Gorący temat

Obcy: wyjście z cienia – co się działo pomiędzy [recenzja]

Literatura osadzona w wykreowanym przez Ridleya Scotta uniwersum kojarzy się w głównej mierze z nowelizacjami scenariuszy do kolejnych filmowych odsłon. Na ich tle, książka Tima Lebbona jawi się jako projekt zgoła bardziej ambitny – bo próbujący wcisnąć swoje trzy grosze tam, gdzie nie spodziewalibyśmy się znaleźć wolnej przestrzeni.

A mowa konkretnie o przedziale czasowym pomiędzy pierwszą a drugą częścią filmu. Jak fani „Obcego” doskonale pamiętają, po ucieczce z Nostromo i ostatecznym starciu z monstrum na pokładzie Narcissusa, Ripley dryfowała w przestrzeni kosmicznej przez całe 57 lat, zanim finalnie została odnaleziona. Teoretycznie, niemal sześć dekad spędziła więc zahibernowana i nieświadoma upływającego czasu… i dokładnie w tym miejscu pojawia się autor „Milczenia” Tim Lebbon, zadając pytanie: „ale czy na pewno?”

„Obcy: wyjście z cienia” początkowo jednak skupia swoją uwagę na Chrisie Hooperze, stacjonującym gdzieś na rubieżach cywilizacji na górniczym statku Marion techniku pokładowym. Choć celem załogi jest wydobycie niebywale cennego i rzadkiego pierwiastka nazywanego trymonitem, kolejne spędzone z dala od domu chwile mężczyzny przepełnia rutyna dnia codziennego… a przynajmniej do czasu gdy pod powierzchnią niegościnnej LV-178 górnicy natykają się na coś przekraczającego ich najśmielsze wyobrażenia. Kilka chwil później, katastrofa goni katastrofę – dramatyczna ewakuacja ku Marion powoduje jej nieodwracalne uszkodzenia, a pozostałej przy życiu garstce ludzi pozostaje jedynie wysłać w kosmiczną pustkę sygnał alarmowy w nadziei na ratunek. Nie mogą spodziewać się, że dotrze on do nieświadomie podróżującej przez kosmiczną pustkę Ripley. Tyle, że wraz nią na pokładzie Narcissusa znajduje się ktoś jeszcze – ktoś, kto ma własne plany niw tylko wobec Ripley, ale i załogi Marion…

Choć koncepcja oparcia kręgosłupa całej historii o odcinek czasu między pierwszą, a drugą częścią filmu może na pierwszy rzut oka wydawać się dyskusyjny, już pierwszych kilka rozdziałów spędzonych z „Wyjściem z cienia” uświadamia, że obok głośnej licencji, za książką stoi przede wszystkim przemyślany pomysł, na połączenie fabularnych kropek w satysfakcjonującą całość – i to na tyle dobrze, by zaproponowana przez Lebbona historia, mogła bez żadnego wstydu stać się podstawą do kolejnego filmu. Rzecz jasna trudno oczekiwać po „Wyjściu z cienia” rozbudowanych metafor i skręcającej umysł w supeł, wielopoziomowej intrygi, ale dokładnie te schematy, które działały u Ridleya Scotta i Jamesa Camerona, zostają z powodzeniem zaadaptowane do wersji papierowej. Warto jednak zaznaczyć, że więcej tu „Decydującego starcia”, niż „Ósmego pasażera Nostromo”.

Tym samym miejsce przydługiej ekspozycji zajmuje przede wszystkim akcja i eskalacja spadających na bohaterów nieszczęść – i trzeba przyznać, że wytworzenie atmosfery walki z zaskakująco sprytnym przeciwnikiem i przede wszystkim czasem, Brytyjczykowi udało się to na tyle sprawnie, by mimo ledwie kilku akapitów poświęconych na naszkicowanie poszczególnych postaci, w ich sytuację niemal natychmiast się zaangażować. Być może gdyby znajdującym się na drugim planie bohaterom poświęcić nieco więcej czasu, „Wyjście z cienia” działałoby nawet lepiej, ale i tak trudno na poziom dramaturgii narzekać, zwłaszcza że ta jest dodatkowo podkręcana przez niezwykle dynamiczne sekwencje spotkań z ksenomorfami. Lebbon doskonale wie, że podstawą grozy w „Obcym”, jest konieczność zmierzenia się człowieka z monstrum doskonale przystosowanym do zabijania, kiedy więc stawia ich naprzeciw sobie, robi wszystko by czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, kto w tym starciu ma przewagę.

Udanie prezentuje się również wplecenie całości wydarzeń w te znane z filmowej sagi, by można było uznać je za kanoniczne. Choć początkowo wydaje się, że podsumowanie fabuły które nie nagnie zdrowego rozsądku będzie zakrawało na zadanie karkołomne, Lebbon i w tym aspekcie potrafi się obronić

Choć siłą rzeczy, „Obcy: wyjście z cienia” docelowych odbiorców szukać będzie wśród fanów uniwersum, również i dla osób z Ksenomorfami zaznajomionymi nieco mniej stanowi doskonałą propozycję literatury stricte rozrywkowej. Zwłaszcza, że estetykę znikających w oczach w trakcie lektury nieco ponad czterystu stron książki dodatkowo podkreślają doskonałe – jak  zawsze – szkice Maciej Kamudy. Grzech nie mieć tego na półce.

Obcy: wyjście z cienia

Nasza ocena: - 80%

80%

Autor: Tim Lebbon. Tłumaczenie: Maciej Wacław. Wydawnictwo Vesper, 2023.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Strychnica – „Stranger Things” po irlandzku [recenzja]

„Strychnica” to powieść z gatunkowego pogranicza, zawierająca w sobie i klasyczną grozę, i dark fantasy …

Leave a Reply