Gorący temat

Świt X. New Mutants, tom 1 – kosmiczne tarapaty [recenzja]

Równolegle z albumem “Świt X. X-Men” Egmont wydał znacznie mniej okazały pod względem objętości tomik “Świt X. New Mutants”. To że cieńszy, wcale nie oznacza, że gorszy. 

“Świt X. New Mutants” to jedna z serii rozwijających historię znaną nam ze znakomitego komiksu Jonathana Hickmana “Ród X/Potęgi X”. Dwie serie, które Egmont wydał właśnie w ramach tego swoistego relaunchu mają scenariusz głównego architekta wydarzenia, czyli Jonathana Hickmana. I o ile w tym obszerniejszym tomie -”Świt X. X-Men” scenarzysta jest taki, jakim go zazwyczaj znamy, czyli poważny, precyzyjny i logiczny, to opowieść o młodych mutantach zaskakuje lżejszym gatunkowo obliczem. Jest to bardziej przygodowa parodia superbohaterskich przygód niż kolejna, zawiła opowieśc z jakich znany jest Hickman. Co jak się okazuje wychodzi jej tylko na dobre. 

Młodziaki z New Mutants na żyjącej Wyspie Krakoa mają własne miejsce nazywane Sekstansem. Z głównego tomu wiemy już, że tej drużynie przewodzi białowłosa Magik, a wśród jej pozostałych członków są postacie raczej mało znane polskim czytelnikom. W pierwszym tomie tej historii na pierwszy plan dość szybko wychodzi Sunspot, dzieciak z imponującymi mocami, ale też z mentalnością typowego nastolatka, który zanim poważnie nad czymś pomyśli już działa. I to właśnie impulsywne działania pod wpływem chwili, co i rusz pakują młodych mutantów w absurdalne, kosmiczne tarapaty.

Fabuła “New Mutants” opowiada o spontanicznej wyprawie młodziaków w rejony królestwa Shi’ar, w którym aktualnie przebywa ich kumpel Sam Guthrie alias Cannonball. Te odwiedziny zamieniają się w wielką, kosmiczną przygodę, podczas której mutanci będa mieli kosę z piratami, wylądują w więzieniu, wezmą udział w kosmicznej bitwie i odegrają ważną rolę w intrygach cesarskiego dworu Shi’ar. Jak na zaledwie cztery zeszyty to dużo, ale przede wszystkim rzecz w tym, jak to jest opowiedziane. 

Ci, którzy znają “Fantastyczną Czwórkę” Hickmana wiedzą doskonale, że w wielu momentach tej kultowej już historii scenarzysta udowodnił, iż ma całkiem fajne poczucie humoru. To ono właśnie owocuje w historii z młodymi mutantami, kojarząc się przede wszystkim z filmowymi przygodami Strażników Galaktyki, czy z “Thorem 3” w reżyserii Taikiego Waititi. Na komiksowych planszach przygody te są równie kolorowe jak powyższe filmy, a Rod Reiss w roli rysownika przeskakuje artystów z głównej serii relaunchu, szczególnie jeśli chodzi o zabawę mimiką bohaterów. Są tu też momenty, kiedy Hickman przechodzi samego siebie – na przykład gdy odpuszcza niektóre fragmenty fabuły prezentując je w absurdalnych streszczeniach po fakcie, czy opisując jedną z kosmicznych potyczek w formie rozpisanej w punktach gry fabularnej. Czuć, że te zabawy z formą go bawią i co ważne, przekłada się to na nastrój czytelnika. Tę krótką lekturę kończymy z nieschodzącym z ust uśmiechem, zadowoleni również z tego, że wreszcie w opowieści o mutantach na chwilę w odstawkę poszły wielkie i ważne  sprawy, a bohaterowie nie muszą cierpieć. Kiedy nie trzeba tego wszystkiego przerabiać, jak celnie zauważa w prologu albumu młoda Wolfsbane – “jest całkiem nieźle”. I to wystarcza, by świetnie bawić się podczas lektury tego komiksu.

Świt X. New Mutants, tom 1

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Jonathan Hickman. Rysunki: Rod Reis. Tłumaczenie: Weronika Sztorc. Egmont 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Pewnego razu we Francji tom 2 i 3 – prawdziwe historie nigdy nie są jednoznaczne [recenzja]

„Pewnego razu we Francji” to znakomita seria, która w udany sposób miesza fakty historyczne i …

Leave a Reply