„Agonia bursztynowych ważek” to co prawda nie literacki debiut, ale nadal publikacja od autora świeżego i jeszcze nieokrzepłego na rodzimym rynku grozy. Jednak już uwidacznia, że mamy do czynienia z twórcą bardzo wartym uwagi.
Polska groza ma to do siebie, że lubi publikować wiele. Czasem nawet zbyt wiele. Moja zgryźliwość w tym zakresie jest już raczej znana, choć wciąż uparcie uzurpuję sobie do niej prawo zarówno jako twórca, jak i recenzent z wieloletnim dorobkiem publicystycznym. Zresztą, nie sposób nie dostrzec, że autorów mnoży się wykładniczo, co niekoniecznie idzie w parze z jakością. Powtarzalność motywów, jaką charakteryzuje się horror jako taki, tym bardziej ogranicza autorskie możliwości. I już nawet nie rzecz, czy to pozycja z rodzimego, czy też zewnętrznego rynku. Klasyczna groza wyczerpała już w dużej mierze swoją fabułę i trzeba otwartości i poszukiwań nowych ścieżek, by zaserwować odbiorcy coś rzeczywiście wartego uwagi, a nie kolejne powielenie ogranego schematu.
I Budzińskiemu – nie ukrywam – udaje się to i to w sposób nad wyraz wprawny.
Pierwsze moje zetknięcie z autorem to antologia „Szczecinowierca” – zbiór opowiadań o mocno gotyckim w sztafażu Szczecinie, zasiedlonym przez różne istoty rodem z horrorowych opowieści. Proza – przyznaję, dosyć zgrabna, poprawnie napisana, mocno w konwencji znanej z historycznych „penny dreadfull”, udanie zresztą jakiś czas temu odświeżonych w serialu „Dom grozy”, który zresztą klimatem „Szczecinowierca” mocno przypomina. W „Agonii bursztynowych ważek” sięga Budziński po odmienny sztafaż — estetykę powojnia, a więc okres bardzo niespokojny, okres kształtowania się powolnego polskiej quasi-samodzielnej, bo jednak pod radzieckim protektoratem, państwowości, naznaczonej z jednej strony wojenną, wciąż świeżą traumą, z drugiej, zagrożeniem ze strony ciągle niewyplenionej pozostałości po hitlerowskim rozpanoszeniu, zwłaszcza w rejonie Pomorza, które i społecznie i kulturowo dźwigać musi po dziś dzień mocno zakorzenioną swoją niemieckość.
„Agonia bursztynowych ważek” to proza, mówiąc wprost, zjawiskowa. Pomimo mocno egzaltowanej atmosfery, jaką kreuje na kartach opowieści autor – a może dzięki niej – jawi się „Agonia…” jako dzieło nie tylko świeże i wyróżniające się na tle polskiego grozowego dorobku, ale także jako literatura (po) wojenna wykracza poza utarte schematy, poszerzając je o element nadprzyrodzony, stanowiąc tym samym świadectwo formuły bardzo starannie przemyślanej i również w ten sposób projektowanej. Pojawiają się być może niewielkie zgrzyty, czy elementy nie do końca wpasowane (o czym później), ale nadal prozatorsko wybija się ta pozycja poza boleśnie dominującą w horrorze polskim przeciętność.
Opowiada „Agonia…”, jak wspomniałem, o czasie powojennym, co już samo w sobie wymusza estetykę ponurego, krwawego mroku – bo taki był to czas, sam w sobie. Okrasza go jednak jeszcze autor dodatkową, nadnaturalną warstwą, ale warstwą umiejętnie unikającą plastikowych, potworów i klasycznego – by nie rzec, wyświechtanego – zestawu słowiańskich demonów, w jakich ostatnimi czasy polski horror się lubuje. Owszem, jest tu demonologia, mocno zakorzeniona w regionalizmie, ale zgrabnie zaklęta została w niedopowiedzeniu, w rozmyciu osobowości, w personifikowaniu lasu, jako całości, jako tworu świadomego i ukierunkowanego na nie tyle walkę, polowanie, co karanie za przewiny, za obudzenie pradawnych mocy. Co zresztą udatnie koresponduje z historycznymi odniesieniami względem hitlerowskiej fascynacji okultyzmem. Innym razem będzie to pokłosie quasi naukowych badań niemieckich, kontynuowanych zresztą uporczywie przez „wyzwoleńcze” radzieckie struktury, które urośnie do nad wyraz namacalnego efektu. – czyli znów motyw horrorowy kiełkował będzie na podwalinie historycznego sztafażu.
Jest to proza gęsta, w pewnym stopniu manieryczna, ale w tej manierze znakomicie budująca klimat, kreśląca dojmującą, straszno – wzruszającą atmosferę. Usytuowanie miejsca akcji na Pomorzu – w regionie osobiście znanym i bliskim samemu autorowi uwiarygadnia go, bo świat przedstawiony i jego otoczka budowane są na podwalinie (często bolesnych i traumatyzujących wciąż) wspomnień i świadectw rodzinnych oraz regionalnych. A w regionie tak doświadczonym, o tak rozdartej tożsamości społeczno – kulturowej, musi dochodzić do naturalnych napięć między tymi, którzy przymusowo odchodzą, a tymi, którzy dopiero się osiedlają. Jedni praw miejscowych pozbawieni w wyniku wojennych perturbacji, drudzy, uzurpujący sobie owe prawa z tytułu nadania i nowych czasów, a wszystko to w cieniu niedawnych krzywd, za które ktoś musi karę ponieść, choćby był tylko symbolem winnych, naznaczony niewybieralną przecież narodowością – to musi rodzić napięcia i konflikty. A to tylko wierzchołek całości, ledwie jedna warstwa.
Przywodzi na myśl – porównawczo – „Agonia…” inną wspaniałą, choć w pewien sposób równie mroczną powieść: „Pomrok” Daniela Rosołka. Choć proza Rosołka pozbawiona jest zupełnie elementów fantastycznych i skupia się na surowym, brutalnym realizmie obyczajowym, a u Budzińskiego to nadnaturalizm jest siłą napędową całej opowieści, jej mechanizmem sprawczym. Bliskie są, zarówno w formie, jak i wydźwięku obydwie książki, poprzez w podobnej tonacji podane świadectwo czasów. I równie dobrze są napisane, pod względem literackim, choć muszę z recenzenckiego obowiązku wypomnieć Budzińskiemu manierę (również i mnie osobiście nieobcą) – swoistej egzaltacji, nie tylko w treści, ale też choćby w tytułach kolejnych rozdziałów.
Inną powieścią, którą porównawczo warto by przywołać, jest z pewnością mniej znany, słabiej pamiętany (i mocno niedoceniony, może przez praktyczny brak solidnej redakcji końcowej), wspaniały „Czarny bóg” Krzysztofa Wrońskiego. Podobna, co u Budzińskiego jest tam estetyka, podobne czasy i mocne okraszenie powojennej, realistycznej historii wątkiem nadnaturalnym. Warto zwrócić uwagę.
Edytorsko to naprawdę przyjemnie przygotowana edycja, w twardej oprawie, która wytrzymuje więcej, niż choćby posiadane przeze mnie „Drzewa go kochały” Algernona Blackwooda, również z Wydawnictwa Abyssos, które w gorszym stanie (rozwarstwiająca się na rogach okładka) przetrwały już pierwsze czytanie. Tutaj problemu tego nie ma, jest solidniejsze wykonanie, okraszone świetną, mocno nastrojową okładką i ilustracjami… oraz zdjęciami, z którymi mam problem. Rozumiem ich zamysł, jednak (nie wszystkie, ale część) nie do końca mi pasują, są bowiem fotografiami współczesności, zbyt ograniczenie współgrającymi z treścią, jak to miało być w zamierzeniu.
„Agonia bursztynowych ważek” to świetna proza, plasująca się pomiędzy wspomnianymi: „Czarnym bogiem” Wrońskiego, a „Pomrokiem” Rosołka – powieściami osadzonymi w trudnym, ale fabularnie atrakcyjnym w okresie Polski powojennej. Dla miłośników tego nurtu okazuje się książka Budzińskiego pozycją zwyczajnie obowiązkową. Dla koneserów grozy wybijającej się ponad przeciętność – tym bardziej.
Sprawdź, gdzie kupić:
Agonia bursztynowych ważek
Nasza ocena: - 90%
90%
Przemysław Budziński. Wydawnictwo Abyssos 2025
Badloopus W pętli popkultury