Pomimo że „Księga Krzyku” jest, formalnie rzecz biorąc, książkowym debiutem, to jednak trudno uznać jej autora – Macieja Klimka – za debiutanta sensu stricte.
Trudno, bowiem Maciej funkcjonuje w grozie od wielu lat, nie tylko jako przygodny twórca literacki, pojawiający się tu i ówdzie w różnego rodzaju antologiach grozy, ale przede wszystkim jako artysta wizualny, którego prace pojawiały się już na okładkach książek i magazynów, jako załączone do publikacji ilustracje, a także jako grafiki na sygnowanej jako Dom Mody Klimkovitz odzieży oraz wreszcie jako samodzielne prace graficzne, publikowane przede wszystkim w internecie.
Okazuje się więc Klimek artystą dość wszechstronnym, począwszy od wpierw nieśmiałych, ale nieustępliwie i konsekwentnie rozwijanych prób na polu literackim, po graficzne definiowanie grozy w formę mrocznych, wieloznacznych kolaży, z których wybrane składają się właśnie na główną część jego „Księgi Krzyku”.
Możecie również Klimka kojarzyć jako jedną z „dobrych dusz” polskiej grozy, z opiniotwórczym zacięciem promującym rodzimy horror poprzez fanpage W Witrynach Horroru, od czego zresztą autor „Księgi Krzyku” zaczynał, by w ramach swojej fascynacji konwencją sięgać po kolejne, coraz bardziej artystyczne formy wyrazu.
Już okładka publikacji (mnie osobiście kojarząca się z wizualnymi eksploracjami Guillermo Del Toro z „Labiryntu fauna”) zapowiada, czego możemy spodziewać się wewnątrz. A tam, na kredowym, dobrej jakości papierze, mamy okazję przejrzeć ponad pięćdziesiąt prac Klimka. Prac wyjątkowych, wykonanych głównie we wspomnianej technice kolażu cyfrowego, które okazują się przepustką w głąb krainy mroku i onirycznego szaleństwa. Doszukiwać się można inspiracji czy to u wspomnianego Del Toro, czy choćby naszego, rodzimego, bardzo charakterystycznego mistrza, Zdzisława Beksińskiego, jednak warto zauważyć, że brak tu podstaw do posądzenia o bierną wtórność, o kopiowanie stylistyczne innych artystów – choć oczywiste odniesienia się pojawiają, jak choćby względem Muncha. Mają one jednak formę bardziej świadomego hołdu, pewnego rodzaju parafrazy artystycznej. Wszak żadne dzieło nie powstaje w próżni i naznaczone jest mniej lub bardziej dorobkiem poprzedników.
Uwypukla się specyficzna, wewnętrzna wrażliwość Klimka oraz jego zafascynowanie mrocznymi zakamarkami ludzkich umysłów, których wizualizacje zdają się jedną z głównych linii tematycznych w jego twórczości. Dostrzegalna jest również – dla uważnego obserwatora, śledzącego twórczość Klimka – jego fascynacja maskami i tym, co symbolizują. Większość ludzkich sylwetek, jakie pojawiają się na obrazach, jest albo twarzy pozbawiona, albo ma je zasłonięte maskami właśnie, albo – w ostateczności, twarze obecne są zdeformowane, odrealnione, zafałszowane, co symbolizuje naszą, ludzką niemożność dostrzeżenia prawdziwego oblicza rzeczy. Dostrzegamy jedynie fasadę, pozór, pewną teatralną zasłonę rzeczywistości, która ugładza obraz, oswaja go, czyni przystępniejszym. A Klimek zdaje się zaglądać poza tę zasłonę, poza owe maski. Docierać do sedna, do samej istoty rzeczywistości, którą cechuje ogólny chaos, rozpad i entropia.
Wydaje się więc, że owe maski, owe zasłony, służą Wszechświatowi do ochrony nas samych przed oczywistą prawdą o braku porządku, braku ułożonego, stabilnego, określonego schematu. Tkwimy w chaosie, tylko pozornie przesłoniętym woalem uporządkowania, a zerwanie go prowadzi — bo musi prowadzić — do obłędu, do osunięcia się w całkowity rozpad. Wszystko powyższe, składające się w określoną, spójną warstwę interpretacyjną, odnosi się do estetyki weird, którą zresztą Klimek jest od dawna zafascynowany i którą eksploruje nie tylko w warstwie graficznej, ale również literackiej.
W noweli, będącej integralną częścią publikacji weirdowe przeświadczenie o istnieniu czegoś więcej, poza naszą, ułomną warstwą rzeczywistości ujawnia się kolejna z artystycznych i historycznych fascynacji Klimka – okultyzm. Okultyzm, ujmowany przede wszystkim w formę rytuału, który to rytuał ma mieć zdolność właśnie odzierania fałszującej, maskującej rzeczywistość zasłony, otwarcia bram, przełamania granic realnego świata i dostrzeżenia tego wszystkiego, co przed oczami zwykłych śmiertelników ukryte. Studia okultystyczne i znajomość szerokiego spektrum literatury przedmiotu w dziedzinie okultyzmu stało się podwaliną opowieści o uporczywym dążeniu do upragnionego celu, bez zważania na koszty, które jednak zawsze występują i częstokroć zwieńczone są szaleństwem, w chwili uświadomienia sobie ogromu zapłaconej ceny. Podobny motyw ofiary – choć z mniejszym akcentem na okultyzm – podejmował wcześniej np. weteran polskiej grozy, Łukasz Radecki.
„Księga Krzyku” okazuje się niezwykle spójnym i przemyślanym połączeniem sztuki literackiej i graficznej, będąc jedną z ciekawszych publikacji na rodzimym rynku grozy. Jej ekskluzywność, wynikła nie tylko ze znakomitej zawartości, ale i starannego edytorsko, jakościowego wydania (choć trochę żal braku twardej okładki) podbijana jest przez ściśle limitowany nakład stu numerowanych egzemplarzy, jaki zresztą wyprzedał się w połowie okresu planowanej przedsprzedaży. Można by polemizować, czy sto sztuk to dużo, jednak w odniesieniu do polskiej grozy to wynik z pewnością godny pochwały. Ja również fakt, że wydawca – Wydawnictwo Arkadiusz Siejda – wraz z autorem zaoferowali możliwość darmowego pobrania publikacji w wersji pdf – [TUTAJ] – byle miała szansę „Księga Krzyku” trafić szerzej pod strzechy. I słusznie. Jest tego warta.
Księga Krzyku
Nasza ocena: - 90%
90%
Maciej Klimek. Wydawnictwo Arkadiusz Siejda 2026
Badloopus W pętli popkultury