„Tonery” od duetu Budziński / Klimek nie do końca mnie zaskoczyły. Ale mogę zrozumieć tych, których zniesmaczyły i odepchnęły, zwłaszcza, jeśli sięgał po nie czytelnik nie zaznajomiony z tak specyficzną konwencją, jaką jest horror ekstremalny.
Sam przesadnym miłośnikiem tego stylu nie jestem. Przeładowanie makabrą bardzo często (choć nie zawsze) nie prowadzi do niczego konkretnego, jest epatowaniem okrucieństwem, nastawionym li tylko na szokowanie, w którym umyka gdzieś drugie dno, jakaś głębia myśli. Jest maksymalizacja obrzydliwości… i nic poza tym. Ach tak, nie do końca nic więcej. Nieodzownie z makabryczną przemocą związany jest seks. Wulgarny, obrzydliwy, niejednokrotnie przemocowy. Ekstrema łączy w sobie śmierć, obrzydliwość i wulgarność seksualną w szalonym, trudnym do przyswojenia tyglu. Ale jest równocześnie swoistym papierkiem lakmusowym odporności psychicznej społeczeństwa. A im bardziej ekstremalna ekstrema, tym granica naszej społecznej odporności wydaje się być jeszcze bardziej przesunięta. Jakbyśmy szukali czegoś, czego jeszcze nie oswoiliśmy, co nam nie spowszedniało…I to chyba przeraża najbardziej.
Owszem, zdarzają się chlubne wyjątki, zdarzają się teksty w obrębie horroru ekstremalnego, które próbują przemycić coś więcej, jakiś społeczny, egzystencjalny komentarz… Ale głównie to był podwaliny grozy, także w filmowej wersji – by przywołać choćby klasyczną „Teksańską masakrę piłą mechaniczną”, będącą brutalnie krytyczną opinią na temat modelu amerykańskiego społeczeństwa i dekonstrukcją mitu modelowej rodziny. Tam – obudowany bezpardonową makabra i prezentacją okrucieństwa kryło się coś więcej, pewien określony komentarz społeczno – ideowy. A współczesny horror ekstremalny w dużej mierze jest tej (jakiejkolwiek) głębi pozbawiony. Owszem, zdarzają się takie prowokacyjne, sięgające po makabrę utwory – „Dziewczyna z sąsiedztwa” Ketchuma, czy kolejne jego powieści, jak np. ”Rudy”, czy też wiele z tekstów mistrza słowa Clive’a Barkera. Ale to kropla w morzu, to po pierwsze. Po drugie, nawet takie bardziej zaangażowane przekazowo utwory mogą się okazać zbyt ciężkostrawne, hermetyczne, dla szeregowego odbiorcy.
Z „Tonerami” mamy właśnie taki przypadek. Jest tutaj ogrom makabry, w dodatku strona po stronie przesuwanej dalej, choć zdawać się może, że granica dawno już została przekroczona . Jest bezpardonowa wulgarność, podszyta tanim pornograficznym sznytem… Ale taka to konwencja. Autorzy rozumieją zasady tej gry, korzystają z nich, implementując jednocześnie dość przewrotnie potraktowaną społeczną fascynację social mediami i pogonią za lajkami. Wypaczają jej obraz, wykoślawiają go, ale robią to w ramach przyjętego sztafażu. Depczą powszechne poczucie estetyki, przesuwają granice, ale jednocześnie portretują realne zjawisko fascynacji ekstremą w (realnym) wirtualnym świecie. I dopaminowym łaknieniem maksymalizacji pochwał i poklasku. Z każdym nowym postem należy posunąć się dalej, przełamać kolejną barierę, bo powtarzanie tego samego szybko nuży, wygasza fascynację, nie nakręca lajków…
Szokujące są „Tonery” na równi w warstwie literackiej, obrazowej, jak i w warstwie przesłania, które można wyczytać między wierszami. Zwłaszcza, że autorzy literacko całkiem dobrze sobie radzą. Owszem, jest tu trochę dziur logicznych, sama fabuła mocno zmusza do zawieszenia niewiary (odwieszenia jej na kołek na czas lektury), ale z drugiej strony, czego spodziewać się po szeroko rozumianym pulpowym horrorze. To literacki eksperyment, ujęte w karby ekstremy obraz nas samych, zagubionych we współczesnym świecie socmediów, którym składamy kolejne ofiary z wolnego czasu, relacji międzyludzkich i w końcu osobistego dobrostanu psychicznego. To historia pulpowa, na wskroś przerysowana, i w opór makabryczna, brutalnie przekraczająca wszelkie normy przyzwoitości… Ale stanowiąca swego rodzaju kubeł zimnej wody dla naszego zauroczenia wirtualną dopaminą. Tu ktoś nagle odarł z całej cukrowatości światek socjal mediów, pozostawiając samą zgniliznę. To oczywiście symboliczne ujęcie, osadzone mocno w przyjętej, wypaczonej samej w sobie (z założenia) konwencji. W której jednak udało się upchnąć całkiem słuszny, zawoalowany przekaz.
Trudno mi określić, ile jest w „Tonerach Budzińskiego, ile Klimka. Od pierwszego czytałem niewiele, choć zdecydowanie zachwycałem się jego „Agonią Bursztynowych Ważek”. Drugiego znam już trochę lat, ale literacko dopiero stawia on pierwsze kroki, mocniej (póki co) odnajdując się w grafice (polecam „Księgę Krzyku”). Ale widać, że rezonowała ta współpraca, udało się im zapanować nad temperamentami własnymi i znaleźć wspólną, spójną płaszczyznę porozumienia. Wyszła z tego makabryczna, ale interesująca nowela. Szczerze, chętnie bym sięgnął po coś od tego duetu, utrzymanego w bardziej klasycznym tonie. Jak wspomniałem, fanem ekstremy nie jestem. Ale miłośników takiej konwencji powinny „Tonery” zdecydowanie zadowolić.
„Tonery” zdecydowanie celują w określone grono czytelników. Ale jednocześnie, nawet w swojej, wąskiej grupie, cechuje je świeżość i warsztatowa sprawność, kryjąca się głównie w pomyśle na to, co ma być ukryte za spływającą posoką. A o ta w ekstremie niezwykle trudno. Zwłaszcza o to, aby za makabrą cokolwiek się kryło.
Tonery
Nasza ocena: - 80%
80%
Przemysław Budziński, Maciej Klimek. Wydawnictwo Abyssos 2026
Badloopus W pętli popkultury