30 dni nocy – słaba kontynuacja najlepszego komiksu o wampirach [recenzja]

O tyle, o ile pierwotny cykl „30 dni nocy” – wydany u nas w zbiorczym wydaniu w pierwszym tomie serii od Wydawnictwa Egmont – uważam za najlepszy komiks wampiryczny, tak tom drugi, zawierający historie poboczne, dodatkowe, etc. mocno zawodzi oczekiwania i niezbyt wybija się ponad przeciętność. Przynajmniej w ogólnej ocenie, bo niektóre pojedyncze opowieści z tego tomu nieco podnoszą poprzeczkę.

„Umarł Billy, umarł”, mimo, że jest całkiem nieźle narysowany przez Kody’ego Chamberlaina, to jednak w warstwie scenariusza – autorstwa samego Steve’a Nilesa – wypada dość sztampowo. Widać, że scenarzysta głównej serii nadal przetwarza te same motywy, co w pierwotnej historii, jednak użyte ponownie wypadają co najmniej przeciętnie. Wyrwane z mroźnego, posępnego klimatu odosobnionego Barrow, tracą na wyrazistości, ale też są widocznie powtarzalne. Niezła kreska tylko ciut poprawia wrażenia z lektury. Bowiem kiedy zupełnie obojętniejemy na perypetie bohaterów, to przynajmniej możemy przyjrzeć się sprawnie nakreślonym planszom.

„Juarez” do scenariusza Matta Fractiona i rysunków Bena Templesmitha miało wielki potencjał, opierający się na elektryzującej ( i straszniejszej nawet niż wampiry) historii zaginięć młodych kobiet w przygranicznym mieście w Meksyku. Jednak w efekcie wyszła bardzo zawikłana, mocno chaotyczna fabuła, którą trudno z zainteresowaniem śledzić. I znów oniryczna kreska Templesmitha nieco ratuje całość, ale w warstwie scenariusza boli mocno niewykorzystanie tak intrygującego, a zarazem makabrycznego punktu wyjściowego.

„Eben i Stella” nieco podnoszą wspomnianą na początku, dość niską poprzeczkę drugiego tomu. Graficznie jest nieźle – za co odpowiada Justin Randall – ale to scenariusz serwuje nam w końcu ciekawszą historię. Mimo, że ponownie bazuje ona na relacji bohaterów głównej serii, a ściśle – na uczuciu łączącym dwójkę byłych szeryfów z Barrow – to jednak nie przetwarza jej wtórnie, ale stara się opowiedzieć jej swoistą kontynuację, która naprawdę ciekawie wypada. Za scenariusz w tej historii ponownie odpowiada Steve Niles, a towarzyszy mu Kelly Sue DeConnick, której zapewne zawdzięczamy odświeżenie pomysłu i nadanie mu szerszej, kobiecej perspektywy. Co zdecydowanie działa na plus.

„Czerwony śnieg” to autorska historia, napisana i narysowana w całości przez Bena Templesmitha. I mamy ciekawą migawkę z historii Barrow, sięgającą czasów II wojny światowej. Sama fabuła może i nie jest przesadnie odkrywcza, ale w prostocie kryje się jej siła. Niby wiemy, czego się spodziewać, ale całość – opowiedziana umiejętnie, bez zadęcia i nie próbująca pretendować do ambitniejszych historii sprawdza się w swojej kategorii doskonale. No i ilustracje, które znów przywołują posępny, mroczny klimat zlodowaciałego zadupia. To „30 dni nocy”, jakie cenię nad wyraz!

„Poza Barrow”, do scenariusza Steve’a Nilesa to kolejna historia, która ma całkiem przyzwoitą fabułę – bez przesadniej odkrywczości, oryginalności – ale za to jest jedną z najlepiej narysowanych opowieści w tym tomie. Bill Sienkiewicz odmalowuje piękne obrazy, pełne niedopowiedzeń, swoistej oniryczności. Jakbyśmy rzeczywiście oglądali świat przez oszronione szkła okularów, w dodatku kiedy mróz wyciska nam łzy z oczu. Znakomita kolorystyka tylko potęguje uczucie chłodu i alienacji, jaka towarzyszy grupie, a cała groza kryje się właśnie w tym, czego nie dostrzegamy, co kryje się w cieniu,, w plamach koloru, w niewyraźnych zarysach. Piękna, artystyczna praca Sienkiewicza, ilustrująca ponownie prostą, ale zgrabnie nawiązującą d głównej serii opowieść Nilesa. Jeden z mocniejszych punktów tomu.

Ostatnią historią jest swoisty remake oryginalnej serii, a praktycznie rzecz ujmując, opowiedzenie jej na nowo. Z większa dosadnością, większą brutalnością, zwłaszcza w warstwie graficznej, za którą odpowiada nasz rodak – Piotr Kowalski. Nie ukrywam że do prac Kowalskiego mam niesłabnący sentyment, więc i tym razem nie jest inaczej. Jego wersja „30 dni nocy”, ponownie napisana przez Steve’a Nilesa jest krwawsza, brutalniejsza, bardziej bezpośrednia, niż oniryczne, pełne niedopowiedzeń grafiki Templesmitha. Tutaj krew, flaki, przegryzane gardła i urywane głowy widzimy nakreślone z dobitną, wręcz ekshibicjonistyczną precyzją, jednak to czyni samą historię bardziej filmową, wyrazistszą. Sam scenariusz nie wnosi praktycznie nic nowego do oryginalnej historii, ale i nie o to chodziło. Bardziej o odświeżenie pomysłu, danie szansy zdolnemu grafikowi, by wykazał się talentem. Zresztą, kolory Brada Simpsona w tym zeszycie tez zasługują na pochwałę. To ciekawa, alternatywnie opowiedziana oryginalna odsłona, od której wszystko się zaczęło… i na której wszystko się kończy. Widać, że twórcy nie całkiem mają pomysły, jak umiejętnie rozwijać uniwersum walczącego wciąż z wampirami Barrow i te dodatkowe historie, lepiej radzą sobie graficznie, niż w warstwie scenariusza. Dla wiernych fanów oryginalnej serii – rzecz warta uwagi, dla poznania całości historii o Barrow i przyległościach. Dla pozostałych – rada, by jednak pozostali przy tomie pierwszym, który jest swoistym arcydziełem. Po co psuć sobie dobre wrażenia?

30 dni nocy, tom 2. Scenariusz:Steve Niles i inni. Rysunki: Ben Templesmith i inni. Wydawnictwo Egmont 2020

Ocena: 5/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Descender, tom 6: Wojna maszyn – satysfakcjonujący finał [recenzja]

Na okładce finałowego tomu “Descendera” robot Tim-21 unosi się w przestrzeni na tle wielkiego wybuchu. …

Leave a Reply