Gorący temat

PoznAI przyszłość. Opowiadania o umyśle i nauce – edukacja w świecie zdominowanym przez AI [recenzja]

„PoznAI przyszłość” to nowa antologia science fiction od Wydawnictwa Powergraph, która oprócz zgrabnej gry słów w tytule oferuje przykład bardzo zgrabnego ujęcia tematycznych podwalin szeroko rozumianej futurystyki, skupionej tym razem na przyszłości edukacji, w dobie rozwoju AI. Miks autorów – czasem zupełnie się z science fiction nie kojarzących – sięgnęło po możliwie szeroki motyw edukacji w czasach przyszłych, z mocnym zaakcentowaniem szaleńczo rozwijającej się sztucznej inteligencji. A to, co powstało w wyniku tychże zabiegów okazuje się nad wyraz interesującą lekturą, choć w wielu obszarach edukacja zeszła nieco na drugi plan, pozwalając zdominować wydźwięk przez AI właśnie. Prorocze?

Problem edukacji – tak w ujęciu rodzimym, jak i globalnym – jest nadal jednym z bardziej palących kwestii w obrębie rozwoju społecznego. Świat się zmienia, pędzi do przodu, postęp zdaje się już niemożliwy do powstrzymania, a sposoby nauczania, kierunki funkcjonalne edukacji jako takiej coraz częściej – poza pewnymi skromnymi wyjątkami – zdają się nie nadążać za owymi zmianami, obejmującymi nie tylko rozwój technologiczny, ale idące za tym zmiany społeczne, w jak najszerszym zakresie. Zebrani przez Powergraph – pod wodzą redaktora Michała Cetnarowskiego – autorzy próbują wejrzeć w przyszłość. Nie tyle przewidzieć możliwe kierunki zmian w obrębie edukacji przyszłości, nie tyle popuścić wodze fantazji i odmalować mniej lub bardziej możliwe do spełnienia wizje nauczania, jego charakteru oraz roli w przyszłości, co bardziej zaakcentować już identyfikowalne problemy systemu edukacji i coraz mocniejsze jego odseparowywanie – wynikłe zwyczajnie ze stagnacji i nienadążania za zmianami – w obrębie systemów nauczania i rozwoju szkolnictwa na każdym szczeblu.
Autorzy – ilu ich jest w antologii – każde na swój sposób, a co ważniejsze, każde ze swoim niepodważalnym, charakterystycznym stylem literackim i pisarskim warsztatem – próbują wyobrazić sobie nie tylko już nawet przyszłość edukacji jako takiej, ale kluczowe problemy, z jakimi możemy się zetknąć na tym polu za x lat. Co warte podkreślenia, próżno szukać tutaj wizji bardziej pozytywnych, optymistycznego spojrzenia na problematykę przedmiotu. Dominują raczej wizje ponure, wizje negatywnych kierunków rozwoju. Wizje płynące z jednej strony z owej wspomnianej dysproporcji pomiędzy poziomem i sposobem nauczania, a rozwojem społeczeństwa technologicznego, z coraz silniej dominującym obszarem sztucznej inteligencji w codziennych procesach funkcjonowania społeczeństw jako takich, a z drugiej zaś strony skupiających się na problematyce AI – zgrabnie zresztą zaimplementowanej już w samy tytuł antologii. W dodatku problematyce oscylującej przede wszystkim wokół zagrożeń wynikających z coraz silniejszej obecności AI w życiu codziennym.
Opowiadania w antologii ogółem charakteryzuje przed wszystkim wysoki literacki poziom, bo i autorzy zostali – mam wrażenie – dobrani starannie, spośród samej polskiej śmietanki twórców fantastyki. Fantastyki właśnie, nie samego science fiction, bowiem warto zauważyć, że choćby takie nazwiska jak Radek Rak, czy Justyna Hankus z S-F bezpośrednio się nie kojarzą. Gatunkowość jednak, gatunkowe przyporządkowanie okazuje się tutaj najmniej znaczące, bowiem nadrzędnym staje się pisarska umiejętność tworzenia zajmującej opowieści, a ci, którzy bardziej na co dzień w swojej twórczości ciążą ku fantasy (Rak), czy nawet grozie (Hankus), doskonale potrafią poradzić sobie z wizją przyszłości, bliższej lub dalszej.

Otwierające antologię opowiadanie Radka Raka – „Lekcje obrony przed nowymi technologiami” już na wstępie kusi odniesieniem do młodzieżowej współczesnej klasyki – „Harry’ego Pottera” i skupia się nie tyle na kontekście AI w edukacji, co samego szkolnictwa. Znakomity tekst, może pozornie mało fantastyczny, może i z wątkiem S-F, jak i samego AI umieszczonym dość pretekstowo w osi fabularnej utworu, okazuje się jednak zajmującą historią ukazującą problem z umiejętnością właściwej oceny zdarzeń. Fantastycznie prowadzi nas Rak przez tę opowieść, portretuje główną bohaterkę w dużej mierze wedle jej samooceny, jej spojrzenia na siebie samą… po czym dekonstruuje ten obraz, akcentując znaną, a często zapominaną zasadę, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i aby uzyskać całościowy, prawdziwy obraz, należy patrzeć szerzej, z kilku perspektyw. Z początku – przyznaję – miałem pewien dysonans względem wpasowania się tego opowiadania w sam motyw przewodni antologii, jednak finalnie jestem gotów przyznać, że opowiadanie Raka mieści się w przyjętej tematycznej konwencji. Wszak jest o edukacji w przyszłości, choć łatwo odnieść je i do współczesnych realiów, bowiem schemat zachowań jest tożsamy z dzisiejszym. Poza tym, to – literacko – tekst bardzo dobry. Zwłaszcza, że zdaje się autor zwracać uwagę, jak ochoczo kategoryzujemy i oceniamy, wedle funkcji czy społecznej pozycji. I jak mało znaczący zdaje się dla nas głos młodego pokolenia w ich własnej sprawie. Często ignorowany, przesłonięty przez odruchowe założenia, że to dorosły, jako dojrzalszy, bardziej doświadczony, musi mieć rację, umyka nam sedno wielu spraw i jeszcze większej ilości problemów.

Kolejny tekst – „SPONAR” – Michała Protasiuka szybko urósł do poziomu jednego z moich ulubionych opowiadań w tym zbiorze. Bardzo klimatyczna wizja przyszłości, w której to „uczniowie” zostają obarczeni obowiązkiem nauczania algorytmów AI w ściśle określonym systemie i do z góry założonego poziomu urzeka oryginalnością wizji. Świat, w którym rozwój okazuje się ściśle reglamentowany, na każdym etapie kontrolowany, w imię podtrzymania rolniczej gospodarki. Ale także historia z pierwszą niebinarną postacią, która zdaje się niewrzucona na siłę, ale mająca swoje naturalne, należne miejsce w strukturze tekstu, jak też w obrębie świata przedstawionego. Bez ideowej, politycznej manifestacji, raczej w trafniejszym zobrazowaniu przedstawionej wizji przyszłości. To bardzo ciekawy tekst, który nienachalnie, ale bardzo szeroko zdaje się opowiadać świat przedstawiony, tą szczególną, bo jakże odmienną od naszej, obecnej, rzeczywistość. I fascynujące jest w tymże obszarze odwrócenie ról, kiedy to człowiek, uczeń – z gruntu obarczony koniecznością przyswajania wiedzy, tutaj dzierży powinność tejże wiedzy przekazywania, dzielenia się z nią, wpajania jej, w ściśle określonym zakresie, z modułami AI, dla których reglamentowany zestaw informacji stanowić ma swoisty wentyl bezpieczeństwa. Tło stanowi kreacja świata do złudzenia przypominająca komunistyczne spojrzenie na społeczeństwo. Te echa są nad wyraz widoczne, przywołują pamięć gospodarczej PRL-owskiej podwaliny, jaką były PGR-y, ale też w uwypuklają się w relacji jednostka – władza, ze swoim służalczym poddaństwem zwierzchnikowi z nadrzędnych struktur państwowości. Interesujące spojrzenia na pewne polityczno – społeczne schematy sprawowania nadzoru i kształtowania władzy, które – pomimo zmian dziejowych – wciąż pozostają takie same w swoim trzonie.

„Latimeria, latimeria” Justyny Hankus to typowe dla niej, na wskroś poetyckie warsztatowo podjęcie tematu, osadzone mocno w estetyce cyberpunku, gdzie edukacja jako taka jest przez bohatera mocno deprecjonowana, jako nie przynosząca względnej wartości, a z całego tekstu brzmi olbrzymie nasycenie emocjonalnym smutkiem wynikłym z przyszłej konstrukcji świata. Bezwolna, mocno bezcelowa, ściśle regulowana przez wirtualny nadzór egzystencja okazuje się niejako bezmyślnym trwaniem, a odniesienie do latimerii, żywej skamieliny, jasno wskazuje nam interpretacyjny kierunek. To też, trochę na przekór nakreślonej, pesymistycznej wizji, iskra nadziei, że jeszcze, pomimo niekorzystnych zmian, jakie postępują, zawsze będzie się w nas kryć ta odrobina człowieczeństwa, zakotwiczona, uosobiona w radości, nadziei, pasji. Zawsze pozostaną w obrębie ogółu takie właśnie latimerie, pozornie wymarłe przed dekadami, a jednak trwające na przekór społecznym zmianom i nieubłaganemu postępowi, który zamiast rozwijać, deprecjonował będzie znaczenie jednostki społecznej.

„Kodeks umysłu” Rafała Kosika jest jednym z najbardziej niepokojących w zbiorze wizji. Model społeczny, w którym AI nadzoruje ogólny tok myślenia, reguluje społeczną jednomyślność nie jest znów tak rzadki w fantastyce, ale – co ważniejsze – zdaje się być właśnie kierunkiem, ku jakiemu nieuchronnie zmierzamy. W myśl poprawności politycznej zaciera się przestrzeń do myśli kontrowersyjnej, do postaw negujących zdanie ogółu, co skutecznie ogranicza przestrzeń do dyskusji, a tym samym hamuje rozwój. Jednomyślność – co ciekawe, opowiadanie zawiera fragmenty tytułowego Kodeksu Umysłu generowane w całości właśnie przez chatbot AI, co samo w sobie już jest ciekawym eksperymentem literackim – jest mocno socjologicznym spojrzeniem na temat siłą narzucanej równości i pozornej sprawiedliwości, które same w sobie bezlitośnie rugają ze społeczeństwa wszelkie przejawy indywidualizmu. Klasyczna antyutopia, zawarta w krótkiej, intrygującej i przede wszystkim niepokojącej – przez konotacje z naszą, otaczającą rzeczywistością – opowieści i zachwyca, pod względem literackim, i budzi uzasadniony niepokój, bowiem zdaje się niejako spełniać na naszych oczach.

„Portret Emilii Wierzbanowskiej” od Aleksandry Zielińskiej to niejako jej powrót do korzeni, do źródeł swoich literackich dokonań i do opowiadań pisanych na początku pisarskiej drogi. Niepowtarzalny, charakterystyczny styl Zielińskiej zawsze był mi bliski, nawet, kiedy odeszła od fantastycznego sztafażu na rzecz powieści bardziej mainstreamowych. Tutaj, w fascynującym zobrazowaniu połączenia technologii i natury, w jej – zdawałoby się – najbardziej poślednim ujęciu pokazuje Zielińska swój niebywały talent literacki, snując fascynującą opowieść o nauce na krótkiej smyczy finansowych decydentów z obszarów wielkiego biznesu, którzy każdą dziedzinę rozwoju chcą nie tylko zaprząc do kieratu generatora zysków, ale jednocześnie upudrować go mecenatem sztuki, kultury i społecznego zaangażowania, co ma dodać mu znaczeniowego nimbu, jakby sam w sobie naukowy progres nie był ku temu wystarczający. Niezwykłe jest tutaj zarówno wykonanie, jak i sam pomysł fabularny, ostateczna – mocno w duchu bizarro fiction – synteza technologii i biologii, dzieła i jego (pośredniej) twórczyni. Nieprzypadkowo Zielińska jest jedną z najzdolniejszych autorek młodszego pokolenia. Tym opowiadaniem tylko to potwierdza. Cieszy nadto fakt, iż całkowicie nie wyrosła Zielińska z fantastyki i – od czasu do czasu – lubi do niej, z powodzeniem, wracać.
Tutaj znów buduje świat poniekąd rzeczywisty, ale na wskroś podszyty poetycką onirycznością. Skupia jak w soczewce ludzkie emocji, ichniejsze niedoskonałości i próby poradzenia sobie z nimi, z własnymi pragnieniami, z łaknieniem najzwyklejszych relacji międzyludzkich, rodzinnych, w których często nie potrafimy sobie poradzić, ale które – jak czujemy wewnętrznie – są dla nas konieczne. Jednocześnie – co charakterystyczne w pisaniu Zielińskiej – znów następuje swoiste rozmycie się znaczenia jednostki, w kontekście autonomicznego bytu i jej – bardziej lub mniej nieświadome dążenie do zespolenia się z czymś większym. A niezmienne – pozornie lub dosłownie – obcym, co jednocześnie przeraża swoją odmiennością i kusi zarazem.
Kto wie, czy gdzieś w sterylnym zaciszu laboratorium, ktoś już nie pracuje nad taką niezwykłą, z pozoru niemożliwa syntezą jak ta z opowiadania Zielińskiej?

„Cięcie nici babiego lata” Wojciecha Guni to kolejny z moich ulubionych teksów w antologii. Nie ukrywam, że proza Guni jest mi wyjątkowo bliska, bowiem wyrósł on na grozie i weird fiction – z którymi to sam jestem literacko mocno związany. Tutaj serwuje Gunia swój pierwszy poważny krok odseparowywania się od grozy jako takiej, bo tekst stanowi przykład niezwykle mrocznego, depresyjnego science fiction. Jednak nie byłby Gunia sobą, by w kontekście narzuconego niejako przez motyw przewodni tematu antologii nie przemycał swoich osobistych fascynacji literackich, ale i kształtujących je traum.
Tekst mocno osadzony w temacie technologii informatycznych, że z pewnością przydatna okaże się choćby cząstkowa orientacja w tym zakresie. Ale całość napisana jest na tyle czytelnie, by także laik zdołał zrozumieć przekaz, osadzenie w fabule i dla fabuły znaczenie. Więc nie odbija się zupełnie czytelnik od tej pozornej hermetyczności, ale przyswaja treści i układają się mu one w zrozumiałą koncepcję naukowo – technologiczną.
Ważniejsze, co kryje się za nią, bo to już swego rodzaju motyw przewodni, często powracający w Guni twórczości. Mam wrażenie, że każdy autor ma osobiste tematyczne motywy, literackie obsesje, które bardziej bądź mniej świadomie przemyca w swoim pisaniu. U Guni to jest echo Bałkanów i bałkańskiego ludobójstwa. Ale nie ludobójstwa samego w sobie, ale zawłaszczania wszystkiego po eksterminowanych. Zawłaszczanie przestrzeni, nie tylko w materialnym, ale i pozamaterialnym sensie. Zawłaszczania pamięci, przeinaczania, przekuwania na nowo w narodowo – założycielskie, narodowowyzwoleńcze czy ogólnie mniej lub bardziej nacjonalistyczne w swoim rdzeniu mity.
U Guni to się przewija w wielu opowiadaniach. To, co potrafi z ludźmi zrobić wojna, ale też to, co wojna po sobie zostawia. To brzemię, które następne pokolenia przekształcają, modelują, przypudrowują, zacierając odpowiedzialność wraz z zajmowaną zachłannie przestrzenią. Tak działo się w pewnym stopniu na Bałkanach (aż tak dobrze nie znam historii regionu, by się przy tym upierać, ale dostrzegam w ogólnym ujęciu zbliżony proces), ale i u nas. Nie tylko po Holokauście, nie tylko po eksterminacji Żydów i zawłaszczaniu ich mienia, jakie (wstyd, ale i mus przyznać) czyniliśmy, jako – w ujęciu jednostkowym, ale i czasem gromadnym, by nie rzec, masowym – polski naród z niemałą ochotą. Ale zawłaszczaliśmy i mienie, i przestrzeń, i pamięć też po przesiedleńcach – Niemcach z Pomorza, czy Śląska. Wypieraliśmy mieszkańców (choćby ich nie eksterminując, ale wciąż przeganiając z ziemi, z ich skrawka świata) w imię swojej historycznej prawdy, swojego dziejowego prawa. I zacieramy te ślady, posypujemy popiołem.
I u Guni to element charakterystyczny, ta ciągła próba zrozumienia ludzkości, która zdolna jest dopuszczać się takich czynów bestialskich, systemowych, społecznie sankcjonowanych i która po nich zdolna jest żyć, budować na zgliszczach, tworzyć na popiołach i odgrywać jeszcze li tylko rolę udręczonej ofiary, nie widząc (zamazując, nie chcąc widzieć) żadnych swoich win.
Nie zmienia to faktu, że mimo ciężkości, mimo bagażu emocjonalnego, jakie ta historia ze sobą niesie, jak mocno człowieka uderza tym, co poza kadrem, co pomiędzy wierszami, tak nadal pozostaje przede wszystkim tym, czym była zamierzona – opowieścią. Balansującą na granicy weirdu historią w konwencji thrillera s-f o systemie, który pozwala kształtować historię wedle woli, o jednostce, która w zderzeniu z owym systemem nic nie znaczy, ale i o poszukiwaniu tożsamości, tożsamościowej pamięci, której powolny rozpad, postępujące zaprzeczenie jej rdzeniowi staje się punktem wyjścia dla samej fabuły, jak i dla działań bohatera.
Czy to więc najmocniejszy element składowy antologii? Nie lubię stanowczego kategoryzowania, ale z pewnością jednej z najmocniejszych. Alegoryczny tytuł, mieszający mityczną Mojrę Atropos, tnącą w jednej chwili nic ludzkiego życia i manewrowanie ludzkim DNA w celu ukształtowania jednostki pożądanej, także w sferze doświadczeń i tożsamościowej pamięci oraz potężna, ukryta za fasadą tekstu stricte fantastycznego opowieść o nas samych, o społeczeństwach, o ludzkości nieustannie budujących nowe tożsamościowe mity na powojennych zgliszczach okazuje się – znów, w przypadku Guni – tekstem zwyczajnie wybitnym.

Olga Niziołek w „Atlasie chwastów” porywa nas do mocno hermetycznego, korporacyjnego świata algorytmów i sterowanie masami za pomocą słów – kluczy i haseł – kodów, mających służyć za kształtowanie masowego postrzegania. Obnaża prawdę, o jakiej niewielu z nas wie, niewielu – wiedząc – na co dzień pamięta: jak bardzo jesteśmy sterowalni, jak mocno okazujemy się poglądowo kształtowani świadomą, zamierzoną polaryzacją, opartą na manipulacji i odpowiednim profilowaniu przekazu. Bohaterka – doskonała wszak w swoim fachu – doznaje silnego zawodowo – egzystencjalnego kryzysu, który okazuje się dla niej swoistym katharsis, wyrwaniem się z technologicznej, uzależnieniowej pętli, zmuszając do przemodelowania, przewartościowania życia… i odkrycia siebie na nowo. Na nowo osadzenia siebie samej na społecznej osi.
Bardzo ciekawe opowiadanie, w które z początku trudno było wejść laikowi, nie pracującemu na co dzień z algorytmami reklamowymi, ale które z każdym kolejnym zdaniem fascynowało bardziej.
Lektura „Atlasu chwastów” okazała się ciekawym doświadczeniem, intrygującym obnażeniem pewnych rynkowych i społecznych mechanizmów. Może wyolbrzymionym w ramach afirmacji literackiej, ale nadal, w obrębie tej kreacji, bardzo realistycznym. I zaakcentowaniu, jak we współczesnym świecie jednostka gubi sama siebie, swoją istotę, to, co czyni ją… człowiekiem. Zbytnie poddanie się technologii, pozorna kontrola nad kreacją, władanie algorytmem okazuje się w rzeczywistości procesem całkowicie uzależniającym i wyniszczającym. A kontrolującego zmienia w kontrolowanego.

Z opowiadaniem „Sposób nauki” Michała Cetnarowskiego mam nielichy problem. Bo z jednej strony zachwyca bardzo interesującą kreacją ogólną świata przedstawionego – to charakteryzowanie Polski i jej regionów względem rozpoznawalnej powszechnie, ikonicznej wręcz symboliki dla współczesnej – przynajmniej jej tendencyjnego postrzegania – Rzeczpospolitej, które w bardzo udany sposób zostało transferowane na obraz futurystycznego kraju ojczystego. Z drugiej, ulega autor miejscami zbytniej ochocie do serwowania kiczowatych w tym ujęciu wtrętów, jak choćby wizerunkowa kreacja Kuratora (z tym jego strojem i mieczami), które trochę na siłę próbują osadzić go w estetyce bliższej grze komputerowej, niż opowieści literackiej. Przeładowanie następuje także w samej warstwie prezentacyjnej. Inaczej, niż np. u Protasiuka, czy u zamykającego antologię Cyrana, opis świata przyszłości następuje nazbyt wykładniczo, zbyt bezpośrednio. Nie odkrywamy go wraz ze śledzeniem perypetii bohaterów, wraz z podążaniem za fabułą (przynajmniej nie tylko), ale zostaje on nam rzeczowo wyłożony w monologu narracyjnym. A to zawsze mnie w fantastyce irytuje. Choć – podkreślam – sam koncept jest arcyciekawy i szczerze, to chyba zbyt obszerny nawet, jak na nowelę, bo doskonale sprawdziłby się w powieści, gdzie byłoby zwyczajnie więcej przestrzeni na należyte jego zaimplementowanie. Zresztą, podobnie jest z fragmentem „Lekcja” zawartym w opowiadaniu. Ostatnie zdanie tego rozdziału jasno wskazuje nadrzędny cel samego pomysłu, przyznaję że szokujący, ale znów, nie wnoszący niczego konkretnie dla samej fabuły i gdyby go wyciąć, nie zaburzyłoby to linii narracyjnej, nie zubożyło jej nadmiernie. Ale jeśliby całą opowieść rozwinąć do rozmiaru powieści, znalazłby swoje miejsce na szersze ukazanie problematyki „nauczania przyszłości”, gdzie zyskałby on o wiele lepszy wydźwięk. Tutaj okazuje się dołożony nieco na siłę. I choć sama, ciekawa wizja Polski obiecuje wiele, a dołożywszy do tego nietuzinkowego Kuratora – będącego swoistym agentem specjalnym, pomieszanym z cyberpunkowym zawadiaką – otrzymujemy bardzo energetyczny potencjał, który nie mieści się w skromnej objętości opowiadania.
Intrygująca jest także koncepcja Cienia, jako technologicznego pomocnika, asystenta, swoistego alter ego, wirtualnego sobowtóra, służącego wsparciem zarówno w wymiarze fizycznym, jak i intelektualnym. To nowatorski koncept wykorzystania motywu AI, okazujący się jednym z mocniejszych punktów opowiadania, wraz ze wspomnianą już wizją podzielonej na specyficzne sektory Polski.
Finał za to – jeśliby okroić nowelę ze wspomnianych zbędników, z tego quasi-powieściowego przesycenia – okazuje się ciekawym spuentowaniem bardzo interesującego pomysłu, do którego mógłby wrócić Cetnarowski w większym formacie, tylko z korzyścią i dla niego samego, i dla opowieści. A wiersz wieńczący to opowiadanie doprawdy jest znakomity, choć przeraźliwie smutny. Ale taka właśnie poezja trafia do mnie najmocniej.

Magdalena Salik swoją wizją AI urzekała już w niedawno wydanej nakładem Powergraphu powieści „Wściek”. Tutaj podąża w inną zupełnie stronę, obnażając braki polskiego, zagonionego za komercjalizacją i zyskiem akademickiego świata, w którym wiedza ma znaczenie drugorzędne, bo ważniejsza jest tej wiedzy monetyzacja. Nie liczy się w świecie wykreowanym przez Salik to, co wiesz, ale to, za ile jesteś w stanie to sprzedać, by zatrudniający cię uniwersytet, czy innego typu naukowa placówka miała z ciebie wystarczająco znaczący zysk przy minimalnym nakładzie kosztów. Gorzko – ironiczne brzmienie tego opowiadania, gdzie doktoranci wypruwają sobie żyły harując w podrzędnych jadłodajniach, gdzie wykształcenie i akademickie tytuły są o wiele mniej warte, niż najprostsze zadania z obszarów niewykwalifikowanej siły roboczej boleśnie zdają się przypominać spotęgowany – póki co, karykaturalny obraz naszej rzeczywistości. Przypomina mi zamysł Salik rozwinięcie niesławnego pomysłu wielkich filmowych wytwórni, próbujących zdigitalizować rzesze swoich statystów i pomniejszych aktorów, by móc później bezkarnie – i bezkosztowo – czerpać z ich dorobku i umiejętności, eksploatując ich cyfrowe wersje, nie ponosząc kosztów, a tym samym pozbawiając zysku ich pierwowzory. Niby prześmiewczy, ale jednak, przyłożony do rzeczywistości, nie tak znów nierealny okazuje się pomysł Salik. Niby karykaturalny, ale jednak boleśnie prawdziwie uprzedmiotawiający naukę, umniejszający jej znaczenie wyłącznie do materialnej, pieniężnej wartości, co podważa całościowo szlachetną ideę edukacji jako chęci rozwoju i pragnienie odkrywania, poszerzania granic ludzkiego poznania.

Niezwykle zajmującą lekturą okazuje się także czytanie „Lectio Divina” Janusza Cyrana. Ten prekursor (i weteran – jak by nie patrzeć) polskiej fantastyki religijnej serwuje tekst już tytułem mocno odnoszący się do nurtu religijnego i choć sam – skądinąd znakomity utwór – nie niesie ze sobą sztafażu stricte biblijnego, to już jego konstrukcja odnosi się bezpośrednio do poszczególnych etapów „pobożnego czytania”. A sama treść opowieści to fascynująca podróż przez wizję Polski przyszłości, w której chęć bycia, kim się chce, kim się czuje, równa się możliwości, dzięki Zwidkom – wspieranym przez AI nakładkom – maskom, pozwalającym ludziom maskować prawdziwe oblicza, zmieniać płcie, wygląd, wiek, a nawet anatomiczność, czy wręcz gatunek. Zasiedlają więc opowiadanie Cyrana jednostki odmłodzone, upiększone, tak, czy inaczej fałszujące własny obraz, a niejednokrotnie, w imię panującej mody, przyobleczone w wirtualne kostiumy kolorowych ptaków, czy też innych zwierząt. Z opowiadania Cyrana bije nostalgiczny smutek, tęsknota za minionym, bardziej ułożonym, a poniekąd i mniej zafałszowanym, czytelniejszym światem, ale też surowa ocena przyszłości, w której pozornie wszystko można, pozornie wszystko jest dozwolone, a każdy może stać się, kim tylko pragnie… Ale nie ma to realnie żadnej wartości, jest tylko wypaczeniem istoty rzeczy, zafałszowaniem obrazu. Bije z tego opowiadania silne poczucie przemijania, zatracania się w pędzie za technologicznym rozwojem, który jednak okazuje się pustym frazesem, sztafażem fałszującym rzeczywistość, który sam w sobie dekonstruuje człowieczeństwo, zaburza ludzkie relacje i oddala ich od siebie. Nie mówi jednak Cyran niczego w sposób dosłowny, raczej snuje leniwą, nostalgiczną – jak wspomniałem – opowieść o minionym, o tęsknocie za tym, co było – a jest to odczucie, z którym mnie, czterdziestolatkowi, pamiętającemu jeszcze świat sprzed ery cyfrowej, łatwo się identyfikować. Ukrywa w tle, pomiędzy wierszami głębokie, humanistyczne zaniepokojenie nadmiernym pokładaniem zaufania i nadziei w technologicznym rozwoju, który odbiera, niszczy humanizm jako taki, który deformuje rzeczywistość i zaburza międzyludzkie relacji. Nie jest więc AI, wraz ze swoją rosnącą dominacją, w ujęciu Cyrana zjawiskiem pozytywnym, ale wręcz przeciwnie – stanowi zagrożenie, spychające ludzkość, człowieczeństwo na margines. Dające prym technologii, pozwalające na dominat Maszyny, na świat, gdzie dla człowieka miejsca zwyczajnie nie ma.
Świat w opowiadaniu Cyrana jest swoistym rozwinięciem – wypaczeniem naszej rzeczywistości, a jednocześnie to bardzo surowy, choć niebezpośredni komentarz do aktualnego status quo, gdzie pod pozorem tolerancji i akceptacji promuje się coraz mocniej degradację indywidualizmu. Powszechna swoboda samostanowienia, także w warstwie identyfikacji tożsamościowej jest tylko pozorna, bowiem w pełni sterowalna za sprawą zabiegów socjotechnicznych i nowych technologii pozwala kształtować w określony sposób całość społeczeństwa, na czym zyskuje samo Półbóstwo – technologiczny twór, który powoli, acz nieubłaganie zyskuje dominat nad człowieczeństwem, ingerując od najmłodszych lat w proces edukacyjny, ale i w codzienną egzystencję.
Pojawiają się tu – oczywiste i charakterystyczne dla prozy Cyrana – rozważania nt religijnych dogmatów, o tyleż trafne, co jednocześnie kontrowersyjne. Podejmowana jest również krytyka współczesnego modelu edukacji, która – zdaniem autora – zbyt mocno ogranicza wpajanie wiedzy na rzecz swobodnego, nieukierunkowanego rozwoju, co degraduje możliwości poznawcze i wypacza samą istotę nauczania.
To znakomite, przejmujące i na wskroś nostalgiczne opowiadanie, które być może stawia tezy niepopularne, kontrowersyjne wręcz, ale głęboko przemyślane i mocno umotywowane, a dodatkowo zawarte w bardzo zgrabnym, acz nieoczywistym rysie narracyjnym. Jedno z ciekawszych opowiadań w zbiorze, co w przypadku tego, tak doświadczonego twórcy dziwić nie powinno.

„PoznAI przyszłość” okazuje się po lekturze antologią na poziomie co najmniej bardzo dobrym. Stawiającą intrygujące, stymulujące do rozważań pytania. Odmalowującą różnorakie, ale niezmiennie bardzo ciekawe wizje rozwoju i futurystyczne obraz Polski przyszłości. Stawiającą czasem tezy kontrowersyjne, postrzegane jednak – co ważne – z różnych punktów widzenia i filtrowane zarówno przez lewicowe, jak i prawicowe postrzeganie trendów społecznych, co plasuje ją jako mocno nietendencyjną opowieść, która na styku ideologicznych prądów pozwala z powodzeniem spotkać się autorom spod różnych sztandarów i każdemu daje przestrzeń do wypowiedzi. A to w spolaryzowanym społeczeństwie, gdzie dialog jest zjawiskiem coraz rzadszym, okazuje się wartością nieocenioną. Ale taka wszak winna być fantastyka – taką przestrzenią dla swobodnego dyskursu, dla stawiania pytań odważnych, kontrowersyjnych, zaskakujących. Przyczółkiem dla dyskusji nt tego, co jest, ale też tego, co być może. Przyszłość budujemy my, sami, a pisarze science fiction zawsze próbowali przewidzieć kierunek zmian, aby – niejednokrotnie – ustrzec ludzkość przed zagrożeniami. Pytanie tylko, czy wsłuchamy się w te głosy i czy wyciągniemy z nich jakiekolwiek sensowne wnioski? Warto próbować.

 

Antologia przygotowana przez Wydawnictwo Powergraph we współpracy z Collegium DaVinci oraz Primesoft Polska.

 

 

PoznAI przyszłość

Nasza ocena: - 90%

90%

Antologia pod red. Michała Cetnarowskiego. Wydawnictwo Powergraph 2024

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Sprzedawcy marzeń – fantastyczne wizje Grzegorza Chudego w literackich interpretacjach [recenzja]

Z twórczością Grzegorza Chudego trochę się mijaliśmy. Mignęły mi od czasu do czasu, sporadycznie jego …

Leave a Reply