Gorący temat

Ambulans – pełna prędkość według Michaela Baya [recenzja]

Naczelny hollywoodzki specjalista od tętniącej adrenaliną akcji, wypełnionych pyskówkami dialogów i niekoniecznie nastawionych na głębokie rozważania scenariuszy tym razem postanawia napaść na bank – i choć nie wszystko idzie zgodnie z planem, zgarnia całkiem pokaźny łup.

Fabuła „Ambulansu” skupia się Willu i Dannym Sharpie – dwóch braciach, którzy niegdyś nierozłączni, teraz wiodą zupełnie różne życia. Ten pierwszy to ledwie wiążący koniec z końcem wojenny weteran który wszelkimi sposobami usiłuje zdobyć pieniądze na operację chorej małżonki, ten drugi karierę poświęcił na zajęcia na granicy prawa. Nadwątlone rodzinne więzy łączące mężczyzn  wkrótce przejdą kolejną próbę – kiedy zdesperowany Will zwraca się do brata o pomoc, ten oferuje mu udział w skoku na bank. Ryzyko? Olbrzymie. Stawka? Jeszcze większa, bo liczona w dziesiątkach milionów dolarów. Nagroda? Być może nowe życie… o ile tylko zapowiadający się na rutynową robotę skok uda się doprowadzić do szczęśliwego finału. Tam jednak gdzie w grę wchodzą kolosalne pieniądze, o błąd wcale nietrudno…

„Ambulans” to kolejny już po „Winnych” amerykański remake duńskiego kinowego hitu i podobnie jak film Netflixa, w głównej roli obsadzający Jake’a Gyllenhaala – i jak się zdaje w przeciwieństwie do zamkniętego w obrębie jedno pomieszczenia psychologicznego thrillera sprzed kilku miesięcy, posiłkujący się materiałem znacznie łatwiejszym do nagięcia do hollywoodzkich standardów kina akcji. O ile bowiem wyreżyserowany Lauritsa Muncha-Petersena pierwowzór z 2005 roku był sprawnie nakręconym thrillerem akcji, w wielu miejscach jednak dość wyraźnie ograniczał go budżet. Idąc na seans „Ambulansu” Michaela Baya, odbiorca akurat o ten aspekt martwić się nie będzie musiał. Kwestią jaka za to będzie mu spędzała sen z powiek już po, będzie za to „czy więcej rzeczywiście znaczy lepiej?”

Pierwsze minuty najświeższej produkcji Amerykanina całkiem zdecydowanie wskazują, że jest na to nadzieja: mamy nieco sentymentalną ekspozycję rysującą nam motywację  głównych postaci, mamy też okraszone dynamicznym montażem niezwykle szybkie przejście przez kluczowy dla całości napad na bank, podczas którego wszystko idzie źle. Pomimo zwodniczo leniwego początku, „Ambulans” gaz do dechy wciska zatem niezwykle szybko – choć w momencie gdy to robi, w dobrze funkcjonującej dotąd maszynie zaczynają pojawiać się pierwsze, cokolwiek znamienne dla kina spod ręki reżysera aktorskich wersji „Transformers” zgrzyty.

Na czele listy mniejszych i większych problemów dość nieoczekiwania pojawia się zatem to, co z początku może wydawać się największą siłą „Ambulansu” – niezwykła wręcz intensywność akcji. Film Michaela Baya zdaje się przede wszystkim w wielu miejscach zapominać o czymś takim jak umiar, z każdego kadru wyciskając maksimum chaosu i dramatyzmu. Karkołomne najazdy kamery, nieustannie trzęsący się obraz, czy dyskotekowa wręcz ilość kadrów po pewnym czasie zamiast nieść ładunek emocji zaczynają jednak przytłaczać, szczególnie w momentach w których aż prosiłoby się o chwilę oddechu dla odbiorcy. Podobnie sprawa ma się z dialogami, które nieustannie wręcz atakują wymianami one-linerowych docinek i przekomarzań, w wielu wypadkach skutecznie i intencjonalnie, choć jednak dość przaśnie rozładowując budowane w trakcie sekwencji pościgu i wymian ognia napięcie.

Taki dysonans pomiędzy dwoma różnymi typami kina – tym poważniejszym, stawiającym na budowanie postaci i tym skupionym na bezrefleksyjnej rozwałce – zmontowanymi w jedno, to zresztą dla „Ambulansu” chleb powszedni. Z jednej strony bowiem bez problemu wypatrzymy w nim echa „Gorączki”, ale możemy być pewni, że będzie to kontrowane znacznie mniej ambitnymi zapożyczeniami z dzieł pokroju „Speed. Niebezpieczna prędkość” czy nawet wcześniejszego filmu Baya, „6 Underground”.

Czy wszystko to sprawia , że „Ambulans” staje się filmem niestrawnym? Niekoniecznie, zwłaszcza że na tle pozostałych filmów Michaela Baya, całość i tak zaskakująco dobrze trzyma się w bardziej realistycznej konwencji. Jeśli więc taki wymuskany, nieco pozerski i bezczelny styl kina akcji będący znakiem rozpoznawczym reżysera wam odpowiada, będziecie bawić się co najmniej dobrze.

Foto © United International Pictures

Ambulans

Nasza ocena: - 65%

65%

Reżyseria: Michael Bay. Obsada: Jake Gyllenhaal, Yahya Abdul-Mateen II, Eiza González i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Watcher – groza emigracji [recenzja]

Przy dobrze pomyślanej historii, do wywołania u widza dojmującego uczucia znalezienia się w pułapce bez …

Leave a Reply