Gorący temat

Animal Man. Omnibus – superbohaterska impresja [recenzja]

Polscy czytelnicy bardzo długo musieli czekać na jeden z najważniejszych komiksów w dorobku scenarzysty Granta Morrisona. I kiedy wreszcie został wydany, to od razu w formie, która w należyty sposób honoruje jedną z najlepszych superbohaterskich historii, jakie kiedykolwiek powstały. 

Wygląda na to, że najlepsze superbohaterskie komiksy powstały już trzydzieści lat temu z hakiem i przez kolejne lata twórcy, na czele z Grantem Morrisonem drepczą wciąż w miejscu przetwarzając wciąż te same historie, motywy i schematy, bo po prostu wszystko co najważniejsze zostało powiedziane już w “Strażnikach”, “Powrocie Mrocznego Rycerza” i jak się okazuje, również w “Animal Manie”. To oczywiście teza na wyrost, ponieważ wciąż dostajemy komiksy bardzo ważne dla superbohaterskich uniwersów, by wymienić dokonania Toma Kinga (“Vision” i Mister Miracle, czy nieco wcześniej “Daredevila” Bendisa, jednak siła tej fali z końcówki lat osiemdziesiątych zmieniła oblicze komiksowych opowieści i nigdy już nie została powtórzona z taką mocą.

Fala opierała się w większości na brytyjskich autorach, takich jak Neil Gaiman, Alan Moore, Garth Ennis i właśnie Grant Morrison. Ten ostatni jest w tej grupie szczególnie wyjątkowy, ponieważ wyrósł na twórcę, którego zwyczajnie nie da się zaszufladkować i który przez cały czas podąża własną drogą, naznaczoną różnymi obsesjami, wśród których prym bierze siłowanie się z samą formą (formułą?) medium, w którym tworzy. W wydanym niedawno “Multiwersum”, w którym przyglądaliśmy się różnym z 52 światów DC szczególnie frapujący był autotematyczny wątek komiksu w komiksie, który po lekturze “Animal Mana” wydaje się jedynie namiastką tego, czego dokonał Grant Morrison w ekologicznej z ducha opowieści o jednym z pomniejszych superbohaterów w ramach uniwersum DC.

“Animal Man” ze scenariuszem Morrisona to run złożony z 26 zeszytów, które wszystkie (plus jeden zeszyt specjalny z serii Secret Origins) znalazły się w wydanym przez Egmont Omnibusie. Ta cegła, której objętość wynosi ponad 700 stron po prostu cieszy oczy i jednocześnie przytłacza swoją fizyczną wagą, w momencie kiedy rozpoczynamy lekturę opowieści o Buddym Bakerze. O tym fizycznym ciężarze szybko jednak zapominamy, ponieważ historia przedstawiona przez Morrisona z każdym zeszytem coraz bardziej wciąga, choć tak naprawdę wciągani jesteśmy na rodzaj pola minowego i podczas tej czytelniczej przygody co jakiś czas natykamy się na całkiem świadomie odpalaną przez Morrisona twórczą minę.

Pierwsze pięć zeszytów to lekko ze sobą powiązane superbohaterskie, można powiedzieć tradycyjne historie z wiarygodnym obyczajowym tłem i bardzo ludzkim obliczem superbohatera i jego rodziny. Podczas lektury odbieramy je tak, jakby pisał je jeszcze Stan Lee, a nie Grant Morrison, co tym bardziej wzbudza później nasz podziw dla scenarzysty, który w jednym runie “Animal Mana” potrafił przejechać walcem po schematach znanych nam z superbohaterskich historii. 

Potem przychodzi zeszyt szósty, czyli słynna “Ewangelia według kojota”, po którym śmiało można powiedzieć, że w tym konkretnym przypadku, mówiąc konkurencyjnym Marvelem, na sto procent nic już nie będzie takie samo. To w tym momencie Morrison daje nam znać, że prowadzi rodzaj gry, w której opowiedziana historia będzie uginać się pod ciężarem formalnych eksperymentów. Jest to gra o tyle fascynująca, że inni twórcy w tym momencie zmieniliby graficzną tonację i zatrudnili na przykład Billa Sienkiewicza, czy Dave McKeana, aby uwypuklić artyzm ich zamysłów. 

Tymczasem Morrison do końca idzie razem z Dougiem Hazlewoodem i Chazem Trougiem których rysunki pozostają w obrębie tradycyjnej komiksowej estetyki dla tamtych lat, czasami pozwalając na większe szaleństwo jedynie Brianowi Bollandowi w znakomitych okładkach serii. Natomiast eksperyment idzie pełną parą w scenariuszu Morrisona, który na kartach komiksu superbohaterskiego tworzy coś niezwykłego, komiksowy odpowiednik wielkiej literatury spod znaku Thomasa Pynchona, czy Italo Calvino, by ostatecznie samemu, w osobie twórcy tego komiksu wystąpić w nim jako swoisty demiurg, który jednocześnie ma pełną świadomość, że to co stworzył jest ważniejsze od niego samego i zakorzeni się na lata w umysłach odbiorców.

Temu, co pokazał w “Animal Manie” Grant Morrison można by poświęcić całe, literaturoznawcze opracowanie. Dwadzieścia sześć zeszytów “Animal Mana” to tkany z wielką dbałością o szczegóły niezwykły plan, podczas poznawania którego zaliczamy wraz z głównym bohaterem kolejne etapy komiksowego wtajemniczenia. Grant Morrison doszedł dosłownie do granic komiksowego medium, ale ten scenopisarski eksperyment nie jest robiony sam dla siebie, tylko zachowuje pełny charakter tradycyjnej, superbohaterskiej opowieści. Słowo eksperyment zresztą nie do końca pasuje do snutej przez Morrisona historii, która im bliżej końca, jawi nam się jako przekraczająca kolejne granice superbohaterska impresja.

Stało się bowiem tak, że wychodzący z cienia autor nie przysłonił swojego dzieła. Odbył się tu swoisty pojedynek, w którym pragnący zerwać z tradycyjną konwencją twórca, musi zatoczyć koło i ostatecznie do niej wrócić, aby opowieść uzyskała absolutną pełnię przekazu. Udało się to dlatego, że Morrison chyba jak w żadnym innym swoim dziele odsłonił się sam i pozwolił dotknąć na moment wrażliwej duszy artysty. Tę wrażliwość podarował swojemu bohaterowi, godząc się z faktem, że jest on ważniejszy od jego ekperymentatorskich ambicji i tworzona przez demiurga coraz bardziej szalona opowieść musi wrócić na normalne, tradycyjne tory.  A przy tym podane jest to w bezpretensjonalnej formie do samego końca, że nawet możemy nie zdawać sobie sprawy z obcowania z arcydziełem, póki na ostatnim kadrze nie błyśnie nam przed oczami pięknie wpisany w opowieść detal.

Jest w tym geście twórczym coś niebywałego, co zapewnia poczucie olbrzymiej satysfakcji z lektury, bo widzimy że twórca zdecydował się uszanować tradycję i idzie na najbardziej niezwykły kompromis twórczy, dopełniając jednocześnie całości eksperymentu. Zakończeniem w pewien sposób nawiązuje do słynnych finałów znanych z “Incala”, czy “Mrocznej Wieży”, które każą nam przeżywać historię jeszcze raz, ale Morrison podaje to w inny, jedyny w swoim rodzaju sposób pozwalając superbohaterskiemu światu Buddy’ego Bakera trwać dalej, tak jak one wszystkie, czy to z DC, Marvela i innych uniwersów, trwają wciąż na naszych oczach, ponieważ reprezentują typ opowieści, które nigdy się nie kończą. Mogą się zmieniać i ewoluować, owszem, ale koniec nie jest im pisany. I dalej będziemy czytać superbohaterskie komiksy, ale przeczytać “Animal Mana” to tak, jakby przeczytać wszystkie komiksy superbohaterskie za jednym razem.

Animal Man. Omnibus

Nasza ocena: - 100%

100%

Scenariusz: Grant Morrison. Rysunki: Doug Hazlewood, Brian Bolland i inni. Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Dracula – quasi-ekspresjonistyczny eksperyment mistrza komiksu [recenzja]

„Dracula” Alberto Brecci jest tak odległy od kanonicznego ujęcia legendy o słynnym wampirze, jak to …

Leave a Reply