nie jest miłą, przyjazną dzielnicą. Tu znów do głosu dochodzi gorzka ironia, ciążąca ku grotesce. Nagromadzone jest tu mnóstwo brudu i brutalności, czyli – znów – uwypuklona jest niechęć Argentyńczyka względem USA, która, ja wspomnieliśmy, nie brała się znikąd.
Graficznie to zwyczajnie arcydzieło. I komiks bardzo charakterystyczny dla szkoły latynoamerykańskiej, która – podobnie, jak komiks frankofoński – nie jest stylistycznym monolitem, ale zawiera w swoim obszarze wiele elementów wspólnych i bardzo charakterystycznych.
Jest więc warsztat Saichanna wypadkową takich graficznych dokonań, jak prace Alberto Brecci, Jose Munoza czy Anotnio Saguro. Doskonała kreska, miejscami boleśnie realistyczna, miejscami uciekająca w karykaturę i groteskę, genialna gra światłocieniem i kontrastem czerni i bieli, a do tego zamiłowanie do dopracowywania każdego kadru w najdrobniejsze detale, co sprawia, ze nie sposób czytać tego komiksu tylko raz, bo za kolejnymi odczytami, kiedy już znamy fabułę, możemy chłonąć więcej i więcej detali, rozsianych po planszach, poza pierwszym planem.
Te wszystkie elementy czynią z niniejszego albumu jeden z najlepszych komiksów, jaki trafił na nasz rynek w tym roku (tak, wiem, że jeszcze nie minęła połowa). Saichann to niekwestionowany mistrz sztuki komiksowej, i chwała wydawcy za to, że dał nam okazję, by się o tym przekonać. Jeśli lubicie ogólnie ujmowany komiks argentyński lub wspominanych wcześniej twórców, to z całą pewnością, obok Saichanna przejść obojętnie nie możecie. Przynajmniej nie z wielką stratą dla siebie samych.
Badloopus W pętli popkultury