Gorący temat

Ośmiu pasażerów Nostromo – czyli wszystkie występy “Obcego” na wielkich ekranach

Dziś 26 kwietnia przypada kolejny “Alien Day”, czyli międzynarodowe święto dla wszystkich fanów najbardziej rozpoznawalnej, dybiącej na ludzi obcej formy życia w popkulturze. Z tego też względu przedstawiamy wam zestawienie wszystkich ośmiu składających się na uniwersum kinowych starć z Ksenomorfem, uszeregowanych chronologicznie – ale również całkowicie subiektywnie ocenionych i sklasyfikowanych na kolejnych miejscach rankingu.

Obcy (1979)

O tym filmie napisano już wszystko. Prekursor niezliczonych ilości space horrorów, niekwestionowany król gatunku i jedno z tych dzieł, które we wszelakich popkulturowych mediach odbija się szerokim echem aż do dziś. W momencie premiery opad szczęki powodowało tu praktycznie wszystko – niezwykła scenografia i wstrząsający, łącznie z cyklem życiowym, projekt tytułowej biomechanicznej maszkary H.R. Gigera, świetnie dobrana grupa bohaterów którzy nie zajmowali się jedynie recytowaniem linii dialogowych, a zwyczajnie żyli na ekranie. Co ważniejsze, pomimo niemal czterdziestki na karku, “Ósmy pasażer Nostromo” niemal się nie zestarzał, wciąż oferując widzom to, za co tego typu kino ceni się najbardziej – niezwykły, przesiąknięty nadciągającą grozą klimat. Ridley Scott stworzył dzieło które nieodmiennie fascynuje, ustawiając poprzeczkę dla przyszłych kontynuacji na poziomie, którego przeskoczyć zwyczajnie się nie da.

Ocena 100%,  miejsce w rankingu: 2

Obcy: Decydujące starcie (1986)

Jeśli jednak zastanowić się nad przykładem sequela od pierwowzoru niemal w każdym aspekcie całkowicie odmiennego, który jednak mimo wszystko potrafił dorównać mu poziomem generowanej frajdy, wybór mógłby paść tylko na film Jamesa Camerona. Amerykanin zrobił w swoim dziele wszystko dokładnie tak, jak być powinno: nie dość, że sprawnie poprowadził kontynuację zamkniętej historii, to jeszcze dołożył od siebie kilka(dziesiąt?) elementów które podobnie jak w przypadku oryginału, obecnie stanowią już kanon gatunku. Wystarczy wspomnieć choćby kultowe karabiny pulsacyjne i smartguny Vasquez i Drake’a, rewelacyjnie przedstawiony oddział zadziornych ale i podbijających serca już w pierwsze kilka minut kosmicznych marines (Hudson! Hicks! Vasquez!), koncept królowej Obcych, czy dziesiątki pamiętnych scen i cytatów którymi fani filmu potrafią przerzucać się do teraz, z pamiętnym “Get away from her, you bitch!” i finałowym pojedynkiem na czele, by zrozumieć, jaki wpływ na kształt późniejszych naśladowców kontynuacja Obcego w rzeczywistości wywarła. Fakt, że wydźwięk całości nieco zelżał, a z perfekcyjnej maszyny do zabijania uczyniono tak po prawdzie większą wersję mrówki, nie wpływa nijak na to, że “Decydujące starcie” to mocne, mroczne science fiction z militarnym zacięciem, które z wielką satysfakcją ogląda się do dziś. Przy całym tym urodzaju, naprawdę ciężko pierwszą i drugą część ze sobą porównywać – mimo wykorzystywania przezeń zupełnie różnego wachlarza elementów filmowego rzemiosła, pozostają integralną całością. Stąd też o decyzji który z filmów lubimy bardziej, przesądza nie tyle ich jakość, co indywidualne preferencje. Jeśli chodzi o mnie – “Decydujące starcie” górą.

Ocena: 100%, miejsce w rankingu: 1

Obcy 3 (1992)

Reżyserski debiut Davida Finchera całkiem trafnie opisuje jedno zdanie: film który powstał za późno. Sześć lat przerwy po przebojowym filmie Camerona wystarczyło, by zapomnieć o możliwości powrotu Newt w dający się wytłumaczyć logicznie sposób. Idąc tym tropem, życia pozbawiono również ocalałych z poprzedniego pogromu Bishopa i Hicksa – co w połączeniu z odżegnaniem się od kilku już wtedy ikonicznych elementów jakie pozostawiło po sobie ‘Decydujące starcie”, fani uznali jako bezpardonowy policzek wymierzony w ich stronę. Dyskusyjne rozwiązania fabularne zaważyły na odbiorze z jakim film się spotkał. Czy słusznie? Niekoniecznie. I owszem, wprowadzenie nowych bohaterów jest słabe, akcja momentami zdaje się wlec w nieskończoność, jednak dzieło Finchera to ewidentny ukłon w stronę oryginału. Klimat beznadziei, zepsucia i wciskającego się zewsząd brudu jest tak efektywnie przedstawiony, że ociera się wręcz o regiony “Mad Maxowe”, podobnie jak kostiumy i charakteryzacja. Takie z góry założone łachmaniarstwo rzecz jasna nie każdemu musi się podobać, z perspektywy czasu widać jednak, że był w tym wszystkim jakiś konsekwentnie realizowany pomysł – dokładnie to zatem, czego zabrakło niemal każdemu z następców. Jako ciekawostkę dla wciąż niepocieszonych odstającym od dwójki znakomitych poprzedników poziomem trzeciej części, można dodać fakt, że za pisanie jednego z nigdy nie wcielonych w życie scenariuszy, wziął się również gigant science fiction, William Gibson – i cóż, jeśli uważacie, że w “Decydującym starciu” działo się wiele, w przypadku niedoszłej wersji skryptu ojca cyberpunku, musielibyście swój pogląd zweryfikować o sto osiemdziesiąt stopni. Scenariusz “Obcego III” można znaleźć pod TYM adresem.

Ocena: 70%, miejsce w rankingu: 3

Obcy: Przebudzenie (1997)

Po tym, jak “trójka” całkiem skutecznie domknęła historię niestrudzonej Ripley, wydawało się, że kolejna odsłona “Obcego” nie powinna mieć racji bytu. Stało się jednak jak się stało – i już od pierwszych minut czuje się podskórnie, że film Jeana-Pierre Jeuneta magii poprzedników zachował w sobie niewiele. Absurdów i dziur fabularnych jest w porównaniu do trylogii jest tu znacznie więcej, co widać na samym początku, kiedy scenarzyści dość nieudolnie starają się przekonać widza do związanej z klonowaniem logiki leżącej u podstaw historii. Próba uczynienia z Ripley rzucającej co chwilę czerstwymi one-linerami killerki również wypada nieco na siłę, a najbardziej cierpi na tym atmosfera. W efekcie całość to nietypowa hybryda horroru science fiction z (sic!) dość głupkowatymi elementami komediowymi, co dla wielu przyzwyczajonych do defetystycznego wydźwięku poprzednich części widzów będzie daniem raczej z tych ciężkostrawnych. Zamiast tego mamy kilka efektownych sekwencji (choćby ta podwodna), przyjemnie wyglądającą scenografię Aurigi i ciekawą rolę Winony Ryder. Daje się to mimo wszystko oglądać bez zgrzytania zębami – pod warunkiem, że z góry założy się poziom o klasę niższy od poprzedników.

Ocena: 60%, miejsce w rankingu: 4

Obcy kontra Predator (2004)

Hollywood dobrze wie co robi – taki oto będący truizmem pierwszej wody wniosek można wysnuć po zetknięciu się z dziełem Paula W.S. Andersona.  Dlaczego? Ano dlatego, że dając zielone światło projektowi będącemu crossoverem dwóch ikonicznych dla horroru science fiction uniwersów, producenci mogli być bardziej niż pewni, że niezależnie od tego jak mizerny ostatecznie okaże się rezultat, zarobi na siebie bez problemu. I niestety chciałoby się powiedzieć, w swych kalkulacjach się nie pomylili. Film Andersona kuleje w wielu elementach – począwszy od pretekstowej fabuły nawet nie usiłującej przekonać widza do faktu, że gdzieś w okolicach bieguna Predatorzy urządzają sobie polowania na Obcych, przez całkowity brak ekspozycji ludzkich bohaterów (no chyba, że za takowe uznamy kilkadziesiąt sekund poświęcone trzem czy czterem zajmującym później najwięcej ekranowego czasu – resztę poznamy co najwyżej z nazwiska), na wyjątkowo marnym tytułowym starciu zredukowanych tu do roli przerośniętego robactwa Obcych z Łowcami skończywszy. O tym, że o jakiejkolwiek grozie można tu zapomnieć przekonuje już pierwsze 30 minut, co gorsza jednak, mimo sporego, sięgającego sześćdziesięciu milionów dolarów budżetu,  przez cały seans dominuje również charakterystyczne dla większości filmów reżysera (może pomijając “Ukryty Wymiar” i pierwszego “Resident Evil”) poczucie przaśności i siermiężności całego przedsięwzięcia. Zarówno scenografia, kostiumy, a nawet sceny zgonów są tu zbyt sterylne, zbyt plastikowe i ugrzecznione (PG-13 kłania się w pas), co klimatu nie przydaje nijak, za to skutecznie leczy bezsenność. Innymi słowy: do obejrzenia i jak najszybszego wymazania z pamięci.

Ocena: 40%, miejsce w rankingu: 7

Obcy kontra Predator: Requiem (2007)

Jeśli część pierwszą crossovera nazywać słabą, to dla jej kontynuacji zwyczajnie braknie dolnych regionów skali. Akcja “Requiem” zaczyna się w chwilę po zakończeniu poprzednika – znaczy zainfekowany Ksenomorfem Predator dokonuje aktu narodzin, a będący hybrydą dwóch ras potomek zwany Predalienem z miejsca sieje zamęt, co ostatecznie doprowadza do rozbicia się statku Łowców gdzieś na ziemskiej prowincji. Tam rzecz jasna zaczyna się prawdziwa rzeź, okraszona małomiasteczkową atmosferą problemów rozchwianych emocjonalnie nastolatków rodem z Beverly Hills. Buzują więc hormony, buzuje też akcja – umówmy się jednak – mimo, że “Obcy” nigdy nie należał do najmądrzejszych filmów na świecie, to co wyprawia się u braci Strause, można przy odrobinie dobrej woli nazwać jedynie bezładną bieganiną ludzi na których mało komu (a już najmniej odbiorcom) zależy. Takiego stanu rzeczy nie potrafią przykryć ani znacząco podkręcona w stosunku do pierwszej części brutalność, ani egipskie ciemności w jakich spora część akcji się odbywa – kiedy więc po finalnej eksplozji wreszcie pojawia się plansza z napisami końcowymi, pozostaje jedynie odetchnąć z ulgą.

Ocena: 25%, miejsce w rankingu: 8

Prometeusz (2012)

To miał być wielki powrót Scotta do wykreowanego przezeń uniwersum – zamiast dzieła reklamowanego niemal jako wiekopomne, fani marki dostali coś co podzieliło ich na dwa aktywnie zwalczające się obozy. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatrywać można już na etapie produkcji – kilkakrotne zmiany scenariusza nie wróżyły projektowi dobrze, czego efekt w postaci połatanego skryptu Damona Lindelofa oglądaliśmy na ekranach. O ile pomysł wyjściowy, inspirowany “Rydwanami Bogów” Danikena wyglądał na naprawdę zjadliwy, a egzystencjalne pytania jakie obraz miał zadawać przydawały mu jedynie głębi, tak zawiodło to, co z reguły zawodzi najczęściej – detale. Na pierwszym miejscu mamy tu pełną żenujących uproszczeń i oczywistości historię, a zaraz za nią absurdalnie przerysowaną, na opak umotywowaną bandę stanowiących załogę półgłówków, którzy swym postępowaniem co rusz hołdują nieśmiertelnej horrorowej zasadzie pod tytułem: “rozdzielmy się” (prym wiodą powodujące chęć pacnięcia się w czoło sceny z Millburnem i Fifieldem). Tłumaczenie fanom rzeczy które wcześniej z powodzeniem broniły się jako niedopowiedzenia również nijak “Prometeuszowi” splendoru nie przynosi, zwłaszcza, że to przecież na enigmie opierała się siła oryginału – choćby taki Space Jockey wzbudzał grozę i prowokował do snucia teorii, bo w wyobraźni widzów rzeczywiście funkcjonował jako olbrzymi stwór z rozerwaną klatką piersiową, a nie… kombinezon wygolonego albinosa na sterydach. Tym samym kierunek jaki obrał Scott z powodzeniem zniszczył fanowską mitologię jaka przez lata narosła wokół serii, zastępując ją – znacznie mniej atrakcyjnymi – wynurzeniami na temat dzieła stworzenia. Czy taki obrót spraw był serii potrzebny? Cóż, wątpliwe. “Prometeusz” mimo naprawdę bombowego wykonania to fabularne męczarnie, w dodatku absolutnie dla uniwersum zbędne.

Ocena: 55% , miejsce w rankingu: 5

Obcy: Przymierze (2017)

Jeśli wychodząc z sali kinowej po seansie “Prometeusza” byli tacy widzowie którzy obiecali sobie już nigdy więcej nie nabrać się na popisy speców od PR, na widok tego co wyprawia się przed pierwszymi pokazami “Przymierza”, w głowie zapewne zapaliły im się wszelkie lampki ostrzegawcze. Jak się okazało, całkiem słusznie – miast sugerowanego wszem i wobec powrotu do horrorowych korzeni i zawiesistego klimatu, zaserwowano im kolejną porcję “Prometeuszowej” filozofii w wykonaniu Pana Scotta. Agresywna kampania marketingowa okazała się picem na wodę (większość, jeśli nie wszystkie z klipów prezentowanych przed premierą w filmie się zwyczajnie nie znalazła), a sama fabuła znów popędziła bez ładu i składu przed siebie, na czele z kulejącym przedstawieniem podejmujących durne decyzje bohaterów tragikomedii. I owszem, technicznie trudno było tu cokolwiek zarzucić, a krew tym razem tryskała po ścianach aż miło – tyle, że braku dramatyzmu, grozy sytuacji i ponad wszystko poczucia jakiejkolwiek świeżości materiału nijak nie dało się owymi aspektami przysłonić. Sam Obcy z kolei bezpowrotnie przestał być ucieleśnieniem największych lęków, pełniąc rolę raczej upiornej maskotki napędzającej masy do kin. Jeśli dołożyć do tego kilka scen balansujących na granicy żenady (słynna scena z fletem jest tego najlepszym przykładem), wyszło na to, że zamiast filmu o potworze twórcy spłodzili… filmowego potworka, który nie tylko nie był w stanie konkurować z mającym premierę mniej więcej w tym samym czasie “LIFE”, ale też znacznie późniejszą “Głębią strachu”. A przecież oba te filmy czerpią bezpośrednie inspiracje z marki stworzonej przez Ridleya Scotta…

Ocena: 50%, miejsce w rankingu: 6

Foto © 20th Century Studios (The Walt Disney Company)

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Zwierzęta atakują! – 15 najlepszych filmowych horrorów z gatunku animal attack

Podczas gdy w kinach aktualnie Idris Elba pręży muskuły w starciu z afrykańskim lwem w …

Leave a Reply