Gorący temat

Antares – sentymentalny powrót do konwencji komiksów science fiction [recenzja]

Z science fiction od Leo mam nielichy problem. Z jednej strony zachwyca mnie plastycznością swoich wizji i nieskrępowaną wyobraźnią w zakresie kreowania kolejnych kosmicznych form życia, a z drugiej jego historie niekoniecznie potrafią uniknąć błędów logicznych i swoistej infantylności.

„Antares” – kolejny cykl, będący bezpośrednią kontynuacją wcześniejszych serii – „Aldebaran” i „Betelgeza” – cierpi na dokładnie tę samą przypadłość, co praktycznie całość twórczości Brazylijczyka. Nieskrępowany rozmach kreacji, oparty na co najwyżej szczątkowym prawdopodobieństwie pozwala mu tworzyć wizje pełne rozmachu, niezwykłych tajemnic i zaskakujących zwrotów akcji, które jednak – w samej swojej konstrukcyjnej podstawie nie opierają się na rzetelnej naukowej podwalinie. I to podstawowy problem z całością „Światów Aldebarana” – relatywizm podejścia autora do kwestii kreacji autentyczności sztafażu sprawia, że musimy mocno zawiesić niewiarę, by nie kłuła nas w oczy bolesna życzeniowość zachowań bohaterów. Wszystkie kolejne zdarzenia nie opierają się na ciągach przyczynowo – skutkowych, ale raczej na samej ich niezbędności dla popchnięcia fabuły do przodu. I to przy lekturze może miłośników twardej SF mocno uwierać, ale jednocześnie mniej purytańskich odbiorców gatunku ma szansę nie drażnić nadmiernie, porywając rozmachem kreowanej wizji, której praktycznie nic nie ogranicza. W zamian za logiczne niedociągnięcia autor oferuje wspaniałe pejzaże obcej planety, z niezwykłą florą i fauną, jaka ją zasiedla. Niezwykłą, ale jednocześnie bardzo niebezpieczną dla próbujących ją kolonizować ziemskich osadników.

Z drugiej strony ciekawie prezentuje się kreacja społeczeństwa przyszłości. Powszechna lekkość obyczajów, kojarząca się z lewicowym nurtem swobody seksualnej konfrontowany jest ze skrajnie konserwatywnym odłamem wierzących (prawie ślepo i zdecydowanie fanatycznie) purytan. I tu akurat – mimo znaczącego przerysowania – autorowi udało się ukazać problem, z jakim borykamy się obecnie. Choć Leo zdecydowanie staje po stronie bardziej liberalnego stanowiska, a strona przeciwna ukazana jest jako sekciarskie zgromadzenie o mocno zaburzonym postrzeganiu świata, to temat, jaki został w komiksie poruszony jest mocno teraźniejszy, mimo, że osadzony w dalekiej przyszłości.

Jednak problematyka społecznych relacji jest tylko uzupełnieniem głównej osi fabuły, a ta zaś opiera się przede wszystkim na możliwościach prezentacji niezwykłej złożoności scenerii obcej planety. Ale chociaż towarzyszą bohaterom coraz to nowe niebezpieczeństwa i tajemnicze zdarzenia, a Leo mocno ciąży w kierunku podniesienia dramatyzmu, to finał aż tak nie zaskakuje. Twórca nie serwuje tak naprawdę niczego nowego. Odkrywa stare motywy z SF, jedynie ubierając je w nowatorski wizualny sztafaż. To kolejny w jego dorobku komiks, który ma wiele graficznego uroku, kojarzącego się z europejską szkołą komiksu z lat 80-tych, jednak uzupełniony jest przez dość sztampową fabułę. Jest ciekawie – jeśli nie wymagamy od bohaterów przesadnej logiki, jeśli zbyt usilnie nie rozkładamy fabularnej osi na czynniki pierwsze. I okazuje się „Antares” – przy takim traktowaniu – całkiem przyjemną kosmiczną przygodówką, która jednak nie wyważa szeroko otwartych drzwi, a raczej oddaje hołd klasycznym twórcom. „Światy Aldebarana” odkrywane – w moim przypadku za sprawą „Aldebarana”, na wczesnym etapie zainteresowania komiksową fantastyką – okazały się całkiem klimatycznym doświadczeniem. Obecne czytanie „Antaresa” sprawia, że album trąci wtórnością, ale nie na tyle, by zniechęcić do lektury. To trochę powrót do przeszłości, trochę poszukiwanie sentymentu względem tego, co odkrywało się w okresie nastoletnim. I jako taki „Antares” może się podobać. Powiew retro – fantastyki, w której wizja i rozmach były ważniejsze od logicznej wewnętrznej spójności opowieści.

„Antares” to właśnie taki czar wspomnień, dobry na leniwe letnie popołudnie. Póki nie podniesiemy mu poprzeczki zbyt wysoko, powinien sobie poradzić.

Antares

Nasza ocena: - 65%

65%

Scenariusz i rysunki: Leo. Wydawnictwo Egmont 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Death or Glory, tom 2: Kto tu jest szaleńcem? – fury road [recenzja]

Jeśli wydawało nam się, że nie może już być szybciej, mocniej i bardziej wybuchowo niż …

Leave a Reply