Gorący temat

7 wątków w „Grze o tron”, które były całkowicie zbędne

Dziesiąta rocznica premiery „Gry o tron”, a wraz z nią kolejne petycje o remake finałowego sezonu pokazują, że wielu fanów nadal nie może przeboleć tego w jakim kierunku podążyła całość. Już w chwilę po dyskusyjnej ósmej serii i zakończeniu serialu D.B. Weissa i Davida Benioffa, w sieci aż zaroiło się od analiz, co w show poszło nie tak. I najprostsza odpowiedź byłaby zapewne taka, że twórcy chcieli zakończyć serial na szybko – ale po prawdzie, osiem kolejnych sezonów spędzonych na antenie, powinno być czasem bardziej niż wystarczającym do satysfakcjonującego domknięcia całej historii. No chyba, że w ich trakcie serial zamiast pewnie zmierzać do celu, zdecyduje się rozwlekać poboczne historie. Poniżej przedstawiamy siedem, którym najbardziej przydałby się porządny lifting – najlepiej w postaci całkowitej kasacji.

Daenerys i „afrykańska” polityka wewnętrzna

Perypetie Dany za Wąskim Morzem zdecydowanie miały potencjał na pokazanie walki o prymat w zupełnie innym otoczeniu, niż przesiąknięte brudem Westeros – a przynajmniej dopóki matka Smoków miała w swych działaniach jasno nakreślony przez scenarzystów cel. Tym oczywiście miał być powrót do ojczyzny i odebranie jej należnego Żelaznego Tronu – i kiedy po zdobyciu armii Nieskalanych wydawało się, że bohaterka wreszcie dopięła celu… zaczęło się fabularne przeciąganie liny. Wraz z nim kolejne kilka sezonów spędziliśmy na przyglądaniu się jak Daenerys rozprawia się z kolejnymi problemami wewnątrz rosnącego w siłę obszaru panowania na Essos, podczas gdy właściwy wątek leżał odłogiem. W efekcie zamiast pokazać inwazję na kontynent i zmagania w walce o siedem królestw we właściwy dla „Gry o tron”, detaliczny  sposób, scenarzyści zdecydowali się na uruchomienie trybu turbo i błyskawicznej eskalacji działań w momencie, gdy serialowi zaczynało brakować czasu. Puentą takiego podejścia do tematu było oczywiście rzewnie wspominane przez fanów zakończenie, połączone z całkowitym pominięciem dotychczasowego rysu psychologicznego postaci. Innymi słowy, za długo, zbyt nudno – a później nie było już czego ratować.

Greyjoyowie I ich „bunt”

„Co jest martwe nie może umrzeć”, „My nie siejemy” – to wyjątkowo dumne hasła jak na ród, którego podstawowa rola we właściwie całym serialu sprowadzała się do dostarczania statków ważniejszym bohaterom. Bo na pewno za takową nie można policzyć kwestii buntu w skali mikro, zakończonego uczynieniem z Theona królika doświadczalnego Ramsaya Boltona. Można iść zresztą dalej i spojrzeć poza ów niewiele znaczący akt niezgody wobec Starków – a tam okaże się, że nawet siejący postrach Euron „chcę wyruchać królową” Greyjoy  był w swej dzikości i zerojedynkowej motywacji tak przesadzony, że wręcz komiczny. I tak po prawdzie sprawa miała się z całym wątkiem rodu Greyjoyów – znaczyli sporo mniej niż im się wydawało.

Spiskujące Dorne

Okrutnie zmarnowana szansa na zaprezentowanie cokolwiek egzotycznej strony konfliktu. Dorne zdobyło nasze zainteresowanie wspaniałym występem Oberyna w Królewskiej Przystani – i na jego niezwykle brutalnym opuszczeniu ziemskiego padołu powinno zniknąć ze scenariusza, zostając nieodgadnioną ciekawostką. Tymczasem jednak pozwolono nam dostąpić zaszczytu poznania naprędce zarysowanego spisku wobec możnowładców krainy i czegoś, co miało być zemstą na Cersei Lannister – a w efekcie jedynie wypełniło czas ekranowy (czy ktoś naprawdę przejął się Myrcellą na dłużej niż kilkanaście sekund?), by ostatecznie zniknąć w pomrokach zamkowych lochów. Zaiste odpowiednie to dlań miejsce, choć wolelibyśmy nie widzieć tego wcale.

Bran jako trójoka wrona

Przenoszące młodego lorda Winterfell przez czas i przestrzeń wizje, to bodaj najbardziej bezużyteczna umiejętność jaką posiadł którykolwiek z bohaterów serialu. Cóż bowiem po tym, że Bran spędza godziny na treningach, cóż z tego, że widzi jak wydarzenia potoczą się w przyszłości, skoro nie zamierza kiwnąć palcem by zapobiec tysiącom bezsensownych śmierci? Ano po tym to, że jest punktem zaczepienia na którym można budować kolejne sceny, mniej lub bardziej umiejętnie przeciągając czas do wielkiego finału. Ale żeby widzowie nie mieli poczucia, że czas spędzony przez kolejne godziny z Branem był całkowicie na marne, należy w finale kazać mu zasugerować, że doskonale wiedział komu ostatecznie przypadnie korona. Jako wisienkę na torcie mamy zatem wariację na temat zdania „wiem, ale nie powiem”. Szkoda jedynie, że najwyraźniej wiedział Bran, ale aż do ostatniego sezonu niekoniecznie twórcy.

Mance Rayder i plemiona Dzikich

Początkowy obraz świata jaki rysowała nam „Gra o tron” z grubsza składał się z Westeros i ziem za Wąskim Morzem. To pierwsze z kolei, oprócz podziału na poszczególne pomniejsze krainy, można było określić jak ziemie na północ i południe od muru. Z północy nadchodzili Biali Wędrowcy, na południu toczona była nieustanna walka o władzę. I już samo to byłoby w zupełności wystarczające, by zapewnić fabule odpowiednie tło i przekaz. Niestety jednak, zamiast oczekiwanej z wypiekami na twarzy od pierwszego odcinka show, weryfikującej miałkość ludzkich sporów wojny między dobrem a złem, dostaliśmy coś co miało być pomostem między jedną stroną medalu a drugą. Przydługi wątek Mance’a Raydera i zjednoczonych plemion Dzikich, które za wyjątkiem pojedynczych postaci posłużyły za mięso armatnie, ani trochę nie wynagradzał faktu, że nieumarli szli w kierunku południa bez końca. A przecież zamiast mnożyć bytów, wystarczyłoby zwyczajnie powoli wprowadzać głównych antagonistów na scenę – ale kto w pierwszych sezonach spodziewał się, że trzeba będzie pędzić z tym na łeb na szyję tuż przed końcem serialu, prawda?

Stannis i Pan Światła

Pewne rzeczy nawet w Westeros nie mogły przejść, a do nich z pewnością zaliczało się bratobójstwo. Konia z rzędem temu zatem, kto po demonicznych wydarzeniach z udziałem Czerwonej Kapłanki i Renly’ego, brał najstarszego z Baratheonów jako poważnego kandydata do korony. I żeby nie było niedomówień – Stannis miewał swoje dobre momenty w serialu, ale w którymś momencie ewidentnie zabrakło na wątek jego i pana światła nowych pomysłów. W związku z tym snuł się ze swoją armią po mapie to tu, to tam (znaczy od Królewskiej Przystani po Mur) i „męczył bułę” religijnym fanatyzmem, aż scenarzystom przypomniało się w końcu, ze wypadałoby jednak to wszystko jakoś domknąć. O ile przypieczętowujące los niedoszłego władcy poświęcenie własnej córki rzeczywiście robiło spore wrażenie, tak późniejszych chwil Stannisa szkoda nawet przypominać. I jak na człowieka który z perspektywy kluczowych starć i wydarzeń ostatecznie odegrał rolę cokolwiek marginalną, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że serial nic by nie stracił, gdyby jego występ zakończył się wraz z Czarnym Nurtem i sezonem opatrzonym cyferką dwa. Wtedy przynajmniej miałby szansę odejść z honorem.

Missandei i Szary Robak

O ile wielowątkowość „Gry o Tron” mogła podobać się do momentu w którym wszystkie te pomniejsze historie odgrywały istotną rolę w fabule, tak z biegiem czasu doszło do mnożenia bytów ponad miarę – które wpływu na historię nie miały w najmniejszym stopniu, a stanowiły raczej wygodne narzędzie w dłoniach scenarzystów. W myśl tego, podstawowym zadaniem Missandei i Szarego Robaka było odciąganie uwagi od tego, że największą atrakcją w części opowieści poświęconej Daenerys jest marsz od miasta do miasta i tłumienie kolejnych buntów. A że postanowiono zrealizować to w formie standardowej historyjki o twardym chłopaku z gołębim sercem który zakochuje się w dziewczynie z wyższych sfer, mało kogo obchodziło. Najbardziej chyba nas, widzów.

Foto © HBO

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Najciekawsze filmowe premiery drugiej połowy 2021 roku

Połowa 2021 roku za pasem, sytuacja związana z koronawirusem coraz wyraźniej zdaje się być pod …

Leave a Reply