30 dni nocy, tom 1 – wampiry w duchu braci Coen [recenzja]

Długo przyszło czekać na reedycję tej znakomitej serii w naszym kraju, bowiem dwie pierwsze części wydała jeszcze w 2003 roku Mandragora. Ale w końcu Egmont pokusił się na wznowienie ( i kontynuowanie) „30 dni nocy” duetu Steve Niles i Ben Templesmith, w pierwszym tomie zbiorczym zawierając trzy oryginalne nowele: tytułowe „30 dni nocy”, „Mroczne dni” oraz premierową u nas „Powrót do Barrow”. I nie oszukujmy się, jest to jedna z najlepszych komiksowych rzeczy o wampirach, jaką będziecie mieć okazję w swoim życiu przeczytać. Moim zdaniem.

Owszem, będę stronniczy w tej opinii, bowiem „30 dni nocy” jest u mnie na pierwszym miejscu wampirycznych opowieści obrazkowych, wyprzedzając nawet „Draculę” Mike’a Mignoli. Nic nie poradzę, konwencja, w jakiej utrzymana jest cała historia – mimo pozornie banalnie prostej fabuły – trafia idealnie w moje gusta. Jeśli byście zapytali, jak jednym zdaniem opisałbym ten komiks, to powiem krótko: jakby bracia Coen nakręcili film o wampirach, to wyszłoby im coś takiego.

I nie przesadzając, siłą tej historii są nie wampiry, które oczywiście stanowią znakomite tło i jednocześnie genezę – ale swoisty, mroczny i w pewnym stopniu tragiczny romans. I nie myślę tu o mdłych opowiastkach spod znaku „Zmierzchu”, ale właśnie o cohenowskiej, przyciężkawej opowieści, która w swoim rdzeniu ogniskuje się na małżeństwie lokalnych stróżów prawa – Ebena i Stelli Olemaunów w mieście na samym końcu świata, a przynajmniej na samym końcu Stanów Zjednoczonych. Witajcie w Barrow na Alasce.

Barrow jest miejscem specyficznym – zimnym, by nie rzec, lodowatym. Dodatkowo przez 30 dni w roku trwa tam noc polarna, kiedy słońce nie wschodzi a cała mieścina pogrążona jest w ciemnościach… Kiedy dodamy klaustrofobiczne odizolowanie od jakiejkolwiek cywilizacji otrzymujemy scenerię dla horroru wręcz idealną. A kiedy słońca nie ma, wampiry harcują…

Najazd krwiopijców na miasteczko kończy się niczym innym, jak krwawą rzezią, w której ludzie są bez szans i jedyne, co im zostaje to ukrywać się po piwnicach i próbować dotrwać wschodu słońca.

Jednak szalony – i samobójczy w swojej genezie – pomysł szeryfa zmienia układ sił i zapoczątkowuje jedną z najoryginalniejszych historii o wampirach, jakie zrodziła popkultura. Nie chcę zdradzać za wiele, ale pierwszy tom „30 dni nocy”, zawierający trzy oryginalne opowieści z uniwersum Nielsa i Templesmitha to znakomita, ponura i krwawa historia, której główną osią jest właśnie tragiczne w swym finale uczucie pomiędzy Ebenem i Stellą oraz amerykańsko – bohaterskie pragnienie szeryfa do czynienia tego, do czego został powołany jako stróż prawa, czyli obrony społeczności Barrow za wszelką cenę. Zresztą, to uczucie właśnie determinuje późniejsze działania Stelli w drugim tomie, a w „Powrocie do Barrow”… Zresztą, sami zobaczycie. Napisanie czegoś więcej zdradziłoby zbyt wiele.

I mimo mojego uporczywego twierdzenia, że w rzeczywistości jest to opowieść o miłości, to jednak nie sposób odmówić komiksowi mnóstwa wampirów, mroku, akcji i hektolitrów krwi.

Graficznie jest nietypowo, oszczędnie, ale doskonale oddaje to klimat zarówno odosobnionego Barrow, jak i samej wojny z wampirami. Jeśli pamiętacie komiks „Detektyw Fell”( wcześniej była jeszcze pyszna “Abra Makabra” i “Silent Hill) rysowany właśnie przez Templesmitha do scenariusza Warrena Ellisa, to już wiecie, czego się spodziewać. Jest czarno – szaro, a od pewnego momentu czarno – czerwono , na wielu kadrach niewiele widać, kreska zdaje się niedbała i niedokładna… Jednak to wszystko jest staranną, konsekwentną manierą, pozwalającą twórcy na oddanie atmosfery mroźnej nocy, w trakcie której gromada wampirów morduje mieszkańców miasta… Jak lepiej to pokazać, niż w surrealistycznych kadrach, pełnych chłodu, mroku i dynamicznych, choć odrealnionych scen walki?

„30 dni nocy” to pozornie brak fabuły, a jedynie skupienie na oddaniu grozy płynącej z izolacji miejsca akcji oraz bezsilności jego mieszkańców. Jednak, kiedy wejdziemy w głąb tej historii, wyłoni się z niej więcej wątków, pobocznych postaci, które z czasem okazują się dużo ważniejsze dla całości historii, niż sądziliśmy, a nie wszyscy martwi – jak to w opowieści o wampirach – nieżywi pozostają. Trzy zamknięte w tym tomie nowele uznać można z grubsza za połączoną wspólnymi wątkami trylogię, swoistą zamkniętą całość, która opisuje tragiczne losy Barrow wraz z niezłomnym amerykańskim duchem, nie pozwalającym mieszkańcom poddać się zupełnie i swój kawałek świata porzucić. Jest tu kilka zaskoczeń fabularnych, jest tu swoista, mroczna i brudna poetyka.

„30 dni nocy” to nietypowy survival horror, który kryje w swojej fabule więcej, niż na pierwszy rzut oka można się spodziewać. Graficznie też jest nieszablonowo i nie każdemu ta kreska przypadnie do gustu. Jeśli jednak szukacie w komiksie powiewu świeżości i lubicie pełnokrwiste horrory z dużą ilością akcji, to polecam.

30 dni nocy, tom 1. Scenariusz: Steve Nilse. Rysunki: Ben Templesmith. Egmont 2019.

Ocena: 10/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Dziki Zachód. Calamity Jane, tom 1 – Go West, young woman! [recenzja]

Trzeci komiks w ofercie wydawnictwa Lost in Time zaskakuje wyborem innego gatunku, niż będący wizytówką …

Leave a Reply