Z Martą Sobiecką, nagradzaną pisarką, ale też doświadczoną redaktorką rozmawiamy o przygotowanej pod jej redaktorskim okiem antologii opowiadań “Insekcje”, wydanej przez Wydawnictwo IX. Mówimy też m.in. o tym, skąd wziął się pomysł na “Insekcje”, czy przesyt jest bolączką rynku książki w Polsce oraz czy jest dziś jeszcze przestrzeń dla opowiadań.
Pomysł na „Insekcje” powstał…?
Podczas konwentu Copernicon w 2024 roku. Siedzieliśmy wieczorem w pubie z Krzyśkiem Korsarzem, Andrzejem Miszczakiem i moją drugą połówką. Rozmawialiśmy o bolączkach codzienności. Krzysiek marudził, że w mieszkaniu, do którego dopiero co przeprowadził się z żoną, ma mrówki. No i się zaczęło… Od słowa do słowa powstały „Insekcje”. Temat robali towarzyszył nam przez cały konwent. Wciągaliśmy w to kolejnych autorów i kolejnych: Pawła Matuszka, Karola Ligeckiego, Magdalenę Annę Sakowską… Zainteresowanie było, więc zaczęliśmy o tym myśleć na poważnie.
Zostałaś redaktorką oraz nieformalną „matką” projektu. Na redaktorkę prowadzącą wskazał cię kolektyw autorski? Czy raczej to ty podjęłaś się zadania, a w następstwie wybierałaś autorów, których zaprosisz?
Kilka dni po Coperniconie zadzwoniłam do wydawcy i zapytałam, czy działamy z „Insekcjami”. Krzysiek dał mi zielone światło, więc przypomniałam się autorom, którzy na konwencie wyrazili zainteresowanie projektem. Wciąż byli pełni entuzjazmu. Co do kolejnych autorów, zależało nam z wydawcą, by antologia nie była w całości weirdowa, żeby zahaczała o nurty obecne w wydawnictwie. Szukaliśmy autorów piszących SF oraz fantasy z nutką mroku. I dokładnie tak to wyszło. Choć niczego nikomu nie narzucaliśmy.
Zależało nam również, by antologia była damsko-męska, bo często jest tak, że wychodzą antologie w większości męskie albo wyłącznie kobiece. Na nabór otwarty nie zdecydowaliśmy się w wydawnictwie z kilku powodów: po pierwsze, antologia w dużej mierze wyklarowała się na Coperniconie. Po drugie, nabór otwarty to coś, na co żadne z nas nie znalazłoby czasu.
Co było najtrudniejsze w przygotowaniach antologii?
Ustalić termin premiery. Chcieliśmy zrobić premierę na kolejnym Coperniconie, uhonorować konwent, na którym powstała idea. Ale się nie udało. Ostatecznie książka ukazała się pod koniec roku 2025. Po raz pierwszy zaprezentowaliśmy ją na tegorocznych poznańskich targach książki, czyli na pierwszym dużym evencie okołoksiążkowych, jaki odbywał się w Polsce po premierze.
Pracujesz jako redaktorka, ale jesteś też wziętą pisarką. Czemu w „Insekcjach” nie znajdziemy twojego opowiadania?
Bo to już taka moja tradycja, że wycofuję się z tych najfajniejszych projektów. A na poważnie, przygotowywałam tekst do antologii, ale nie zorganizowałam się czasowo i go nie ukończyłam.
„Insekcje” prezentują bardzo szeroki wachlarz konwencji. Któraś konkretnie jest ci najbliższa? A może jakiejś ci brakuje w zbiorze, a która jak ulał pasowałaby do tematu przewodniego?
Konwencja nie była odgórnie narzucona, to, co spaja teksty w antologii, to temat. Po zebraniu wszystkich opowiadań wyszło na to, że przeplatają się teksty z pogranicza weirdu (Kain, Matuszek, Gunia, Majcherowicz, Bednarska), science fiction (Wyszyński, Kolenda, Ligecki) i fantasy (Hałas, Fulińska, Sakowska). Jest też w tym wszystkim Szyda, który wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Mnie się to wszystko bardzo podoba, bo jest różnorodnie, wydobyliśmy „różne odcienie mroku”. Istnieje więc szansa, że podczas lektury „Insekcji” czytelnik wypadnie ze swojej bańki literackiej i odkryje coś nowego. To byłoby coś.
Wiadomo, redaktor kocha wszystkie literackie dzieci – zwłaszcza w tak spójnym warsztatowo zbiorze. Ale czy jest jakieś opowiadanie, które tobie osobiście: tematyką, konwencją, pomysłem fabularnym, przypadło do gustu najmocniej?
Jestem zachwycona każdym tekstem z osobna. W ogóle wokół antologii panowała wyjątkowo dobra atmosfera, na autorów spłynął duch weny, większość sama przyznała, że temat dobrze im podszedł, co zresztą widać. Tak jak powiedziałeś, antologia trzyma wysoki poziom od początku do końca.
Kto wpadł na pomysł, aby to Wojtek Gunia przygotował (świetny zresztą) projekt okładki?
Myśląc o okładce, przyszły mi do głowy fotografie wykonywane przez Wojtka, które często prezentuje w mediach społecznościowych. Pomyślałam sobie, że gdzieś w jego zbiorach na bank jest jakiś pająk… Zapytałam o to Wojtka, a że akurat miał nieco wolnego czasu, zgodził się okładkę zaprojektować. Ostatecznie „Insekcje” doczekały się trzech różnych, obłędnych wersji okładkowych. No i stanęło na mrówkach. Kolejna klamra, w końcu od mrówek się zaczęło.
No właśnie – okładka. Ma znaczenie? Jest dodatkiem do książki? Jej integralną częścią?
Okładka zdradza przede wszystkim podejście wydawcy do wydawanych książek. Jeśli jest wykonana przy pomocy AI, to raczej dobrze nie wróży. Odkąd pracuję w Pulp Books, mam przyjemność współpracować z Piotrem Sokołowskim i wiem, ile czasu poświęca się na zaprojektowanie okładki z profesjonalnym grafikiem. Ostatni projekt Piotra zrealizowany do powieści Izabeli Grabdy „Strzępy” to jest majstersztyk! Okładka jest integralną częścią każdej książki. Ma przemówić do czytelnika. Nieważne, czy jest artystyczna, czy symboliczna, ma podziałać na jego wyobraźnię. W takich kwestiach nie powinno się chodzić na skróty.
Insekty to motyw, który często stawał się podwaliną dla historii z gatunku horroru. A w „Insekcjach” tego typu konwencji (prócz weird) nie znajdziemy…
Pewnie dlatego, że autorzy zaproszeni do antologii nie piszą typowych horrorów. Ale, jak mówiłam, niczego nikomu nie narzucaliśmy. Dlaczego wybrali taki nurt a nie inny, o to już trzeba spytać samych autorów.
To pierwsza antologia, którą w pełni redagowałaś?
Nie do końca. Pierwsza antologia, którą sobie „wymyśliłam”, zatytułowana „Jakie czasy, taki diabeł”, ukazała się w wydawnictwie Phantom Books Horror w 2017 roku. Jej geneza jest taka, że byłam po prostu ciekawa, jak wygląda proces wydawniczy. A jak dowiedzieć się tego inaczej, jeśli nie w praktyce? Zooganizowałam nabór na opowiadania, udało mi się namówić kilka dobrych dusz, by zasiadły w jury. Wtedy pomagało mi grono osób, m.in. Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz, Wojtek Chudziński. Z perspektywy czasu dobrze wspominam tę inicjatywę.
Skusisz się ponownie, jeśli nadarzy się okazja?
Niewykluczone. Ale nieprędko. W porównaniu z wydaniem książki, gdzie autor jest jeden, przy antologii jest o wiele więcej pracy. A ja w najbliższym czasie planuję nieco się wyciszyć i wrócić do pisania. Przy koordynowaniu tak dużego projektu bardzo trudno znaleźć przestrzeń na twórczość własną.
Dużo i często mówi się o niechęci odbiorcy (przynajmniej polskiego) do zbiorów opowiadań i antologii. A fantastyka stoi przecież na nowelistyce. Praktycznie każdy znaczący twórca może się pochwalić pokaźnym dorobkiem w tym zakresie. By przywołać choćby Philipa K. Dicka, czy Harlana Ellisona. Ze współczesnych, np. Ted Chiang nie napisał dotąd powieści, tylko opowiadania. Skąd nasza rynkowa niechęć?
Myślę, że powodów jest wiele, przede wszystkim mało kto sięga dziś po czasopisma, a to w nich najczęściej obcuje się z krótką formą. I to tam można tę krótką formę docenić.
Kilkanaście lat temu ukazywało się znacznie mniej tytułów, na powieści ulubionych autorów czekało się i czekało, opowiadania, pisane przez nich w międzyczasie – choćby właśnie do czasopism – były czymś w rodzaju nagrody pocieszenia. Dzisiaj nie ma z tym problemu, ukazuje się mnóstwo tytułów, wiele naprawdę dobrych, jest co czytać. Nie trzeba na nic czekać, problem jest w drugą stronę: kiedy ja to wszystko przerobię?
A ty? Czytujesz zbiory opowiadań? Masz jakieś ulubione?
Z racji wykonywanego zawodu czytam wiele i w każdej formie. Bardzo lubię zbiory opowiadań mozaikowe, czyli teksty które łączy bohater albo świat. Najbardziej jaskrawy przykład to zbiory opowiadań o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Wracam do nich częściej niż do sagi o Wiedźminie. Na poletku SF taki zbiór zrealizował jakiś czas temu Andrzej Miszczak („Impneurium”) i wyszło mu to kapitalnie.
A pozostając w temacie antologii, mam wielki sentyment do „Ballady o Narayamie. Opowieści niesamowitych z prozy japońskiej”. To było moje pierwsze spotkanie z literaturą azjatycką. Myślę, że gdybym przeczytała wtedy zbiór tekstów jednego autora, nie zrobiłby na mnie takiego wrażenia. Dzięki antologii dowiedziałam się, że wielu japońskich autorów pisze w tak odmienny od naszego, niesamowity sposób! W ogóle jeśli chodzi o literaturę japońską, zdecydowanie wolę krótkie formy od długich. Jest np. taki zbiór „Gąsienica i inne opowiadania” Ranpo Edogawy i to jest obłędna rzecz!
Wydawnictwo IX dzielnie walczy o rynek opowiadań. Pojawiają się choćby zbiory Dawida Kaina, Andrzeja Miszczaka, Szymona Majcherowicza, twoje… W zapowiedziach dwa zbiory ma Krzysztof Rewiuk. To dobry kierunek? Czy przysłowiowa walka z wiatrakami?
Nie wiem, czy to nie za dużo powiedziane: że walczy o rynek opowiadań. Wydaje zarówno powieści, jak i zbiory opowiadań. Ale to prawda, że IX raczej kojarzy się z grozą (z książkami ryjącymi banię 😉), a groza to domena krótkich form. Wojtek Gunia i Szymon Majcherowicz uświadomili mi, że pisanie powieści nie jest dla każdego. Że forma to nie zawsze widzimisię, że często to „konieczność”. Że pewnych historii nie da się opowiedzieć inaczej niż poprzez krótką formę. Czytając „Kiedy będziesz gotowy, idź”, czy „Otwieram oczy” trudno się z nimi nie zgodzić.
Czy to dobry kierunek dla wydawnictwa? Dobry w tym sensie, że wydawca pozwala autorom na opowiadanie historii „po swojemu”. Myślę, że świadczy to o rozumieniu, na czym polega proces twórczy. A także o szacunku do autora i jego twórczości. Dzisiaj to rzadkość.
Twój aktualny wydawca – Pulp Books – też od opowiadań nie stronił. Ale magazyn PULP zniknął z rynku, projekt “Pulpitacji” również został zawieszony. Czyli nie ma rynku na opowiadania w Polsce?
Najtrudniejsza książka do sprzedania? Antologia autorów debiutujących. Nawet jeśli w antologii pojawi się znane nazwisko, nie gwarantuje ono sprzedaży, jeśli większość autorów jest nieznana. I chyba coś takiego zadziało się w przypadku „Pulpitacji”. Ale mogę tylko zgadywać.
Co do magazynu PULP, naprawdę żal, że został zawieszony. Trafiały się tam prawdziwe perełki, zarówno w prozie, jak i w publicystyce. Opowiadanie Gai Grzegorzewskiej „Przeładunek”, to majstersztyk. Dawno się tyle nie naśmiałam przy tekście z nurtu SF. Bardzo poruszyło mnie też „Bojowanie byt nasz” Marcina Świątkowskiego. Kapitalne, antywojenne opowiadanie. Te teksty hulają wciąż po streamingach w formie audio, polecam się zapoznać, póki jest taka możliwość.
A „Insekcje” sobie radzą, zbierają dobre opinie… Będą kiedyś „Insekcje II”?
MS: Mija prawie pół roku od premiery, a o antologii cały czas się mówi. To chyba znaczy, że projekt się udał. Co do „Insekcji” II, powiem tak: dobrze jest czasem pozostawić czytelnika z niedosytem 😊.
Sprawdź, gdzie kupić:
Badloopus W pętli popkultury



