Powiernik – słowiańska fantasy w natarciu [recenzja]

Po „Powiernika” sięgnąłem z ciekawością, skuszony opowiadaniem Franciszka M. Piątkowskiego, zamieszczonym w antologii Słowiański horror („Poroniec”). Historia zaprezentowana w noweli, mimo pewnych niedociągnięć, okazała się mieć na tyle duży potencjał, że odruchowo wyobrażałem ją sobie jako powieść, część czegoś większego, dłuższej formy.

Dlatego też z lekturą „Powiernika” wiązałem duże nadzieje, które – przynajmniej po części – zostały zaspokojone.

„Powiernik” to debiut. I ma wszystkie wady i błędu debiutu. Przede wszystkim to, co boleśnie rzuca się w oczy, to praktycznie brak redakcji. Ilość powtórzeń w treści przytłacza, wiele fragmentów zdałoby się po prostu przepisać na nowo, by jej wygładzić, odświeżyć, nadać im mniej trywialności, miałkości. To naprawdę mocno uwiera przy lekturze, jednak da się zauważyć, że autor sprawnie radzi sobie stylistycznie i wprawny redaktor spokojnie by sobie poradził z dopracowaniem formy. Jest w tej książce niezły pomysł na całość, ciekawa kreacja tła, a losy Marka Lichockiego okazują się przyjemną, może trochę w młodzieżowym duchu, opowieścią fantasy, zawierającą kilka znaczących plusów.

Pomimo technicznych wad, jak brak redakcji, to nadal opowieść, którą czyta się całkiem nieźle. Jest intrygujący koncept fabuły, jest bardzo solidne, merytoryczne przygotowanie z zakresu słowiańskich wierzeń, tradycji i demonologii. Jest interesująca – może w samym rdzeniu nieco sztampowa – historia „wybrańca”, która, osadzona w rodzimym sztafażu, nabiera zdecydowanie większej siły wyrazu. To książka, która mogła wyjść spod pióra wczesnego Pilipiuka. Ma jego lekkość, jego fantastyczno – przygodowy sztafaż ze zgrabną podbudową historyczną. I do czytelników Pilipiuka powinna też z łatwością trafić.

To bardziej fantasy, niż horror, którego się spodziewałem, jednak tego akurat uznać za wadę nijak nie można, bowiem autor konsekwentnie buduje swoje uniwersum. Które – jak mi wiadomo – rozwija w kolejnych częściach, dryfujących mocniej w stronę grozy właśnie. ”Powiernik” może miejscami znużyć, bo za mało jest w nim dynamizmu, tempa akcji. Za dużo zaś wykładniczo prezentowanej wiedzy nt słowiańskiej kultury. I jak ona sama w sobie jest bezcenna poznawczo, to jednak zbyt skumulowana miejscowo potrafi czytelnika przytłoczyć i chwilami zmęczyć.

Co mnie irytuje, to też pewna infantylność w niektórych wątkach – zwłaszcza opisujących sielankowe życie zawodowe i prywatne głównego bohatera. Jest słodko, że aż strach, co trochę mnie uwiera i za mało tchnie realizmem. Ani to nostalgiczne, ani mroczne, ani do końca prawdopodobne. Uderza konwencją taniego romansu i nieco obniża odbiór całości. Z drugiej strony świat słowiańskich demonów, powolnie przenikający się, przesączający przez cienką osnowę naszego świata – a ściślej – powolne odkrywanie tej korelacji przez głównego bohatera zasługuje już na brawa, bowiem wypada dobrze i rozbudza apetyt do dalszej lektury. Nie tylko tej, ale i następnych części.

Czytając „Powiernika” bezsprzecznie przychodziła mi na myśl proza Artura Urbanowicza. Jego „Inkub” ma wiele punktów stycznych z twórczością Piątkowskiego. I – paradoksalnie – cierpi miejscami ( choć może w mniejszym stopniu) na te same bolączki. Opisy relacji damsko – męskich w obydwu powieściach są po prostu zbyt infantylne, zbyt przesłodzone, by wziąć jej na poważnie, a z drugiej strony obaj autorzy świetnie radzą sobie z kreacją świata nadprzyrodzonego i mieszania się domeny rzeczywistej i pozaświatowej, demonicznej, obcej naszym realiom, naszemu status quo.

Porównanie jest tu nieprzypadkowe, bowiem obydwaj twórcy mocno czerpią ze słowiańszczyzny ( Urbanowicz nieco bardziej nawet w „Gałęzistym”, niż „Inkubie”), i choć Piątkowski dużo poważniej podchodzi do sfery rodzimych wierzeń, to z kolei autor „Inkuba” sprawniej kreuje napięcie i lepiej radzi sobie z budowaniem fabuły.

Nie zmienia to jednak faktu, że proza Piątkowskiego – przeredagowana, doszlifowana – śmiało może iść w ślady „Inkuba” i sięgać po jego popularność. I już nie chodzi tu o konkurencję, ale właśnie pewne przecieranie szlaków. Panowie piszą na tyle podobnie, że czytelnicy jednego śmiało mogą sięgnąć po prozę drugiego i się nie zawiodą.

„Powiernik” cierpi na błędy debiutu i dlatego wiele skłonny jestem mu wybaczyć, bowiem ze względu na kryjący się w powieści potencjał z pewnością dam szansę kolejnej części – „Widzącemu”. Zresztą, Wam też proponuję, bowiem – jeśli autor skupi się na szlifowaniu warsztatu i dopracowaniu finalnego produktu, może okazać się, że rośnie nam kolejny interesujący twórca słowiańskiej grozy, idący w krok w krok za Dardą i Urbanowiczem, ale jednocześnie wydeptujący swoją własną, autorską ścieżkę. Warto się nim zainteresować.

Powiernik. Franciszek M. Piątkowski. Wydawnictwo własne

Ocena: 5/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Prosta sprawa – Jack Reacher na polskiej prowincji [recenzja]

„Prosta sprawa” Wojciecha Chmielarza to powieść sensacyjna, która podąża utartymi ścieżkami, znanymi choćby z bestsellerów …

Leave a Reply