Gorący temat

Insekcje – owady w każdej rzeczywistości [recenzja]

0 0
Read Time:9 Minute, 53 Second

Nie jest łatwo zrobić dobrą antologię. Mając nawet intrygujący temat przewodni, trzeba jeszcze zebrać drużynę. A jak to w drużynie, trafia się na różne temperamenty, zróżnicowane osobowości. Jeśli nie zakładasz określonej konwencji, dochodzi jeszcze ich konwencyjne rozdrobnienie, bo temat tematem, ale można go przecież osadzić w bardzo różnym świecie przedstawionym, w odmiennych czasach i innej przestrzeni. Aby to wypaliło, trzeba naprawdę solidnego przemyślenia i obycia w literackim świecie, by dobrać skład, jaki będzie wprawnie ze sobą – pomimo różnic – rezonował.

Dlatego też najczęstszym problemem z antologiami jest to, że wypadają jakościowo bardzo różnie. A jeszcze bardziej odmienne od siebie bywają ich oceny, bo każdy z opiniotwórców ma swoje konwencyjne fascynacje, ulubionych (lub na odwrót) twórców, a na polskim poletku fantastycznym nie ma ich tak wielu, by znaczący odsetek nie zebrał się w obrębie danego zbioru…
Uff, niełatwe miała więc zadanie Marta Sobiecka, przekuwając (teraz już może trochę i zabawne, ale wtedy, niekoniecznie) perypetie z mrówkami Krzysztofa Bilińskiego, frontmana i ojca Wydawnictwa IX, jakie ten miał na świeżo zasiedlonym przez siebie lokum.
Osobiście o mrówkach wiem tyle, że za nimi nie przepadam. Za innymi insektami z grubsza również. Tolerujemy się, jeśli się mijamy. Jednak w przypadku antologii pod chwytliwym tytułem „Insekcje”, obojętnie przejść nie mogłem. Po pierwsze, redagowała ją (i była pomysłodawczynią) moja ulubiona redaktorka, wspomniana już Marta Sobiecka. Po drugie, wydało „Insekcje” Wydawnictwo IX, czyli mój wydawca, a poza tym „mrówczane historie” Bilińskiego są mi dobrze znane z pierwszej ręki, więc ciekaw byłem, czym finalnie zaowocowały. Po trzecie, lubię antologie, bo to ciekawy przegląd nazwisk obecnych na rynku wydawniczym, a często takich, których się jeszcze okazji nie miało czytać, lub czytało niewiele.
Oczywiście teraz mogą paść podejrzenia o rzetelność recenzji, ze względu na prywatne i osobiste powiązania autora tejże z gronem twórczo – wydawniczym. Ale w przypadku polskiego podwórka wydawniczego, trzeba by naprawdę siedzieć pod kamieniem, by przez te naście lat recenzowania z nikim się nie zaznajomić lub zaprzyjaźnić. Jeśli kogoś to uwiera, to przepraszam. Można się rozejść. Pozostałych zapraszam.
Antologię otwiera Wstęp autorstwa Aleksandry Klęczar, której czujne oko ma baczenie na chyba większość tego, co się wydarza w polskiej fantastyce obecnie, więc jej rekomendacja niniejszej antologii to zwyczajnie dobry znak.
Pierwszym w antologii opowiadaniem jest króciutki tekst Dawida Kaina „ O Długofalowych konsekwencjach przyspieszonej ewolucji insektów zwanych Mimikami”. Tytuł długi, opowiadanie niekoniecznie, co nie przeszkadza mu być przebogatym w treści znaczeniowe. To przykład dla prozy Kaina dość charakterystyczny, zwłaszcza w obszarze uprawianej przez niego niegdyś nowelistyki z pogranicza groteski i bizarro, ale ujętego w karby trafnej parafrazy naszej rzeczywistości, a nie zwyczajnego nagromadzenia dziwności dla niej samej. Bliskie jest w moim odczuciu apokryficznym zabawom Lema z „Doskonałej próżni”, przyjmując formę quasi – eseju, który w przewrotny, niby ironiczny, ale realnie bardzo gorzki sposób wypunktowuje coraz mocniej widoczną dominację fake newsów, kiedy tak naprawdę coraz wyraźniej tracimy umiejętność, czy w ogóle aparat poznawczy, umożliwiający rozpoznawanie zafałszowanych, nieprawdziwych informacji. To zabawa słowami, niby ironiczna ale udatnie zwracająca uwagę, że w dzisiejszych czasach coraz trudniej zaufać temu, co czytamy, lub oglądamy, bo może to być zwyczajna próba manipulacji, kiedy przyjmujemy określoną, sugerowaną nam przez przyswajane treści linię myślenia. To dziwaczny z pozoru, ale w praktyce cudownie trafny tekst, odzwierciedlający nasze, obecne czasy. Wielkie brawa dla autora!
Kolejną autorką jest doświadczona pisarka Agnieszka Hałas, a jej opowiadanie – „Chłopiec, który lubił chrząszcze” jest pełną ciepła i delikatnie kamuflowanego romantyzmu opowieścią z uniwersum o Krzyczącym w ciemności, aczkolwiek nie jest wymagana znajomość tego świata, by czytało się niniejsze opowiadanie z zachwytem. To przykład fantasy, jakie doceniam za staranność budowania uniwersum poprzez osadzanie w nich pobocznych, uzupełniających opowieści i za emocje, jakie potrafi wzbudzić, mimo swoistej delikatności i oszczędności w zakresie akcji. Podziwiam u Hałas warsztatową subtelność i tę umiejętność przypominania o rzeczach ważnych niejako mimochodem, pomiędzy wierszami. Tak, jak tutaj.
Paweł Matuszek, autor następnego opowiadania w „Insekcjach”, zatytułowanego „Bóg, anioł zagłady i robaczywa dziewczyna” to już sama w sobie, wynikła z nazwiska, rekomendacja jakości, ale i nieszablonowości w ujęciu tematu. Tutaj również, same wymagane insekty są w treści opowiadania ujęte niejako w dwójnasób, bo ich pierwszą, symboliczną namiastką są drony, którymi fascynuje się główny bohater. Później pojawiają się inne, larwalne owady, odgrywające zdecydowanie ważną rolę w historii. Ale jednak najmocniej skojarzeniowo oddziaływały na mnie właśnie te bzyczące, śmigające nam coraz częściej nad głowami, owadopodobne drony. Poza tym, jak to u Matuszka, mamy rozmach kreacji, mieszanie konwencji i podejmowanie ważkich, bardzo aktualnych tematów, które – mimo fantastycznego sztafażu – ujmują również brutalny realizm. To proza dla tych, którzy doceniają pozorne fabularne szaleństwo w stylu „Zejścia49” lub „Parabelli”, kryjące w sobie o wiele szerszy, niż widoczny w pierwszej warstwie kontekst. Oczywiście – jak to u Matuszka, wnioski, jakie autor wysnuwa, są na równi aktualne, co gorzkie. I niestety, to zgorzknienie jest wypadkową ogólnej oceny ludzkości.
„Obcość to my” jest dla mnie pierwszą stycznością z prozą Mateusza Wyszyńskiego, ale pozostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie. To science fiction w klasycznym stylu, podejmujące temat prób kolonizacyjnych obcych planet i tego, jak wszystko może pójść źle. Bardzo klimatyczna historia, w stylu klasycznych twórców „Złotego wieku”. Tutaj otrzymujemy ciekawie sportretowaną postludzkość, która – sama w sobie już w pewnym stopniu obca nam, współczesnym – zderza się z obcością przy próbie kolonizacji nowej planety. Zgrabnie napisane, z ciekawym konceptem fabularnym. Podejmującym podobne wątki, jak wieńczący antologię „Ikadel” Karola Ligeckiego (o którym później), ale nieco innych w finalnej wymowie. Tak, czy inaczej, fani science fiction w klasycznym ujęciu, bez formalnych i fabularnych eksperymentów, winni być ukontentowani.
„Psychocyd” Agnieszki Fulińskiej to sięgnięcie po klasyczną, pisarską zasadę – pisz na tym, na czym się znasz. Mamy więc archeologiczne wykopaliska na Cyprze i tajemnicze na nich znalezisko, w którym zresztą znaczącą rolę odgrywają ćmy (za co ma autorka kilka dodatkowych, subiektywnych punktów ode mnie). Całość opiera się na mocnym de-romantyzowaniu archeologii, ale i solidnej podwalinie merytorycznej. No i – co w jakimś stopniu oczekiwane było przeze mnie w przypadku Fulińskiej – są wątki napoleońskie. Nienachalne, zgrabnie wplecione w iście magiczną opowieść o przenoszeniu jaźni w przedmiot lub stworzenie, co finalnie okazuje się bardzo przyjemnym tekstem z pogranicza fantastyki grozy. Pomysłowym, intrygującym i z odpowiednim wyważeniem niedopowiedzenia.
„Uległość” Wojciecha Guni to tekst w dużym stopniu dla niego typowy, wzbudzający podskórny lęk zarówno samą fabularną linią, pełną symboliki i niedopowiedzeń, ale też wręcz chirurgicznej precyzji samego tekstu. Opowieści Guni wchodzą do głowy, bo dotykają tożsamych dla wielu z nas, głębokich lęków, o jakich mamy nadzieję, że nigdy się nie ziszczą w realu. Gunia ubiera ich w określoną, subtelną, choć często również brutalną i surową symbolikę. Tak jest i tutaj, od pierwszych zdań towarzyszy nam odpychająca obcość świata przedstawionego, pozornie kreślonego realistycznie, ale im dalej brniemy w ten sztafaż, tym mocniej dostrzegamy wszystkie kolejne pęknięcia, jakie się na strukturze tej rzeczywistości pojawiają. Rozpad finalnie następuje, bowiem nastąpić musi, skoro cała rzeczywistość od pierwszych zdań zdaje się trzeszczeć w szwach i powolnie rozpadać przez entropię podstawowych struktur.
„Efekt synergii” Marka Kolendy to z pewnością kaliber lżejszy i bardziej rozrywkowy, zwłaszcza w zestawieniu z poprzedzającą go „Uległością”. Podejmuje tematykę coraz większej brutalizacji sportu, w połączeniu ze społeczną fascynacją przesuwaniem granicy akceptowalnego w medialnym pokazie okrucieństwa. To zgrabnie opowiedziana historia, która świetnie sprawdziłaby się w formie wizualnej, jak komiks lub anime. Zdecydowanie kryje się w tej opowieści bardzo wiele widowiskowości, która w połączeniu z pisarską sprawnością Kolendy umacnia autora na pozycji jednego z ciekawszych twórców z nowego pokolenia pisarzy fantastyki.
Magdalena Anna Sakowska natomiast w „Sennowłóctwie w Weltiven” serwuje nam kolejne opowiadanie w estetyce fantasy, choć pokusiłbym się tutaj nawet o skategoryzowanie jej jako dark fantasy lub pogranicza fantastyki grozy, ze względu na mroczną atmosferę całości. Trochę kojarzy mi się klimatem ta historia z komiksową adaptacją gry „Bloodborne”, rysowaną przez naszego rodaka, Piotra Kowalskiego, do scenariuszy Alesa Kota i Cullena Bunna lub też wczesnych, wiedźmińskich historii Sapkowskiego, w których prawdziwe potwory i zło kryje się nie tam, gdzie zwykliśmy je odruchowo lokować. Sakowska tworzy tutaj własny, oryginalny świat, solidnie przesycony mrokiem i niepokojącą atmosferą, w którego ramach mało kto jest tym, kim się wydaje. Świat, który kryje w sobie wielki potencjał kreacyjny i szczerze mówiąc, z chęcią wróciłbym do tej przestrzeni, czy to w kolejnych nowelach, czy też większej powieści. Siłą opowiadania Sakowskiej jest właśnie ciekawa kreacja nietuzinkowych postaci, próbujących walczyć o swoje. Posiadających niezwykły talent, który niekoniecznie zawsze jest błogosławieństwem, ale który je definiuje ich istotę, ich rolę i determinuje do walki. Także o siebie.
„Karaczan” Szymona Majcherowicza to opowiadanie konstruowane warsztatowo perfekcyjnie, które może ciut zawodzić w zakończeniu, trochę zbyt lekko wybrzmiewającym, względem całości. Ale wobec tego, co autor serwuje w treści, zachodzę w głowę, co nie byłoby za lekkie…
Bardzo cenię prozę Majcherowicza, ze względu na warsztat. Powiedzieć, że lubię z perspektywy fabuł było by niekoniecznie adekwatnym, ponieważ często podejmowana przez niego tematyka jest co najmniej odpychająca. Co nie przeszkadza mu znakomicie panować nad słowem w rozgrzebywaniu całego syfu i zgnilizny moralnej, jaka potrafi się kryć – a co gorsza, niejednokrotnie się kryje – w ludzkich wnętrzach. I to siła wyrazu jego twórczości, w tym także „Karaczana” – ta precyzyjna wiwisekcja ludzkiej psychiki, wykorzystującej ochoczo bezradność jednostki, sięgającej po najbrutalniejsze metody manipulacji w celu osiągnięcia celu.
„Gra w zielone” Aleksandry Bednarskiej to z pewnością jedno z moim ulubionych opowiadań w całej antologii. Mroczne, wspaniale osadzone w azjatyckim (a jakże!) klimacie, trochę spod znaku „Squid Game”, ale w wersji chyba mroczniejszej, jeszcze bardziej onirycznej, bo wyrywającej grę z odizolowanej wyspy w środku niczego i osadzającej ją w otoczeniu zwyczajnego miasta, z jednoczesnym okraszeniem całości wątkiem w jakimś stopniu nadnaturalnym – bo czy można zachowania bohaterów złożyć na karb zwykłych obsesji lub desperacji? A może kryje się za ich zachowaniami coś więcej, coś mroczniejszego, bardziej niepokojącego i z gruntu, w swojej istocie, nadnaturalnego? Bednarska jest z pewnością jedną z najciekawszych autorek nowej fali w polskiej fantastyce, co każdą nową publikacją wyłącznie potwierdza.
Wojciech Szyda z typową dla siebie manierą prezentuje własną erudycję w niezwykłym i wymagającym „Triptych insektorum”. Pozornie trzy niezależne, a w rzeczywistości subtelnie ze sobą skorelowane opowieści, z owadami jako swoistą myślą przewodnią, stanowią przyczynek do podróży autora poprzez czas i przestrzeń, poprzez symbolikę i znaczenie. Twórczo bardzo ciekawe, fabularnie sporo wymagające od odbiorcy. Ale to tylko zaleta. Dla miłośników wcześniejszej twórczości Szydy zaskoczeń raczej tutaj nie będzie, bo to sfery religijnej eksploracji dla tego pisarza typowe. Inni muszą wkraczać w światy „Triptych insektorum” ostrożnie. Niemniej warto.
Wieńczy antologię wspomniany wcześniej Karol Ligecki swoim opowiadaniem „Ikadel”, podejmujący ponownie w obszarze „Insekcji” konwencję science fiction. I znów mamy konfrontację z owadzim obcym, tym razem w innej, bardziej stagnacyjnej formie prezentowanym, niż to było u Wyszyńskiego, ale nadal interesującym w sednie samego pomysłu. Kojarzy mi się narracja tego opowiadania, jej charakter z warsztatową manierą Mikołaja Marii Manickiego, z bardzo dobrej powieści „Diabeł już tu nie mieszka”. Ciekawie buduje autor w „Ikadelu” atmosferę niepokoju, narastającego z każdą chwilą, od początkowego, niezwykłego znaleziska, aż po równie zagadkowe zakończenie. Pomiędzy dostajemy ciekawie skrojoną, nasyconą sekretami intrygę, w której nie możemy zaufać w niczyją powierzchowność, bo każdy może okazać się kimś innym, niż pozornie się wydaje, każdy ma swoją, kamuflowana rolę lub misję. Ale w konfrontacji z rzeczywistą obcością nawet sekretne plany tajnych agentów ulegają dewaluacji…

„Insekcje”, mimo połączenia wspólnym, insektoidalnym mianownikiem, mieszają konwencje, pozwalają rozkwitać skrajnie różnym pisarskim temperamentom, ale jednocześnie osiągają znaczącą wartość dodaną, stanowiąc – może i wąski, ale jednak – reprezentatywny wycinek współczesnej polskiej fantastyki. Stykają się tu autorzy doświadczeni, uznani (przynajmniej w obszarze literatury gatunkowej), jak Gunia, Szyda, Matuszek, czy Kain z autorami stawiającymi mniej lub bardziej początkowe kroki w pisarskiej karierze: Wyszyński, Majcherowicz, Ligecki, Kolenda. Są twórcy i twórczynie mający już na koncie powieściowe publikacje, są tacy, który na razie przecierają szlaki opowiadaniami, przygotowując rynek na książkowe publikacje. Wszystkim na równi nie sposób odmówić talentu, nawet jeśli jeszcze nie podąża za nim rynkowe obycie i szersze pisarskie doświadczenie. I – co kluczowe, ale też rzadkie w antologiach – nie ma tu opowiadania słabego, takiego niewartego uwagi. Byle tylko nie fiksować się na jeden, określony rodzaj, na pojedynczą konwencję, ale zwyczajnie, otworzyć się na ciekawe, literackie doświadczenia. Warto!

Sprawdż, gdzie kupić:

About Post Author

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.
Happy
Happy
0 %
Sad
Sad
0 %
Excited
Excited
0 %
Sleepy
Sleepy
0 %
Angry
Angry
0 %
Surprise
Surprise
0 %

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Porte – sarkastyczna ocena ludzkości w konwencji fantasy [recenzja]

„Porte” Katarzyny Rupiewicz nie zaskakuje. Ale nie zaskakuje w tym sensie, że zwyczajnie spodziewałem się …

Average Rating

5 Star
0%
4 Star
0%
3 Star
0%
2 Star
0%
1 Star
0%

Zostaw odpowiedź