Gorący temat

Elecboy – obiecujący mariaż science fiction z postapo [recenzja]

Po lekturze pierwszego tomu „Elecboya” uczucia mam mieszane. Bo z jednej strony seria kryje w sobie bardzo ciekawy rys fabularny, a z drugiej, obudowuje go zestawem boleśnie ogranych schematów. Co z tego wyjdzie – okaże się zapewne dopiero w kolejnym tomie, który określi, czy scenarzysta podołał i udźwignął w pełni przedstawienie całej historii.

Zaczyna się dość schematycznie. Ziemia po kataklizmie jest spustoszona. Brakuje wody, żywności. Prawo i porządek zastąpiła przemoc i dominacja silniejszego. Pozostałe resztki ludzkości skupione są w odosobnionych enklawach, ogólną estetyka przywodzących na myśl amerykańską prowincję. Panuje dziwaczny system klanowy, na którego czele stoją właściciele okolicznej ziemi – rdzenni Amerykanie, będący dominantami, rządzącymi rejonem twardą ręką. Ich społeczność cechuje plemienno – klanowa struktura, mieszająca rządy twardej ręki z dziwacznym, mocno wypaczonym systemem mitologiczno – religijnym, ubranym w skomplikowane i brutalne rytuały, odwołujące się z grubsza do wierzeń przodków, ale przekształconych w sposób drastyczny na poczet nowej rzeczywistości. Pozostali mieszkańcy zmuszeni są podporządkować się, gdyż enklawa daje jedyną, względnie stabilną ochronę przed tajemniczymi istotami, będącymi najwyraźniej pochodnymi SI, które odpowiada za ogólnoświatową katastrofę.

Ogólny zarys świata przedstawionego to schemat bardzo często wykorzystywany w konwencji postapo. Mimo pewnych elementów oryginalnych, mających nadać całości ryt nowatorstwa, sam trzon niczym specjalnym się tutaj nie wyróżnia. Warto jednak wspomnieć, że autor pokusił się w pewnym stopniu sięgnięciem po swoista dziejową sprawiedliwość. Oto rdzenni Amerykanie, dotychczas spychani na margines, dyskryminowani, wcześniej bezlitośnie ograbiani i eksterminowani, na okrawkach własnej, rodzimej ziemi, odzyskują pozycję, sięgając po władzę i stając się dominantami, od których zależy reszta „białego” społeczeństwa. Ci, którzy dotąd spoglądali na społeczność natives z wyższością, teraz stali się od niej zależni. Kulturowy tygiel dawnych wierzeń, utajonej, kumulowanej przez pokolenia frustracji i niejako samoistnie odcięcie od „cywilizowanego świata” pozwolił owej grupie etnicznej nie tylko przetrwać, ale uzyskać z gruntu uprzywilejowaną pozycję. Owszem, ich obraz jest daleki od tego, jak rdzenni Amerykanie chcieliby być postrzegani – bądź od tego, jak sami siebie chcieliby widzieć, jednak nie zmienia to faktu, ze ich kreacja w komiksie, mimo negatywnego wydźwięku ich zachowań, okazuje się nad wyraz interesująca.

Całość struktury społecznej w komiksie jest – jak wspomniałem – oparty na schematach, jedynie okraszonych tylko wspomnianymi nowalijkami fabularnymi. Szkielet pozostaje doskonale znany, ale to akurat – paradoksalnie – zdaje się działać na plus. To coś znajomego, co pozwala się odbiorcy zaczepić w realiach wykreowanego świata, łatwiej w nich zaaklimatyzować. Co zarazem nie niweluje faktu boleśnie doskwierającej przewidywalności kluczowych relacji między bohaterami.

Główna postać to oczywiście outsider z nizin społecznych, którego samotnie wychowuje ojciec. Chłopak ten, o imieniu Joshua ma na pieńku z jednym z czołowych członków dominującego klanu, bo zbyt maślanym wzrokiem wodzi za przyrodnią siostrą swojego antagonisty. Zazdrość, poczucie pogardy i wyższości, ale też uprzywilejowana pozycja w społecznej strukturze rozbudzają chęć dominacji i stają się oczywistym zarzewiem konfliktu, który – będąc niejako jednym z głównych wątków całej historii – musi się odpowiednio zaognić i doprowadzić do kumulacji zdarzeń tyleż drastycznych, co widowiskowych. Na to wszystko nakłada się rodzinna tajemnica Joshuy, związana z jego pochodzeniem, sekrety jego ojca, ale też jego samego związek z tajemniczymi istotami, które usilnie czegoś szukają po całym ziemskim globie. Czegoś, lub kogoś.

Jaouen Salaün, będący tutaj zarówno autorem scenariusza, jak i rysownikiem, wiedzie swoją opowieść nieśpiesznie, bardzo zdawkowo odsłaniając kolejne elementy. Niewiele da się opowiedzieć o fabule pierwszego tomu (zawierającego dwa albumy serii oryginalnej), by nie zdradzić kluczowych faktów. Świat przedstawiony jest budowany na bazie tendencyjnego postapo, ale wzbogacony został o elementy, które jednak czynią go interesującym i określają jego potencjał przynajmniej jako obiecujący. Sama opowieść budowana ostrożnie i powolnie tak naprawdę zdoła dopiero zaostrzyć apetyt i aby powiedzieć cokolwiek więcej, bardziej jednoznacznie ją ocenić, należy poczekać na ciąg dalszy. Niniejszy tom kończy się tyleż zgrabnym, co przewidywalnym twistem, który jednak rodzi o wiele więcej pytań, niż oferuje odpowiedzi. Czy to dobrze? Moim zdaniem tak, bo zarówno mamy czas na oswojenie się z wykreowaną rzeczywistością, przyjrzenie się jej detalom, niuansom społecznej struktury, ale i szczątkowo przedstawionemu póki co rysowi historycznemu, a jednocześnie udało się autorowi nie obnażyć przed nami wszystkich pomysłów i nadal ma – jak się zdaje – kilka fabularnych asów w rękawie.

To opowieść w dużej mierze inicjacyjna, o jednostce ze społecznych nizin, który w drodze bolesnych doświadczeń i mierzenia się z własnym cierpieniem odkrywa prawdę o sobie, o własnej wyjątkowości, jaka może naruszyć delikatne status quo obowiązującego świata. Niby to wszystko już było, niby autor nic przesadnie nowego nie wymyślił, w samym fabularnym trzonie, ale obudował to ciekawymi dodatkami. Ale i świetnie narysował. I to właśnie – ta kreska – to jeden ze znaczniejszych plusów „Elecboya”.

Graficznie komiks prezentuje ciekawe, dosyć szczegółowe kadrowanie połączone z malarskim zacięciem artysty, dobrze wpisującym się w typową dla frankofonów manierą. Widać tu dalekie wpływy choćby prac Wojtka Siudmaka (idealizowanie proporcji ludzkich ciał, zwłaszcza u tajemniczych istot, czy rozmach kreacji statków kosmicznych, zespalanych z estetyką architektoniczną antyku), ale da się tutaj dostrzec także wpływy westernowego sztafażu, zwłaszcza w obszarze kreacji tła dla całej historii. Stąd nie dziwią odniesienia (i skojarzenia, choćby tylko wizualne) czy to z klasykiem takim, jak „Mad Max” George’a Millera, czy też z mniej znanym, bardzo interesującym „The Rover” Davida Michoda.

To ogólne odniesienie kreacji świata przedstawionego jako do postapokaliptycznego westernu, z wyraźnie zarysowanymi „tymi dobrymi” i „tymi złymi” sprawia, że stosunkowo łatwo nam opowiedzieć się po stronie głównego bohatera, wręcz identyfikować się z nim. Warstwa fabularna zyskuje na tym, bowiem grając pewnymi kliszami, co najwyżej upchanymi w nieco inną estetykę, łatwiej jest ukierunkowywać odbiorcę. Ale i zyskać jego przychylność, jego sympatię. Czytelnik kroczy przez świat, przez historię „Elecboya” zaciekawiony, ale nie zagubiony, bo przecież rozpoznaje znajome elementy konstrukcyjne. Reszta zależy od tego, co autor pokaże w kolejnych częściach, czy udźwignie godne rozwinięcie i zakończenie rozpoczętych wątków.

„Elecboy” to komiks obiecujący, który albo okaże się – w dalszym ciągu – przykładem bardzo interesującego i nowatorskiego wykorzystania estetyki postapo, albo który polegnie pod brzemieniem własnej próby wyrwania się poza schemat, z jednoczesnym pozostawieniem wystarczająco solidnej podwaliny budowanej na popkulturowych kliszach. Na chwilę obecną, ciężko ocenić jednoznacznie, ale raczej skłaniałbym się, by dać serii szansę. Czy nie zawiedzie – o tym przekonamy się w kolejnej odsłonie.

Elecboy. Tom 1

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz i rysunki: Jaouen Salaün. Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawnictwo Lost In Time 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Rorschach – druga fala kosmicznych kałamarnic [recenzja]

Rorschach był jednym z najbardziej charakterystycznych bohaterów “Strażników” Alana Moore’a. Czy nowy album z Egmontu …

Leave a Reply