Gorący temat

Beata i Eugeniusz Dębscy – Czytelnik musi być zaskakiwany czy mu się to podoba czy nie [wywiad]

Z Beatą i Eugeniuszem Dębskimi, autorami „Siódmego kociego żywota”, rozmawiamy między innymi o przesuwaniu środka ciężkości w znanych cyklach, roli zwierząt w fabule i pisarskiej kuchni.

Gratulacje! Od momentu premiery „Śmierci drugiej” minęło nieco ponad pól roku, a Wy wracacie z nowym materiałem. Jak udaje się Wam utrzymać tak dobre tempo?

Praca, praca i jeszcze raz chęć zabawy. Przecież nie udawajmy: bawimy się dobrze, może nawet grzesznie lepiej niż czytelnicy. Wymyślamy jakiś myk fabularny i pytamy siebie: odkryją? Wyczają? Roześmieją się czy rozpłaczą? Uda się nam czy poszkapimy? No i wiadomo: jedna książka jest w redakcji, korekcie, druku, a druga już się KOTłuje. Czasem nam trudno zasnąć, bo pomysły cisną się do głów, a jak wiadomo u nas to dwie poduszki i dwie głowy!

Domyślam się jednak, że nie zawsze wszystko układa się bezproblemowo, zwłaszcza gdy pracuje się w duecie. Czy możecie zdradzić zatem ile z napisanego materiału, w trakcie nadawania mu ostatecznego kształtu wymaga poprawek, bądź w skrajnych przypadkach, ląduje w koszu?

Nie wyrzucamy niemal niczego, nie dlatego, że tak świetnie piszemy. Nie. Po prostu wszystko jest obgadane, przedyskutowane wielokrotnie, ustalone, zostaje tylko jak to się malowniczo mówi „przelać myśli na papier”.  Trochę inaczej z redaktorem, on wkracza do niemal nieznanego sobie świata, ma świeże, niestety, spojrzenie i często widzi coś, co nam umyka. My mamy ogromnego farta, że trafiliśmy na znakomitego Pawła Sajewicza, który jest redaktorem, ale też pisarzem.  Jest bardzo zaangażowany i co tu dużo mówić, czuje bluesa! Zatem poprawiamy, naciągamy kołdrę fabuły, poprawiamy poduszki, czasem zmieniamy częściowo pościel, ale generalnie – przesadnie nie maltretujemy się i nie maltretują nas.

A jak przy tak intensywnej pracy udaje się Wam zachować balans między życiem prywatnym a zawodowym?

Co to jest życie prywatne? Czy to jest to… Ach, pamiętamy!  Dobra,  serio… Po prostu, jak wspomniano wyżej, pisanie nas bawi. To, jest, oczywiście,  niebezpieczne, podobno prawdziwy twórca cierpi jak pisze, pamiętacie piosenkę Rosiewicza „Ballada masochisty”:

„Biczem długim, rzemiennym
W grube supły wiązanym
Sprawiam sobie niezmiennie
Straszne cięgi co rano…

Maczam pióro w krwi ściętej, która broczy z mej pięty
Piszę tekst nowej polskiej piosenki…

My nie cierpimy, można z tego wyciągać różne wnioski, ale pointa tej odpowiedzi jest taka: Bawimy się pisząc, to po co szukać innej rozrywki. Mamy daczę, na którą zwalamy się z dwoma kotami i psem jak tylko się da, rozpalamy ogień w ogrodowym kominku, sączymy Prosseco i podsuwamy sobie pomysły.  Ech, to jest życie!

Przejdźmy do waszej najnowszej powieści. „Siódmy koci żywot” to historia nowa… ale osadzona w znajomym już czytelnikom uniwersum. Dlaczego zdecydowaliście się na spin-off, a nie całkowicie odrębną fabułę?

Lepsze jest wrogiem dobrego.

Winkler jest dobry.

Ergo: po co zmieniać to, co dobre?

Czytelnik, a o niego dbamy bardziej niźli o siebie, też nie lubi przesadnych zmian. Zauważcie z jakim zachwytem blogerzy informują: „Powrót komisarza Zielnego!”.  Jednocześnie nie chcemy przejść do historii jako para, mająca w dorobku najdłuższy polski serial. Dlatego leciuchno odbiliśmy z już wytyczonego szlaku. Viledę każdy już zna. Jej podwładnego też. Okolice Borku – wiadomo, to nasza dzielnia. Czyli zmiana mała, ale – mamy nadzieję – odświeżająca.

Zatrzymajmy się przy tej okazji na chwilę przy bohaterach powieści – a zwłaszcza Macieju Malickim, który w powieściach z Tomaszem Winklerem pełnił rolę jeśli nie antagonisty, to postaci której z detektywem nie zawsze było po drodze. Dlaczego więc to właśnie jego zdecydowaliście się wysunąć w tym wypadku na (niemal) pierwszy plan?

Na takie właśnie pytania liczyliśmy. Czytelnik musi być zaskakiwany czy mu się to podoba czy nie. Malicki wyglądał na nieokrzesanego chama, ale on tylko się zgrywał.  Kto czytał „Śmierć drugą” wie, że to fajny facet i że z Winklerem było mu w tej powieści po drodze.  Musiał się jeszcze pojawić! Nie ukrywamy, że też na życzenie czytelników, ale nie możemy tej myśli rozwinąć, żeby nie zaspoilerować.

„Siódmy koci żywot” kładzie duży nacisk na elementy komediowe – znacznie wyraźniej niż robił to cykl z Tomaszem Winklerem. Co sprawiło, że zdecydowaliście się na takie połączenie i przesunięcie środka ciężkości historii?

Jak wyżej. Po pierwsze, nie nudzić! Lee Child – wydawał mi się fajny, ale po trzecim tomie podrapałem się po czuprynie: ale o co chodzi? Ile jeszcze komisariatów rozwali jego troglodyta? Ile jeszcze razy będzie tłumaczył, że nie ma kasy bo jej nie ma? I tak dalej…

A poza tym tylko pozornie bardziej niż w cyklu z Winklerem. Staraliśmy nie przesadzić z wątkami komediowymi, żeby nie położyć całkiem mocnej kryminalnej fabuły. Narracja z poziomu kotki Sheili może nadawać lekkość tej powieści, ale nie jest to typowa komedia kryminalna.

A prywatnie, preferujecie raczej mroczniejsze fabuły, czy te w luźniejszym tonie? I czy macie jakieś łączące powagę z humorem, uważacie za wzorcowe?

Jeśli mamy to sobie nie przypominam. Czytamy dużo kryminałów, sensacji, thrillerów… Uwielbiamy Micka Herrona, na szczęście on pisze nie takie rzeczy jak my, ale możemy sobie powtarzać: bądźmy jak Herron, ani strony przespanej, skotłowanej, niedorobionej. Ma być krzesane, jak nie bójka, to fajna scenka rodzajowa, jak nie śmieszno to straszno, a jak nie straszno to łzawo. I do roboty!

Jednym z aspektów które decydują o tym, że „Siódmy koci żywot” wyróżnia się spośród tożsamych gatunkowo pozycji na rynku, są rozdziały pisane z perspektywy kotki Sheili. Czy decydując się na ich pisanie, sięgaliście po jakiekolwiek pomoce naukowe by je urealnić, czy postawiliście na pisanie „od serca”?

Koty nie poddają się naukowej analizie. A może inaczej: ci, co coś odkryli wolą milczeć. Mamy więc ciągle do czynienia z bardzo bliskimi bardzo niezrozumiałymi  istotami. Tajemniczymi. I niech tak pozostanie. Obserwujmy, sprzątajmy, naprawiajmy, na tyle nas stać!

Okej, Winklerowi towarzyszyła niezawodna Kropka, teraz mamy Sheilę, a więc muszę Was o to zapytać: psy czy koty?

Wyliczyliśmy  w preambule do „Siódmego kociego żywota”, że żyliśmy łapka w łapkę z kilkudziesięcioma już kotami i psami. Nie zdecydowaliśmy na kim nam bardziej zależy. Niech one ustalą, wybiorą, zaaprobują. Obecnie pozwalają nam ze sobą mieszkać dwa koty i pies. Jesteśmy im za to wdzięczni i staramy się nie nabroić i nie podpaść tej gromadzie. Dobrej jakości wołowina musi być w lodówce!

A co następnego znajduje się w planach Beaty i Eugeniusza Dębskich? Czy Sheila ma szansę pomóc w śledztwie również Tomaszowi Winklerowi?

Wkroczyliśmy w fazę czyszczenia fabuły kolejnego Winklera, mamy nadzieję za kilka tygodni przekazać tekst  redaktorowi. Tradycyjnie, w „winklerowym” stadzie Kropka i Zgaga i żadnego innego sierściucha! Natomiast możemy zdradzić, że wrócimy na chwil kilka do Wrocławia z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co pewnie ucieszy naszych czytelników, bo zorientowaliśmy się, że to miłośnicy tego miasta i jego historii.

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Marek Zychla – drażni mnie i smuci ludzka znieczulica [wywiad]

Z Markiem Zychlą, autorem m.in. powieści „Strychnica”, wydanej przez Wydawnictwo Mięta rozmawiamy o tym, czy …

Leave a Reply