Gorący temat

Drelich. Prosto w splot – pełnokrwista sensacja w polskich realiach [recenzja]

„Drelich. Prosto w splot” Jakuba Ćwieka można śmiało zaliczyć do tej samej kategorii, co „Furię” lub „Lockdown” Roberta Ziębińskiego, czy „Prostą sprawę” Wojciecha Chmielarza. Czyli nastawiajcie się na kreacje twardych bohaterów, niekonicznie stojących po właściwej stronie prawa, mnóstwo akcji i bardzo dynamiczne tempo. Jednak nowa powieść autora „Topieli” wyróżnia się spośród wzmiankowanych tytułów. I jest to wyróżnik, który znacząco wzbogaca finalny produkt, jaki otrzymujemy.

Muszę przyznać, że bardzo ostrożnie podchodziłem do tej powieści. Owszem, przekonywał mnie do niej wspomniany Wojtek Chmielarz. Od wielu też lat chętnie czytam to, co Ćwiek napisze, a poza tym podoba mi się przyjęta przez autora konwencja gatunkowa. Jednak drugi człon tytułu powieści drażni mnie niemożebnie, bo wybrzmiewa trochę wskazaniem w kierunku komedii sensacyjnej, w charakterystyce „Hallo, Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” czy „Vabank”. A nie tędy droga! Autor serwuje solidny i zupełnie nie prześmiewczy kryminał noir o twardym facecie, parającym się zajęciem spoza katalogu uczciwych i prawilnych zawodów. Marek Drelich jest złodziejem, i to bardzo wprawnym w swoim fachu. Konkretnym, metodycznym, bardzo precyzyjnie przygotowującym każde nowe zadanie, jakiego się podejmuje… I oczywiście, ten nasz tytułowy bohater (notabene, zgrabnie dobrane do postaci nazwisko) wpada w kłopoty. I to nieliche, bowiem nagle znajdzie się na celowniku lokalnego gangstera, oskarżony o romans z jego żoną. I pomimo tego, że nie bardzo jest świadom, o jaką kobietę i jaki romans chodzi, nie zmienia to faktu – musi działać. Zwłaszcza, że oprócz przestępczego fachu Drelich ma jeszcze dwójkę małoletnich dzieci i byłą żonę, którzy z pewnością mogą szybko znaleźć się w kręgu zainteresowań lokalnego bossa…

Fabuła jest z gruntu dość prosta. Postać wpada w kłopoty, te kłopoty uosabiane są przez znaczącą w lokalnym przestępczym światku postać, która oczywiście angażuje do działania konkretne siły. A nasz bohater ma do stracenia więcej, niż tylko własną skórę… Ćwiek, co widać było już wcześniej w powieściach urban fantasy z serii „Grimm City”, dobrze czuje się w konwencji kryminału noir. W „Drelichu” zupełnie porzucił fantastyczny sztafaż na rzecz surowego realizmu, co jednak nie pozbawiło jego prozy swoistego uroku i klimatu.

Kiedy pisałem recenzję „Prostej sprawy” Chmielarza, narzekałem trochę na pewne braki w temacie dobrej powieści sensacyjnej na polskim rynku książki. Ćwiek (m.in.) zaczyna tę lukę wypełniać, serwując choćby takie właśnie książki, jak „Drelich. Prosto w splot”.

Powieść jest solidnie skonstruowana, przemyślana i zdecydowanie nie brak w niej akcji. Pewne rozwiązania zdają się sztampowe, ale taki już urok gatunku – niektóre elementy muszą się znaleźć, to składowe konwencji i nie da się ich ominąć, by nie wykreować gatunkowej karykatury. Ćwiek to rozumie, dobrze czuje cały noir i ciekawie adaptuje go do polskich realiów. Nie popadając w (zamierzoną) komiksową przesadę, jak choćby Ziębiński w „Furii” – która jest przecież niczym innym jak ukłonem w kierunku „Johna Wicka”. Autor „ Drelicha” bardziej trzyma swoich bohaterów – a zarazem fabułę – w ryzach realizmu i w trakcie lektury towarzyszy nam odczucie, że taka historia mogła się przecież wydarzyć…

Owszem, jeśli miałbym już na coś ponarzekać, to na finał historii i zagadkę „romansu” Drelicha. Niby rozwiązanie jest prawdopodobne, ładnie się to wszystko spina, ale chyba oczekiwałem czegoś większego. Większej tajemnicy, bardziej dookreślonego winnego (nowy partner byłej żony np.). To detal, nie psuje oczywiście całościowego odbioru, ale przez przyzwyczajenie do bardziej zaskakujących, bardziej filmowych fabuł chyba ten końcowy realizm trochę pozostawia niedosyt.

Jeśli chodzi o wspomniany na wstępie wyróżnik „Drelicha” względem innych polskich powieści sensacyjnych, to jest nim rodzina bohatera. U Chmielarza, czy Ziębińskiego postacie główne to samotnicy. Bez rodzin, z niedopowiedzianą, albo dość enigmatycznie wspominaną przeszłością. Bez relacji emocjonalnych (przynajmniej dłuższych i poważniejszych), z bagażem doświadczeń jedynie w zakresie życia przestępczego. Drelich jest inny. Ma niejako dwa oblicza. Jedno – wprawnego przestępcy, zawodowca w swoim fachu, bezwzględnego, kiedy wymaga tego sytuacja. Ale też drugie – ojca, niegdyś męża, który stara się zadbać i o dzieci i o poprawne relacje z dawną partnerką, matka swoich dzieci. Jest uwikłany w bardzo konkretne rodzinne zależności. Nie może ot tak, z dnia na dzień rzucić wszystkiego i zniknąć. Zwłaszcza, że on nie funkcjonuje całkiem z boku swoich bliskich. Nie odciął się od nich. Zajmuje się synem i córką, starannie wyznaczywszy granicę pomiędzy życiem „zawodowym” a prywatnym. I robi wszystko, by się one nie łączyły, nie przenikały. By pozostały niezależne. A to wszystko mocno Drelicha uczłowiecza. Sprawia, że staje nam się bliższy. Autentyczniejszy, w pewien sposób. A jednocześnie oczywistsze stają się niektóre jego powieściowe wybory. Zresztą, nie tylko jego. Dla Drelicha rodzina to nie zamknięty rozdział. To jego tu i teraz, a zarazem słaby punkt, najsłabsze ogniwo jego zorganizowanego, dopiętego na ostatni guzik świata.

Na pochwałę zasługuje z pewnością sportretowanie rodzinnych relacji bohatera. Jego rozmowy z synem, cała osnowa złożona z wspólnych weekendów, dyskusji o grze Fortnite, dzielenia się obowiązkami, uzupełnianie w wychowawczym procesie z byłą żoną – to wszystko pokazane jest bardzo sprawnie, realistycznie i przede wszystkim szczerze. A ta szczerość uwiarygadnia całą pozostałą część historii, dając znakomitą, w odpowiednich miejscach chwytającą za serca, za gardło lub za trzewia fabułę. W dodatku kolejny obyczajowy wątek – żony gangstera, z którym romans miał mieć Drelich – także jest świetnie nakreślony. Emocjonalne rozterki, a w finale przemiana bohaterki naprawdę robi wrażenie skrupulatnością oddania całego procesu wyzwalania się spod chorobliwej zależności względem despotycznego męża. I już nawet nie rzecz w tym, kim on jest. Bo model domowej przemocy nie wymaga roli bossa przestępczego półświatka, by porażać swoją bolesna autentycznością. Podstawcie pod jego postać dyrektora średniego szczebla, uznanego prawnika, hydraulika, budowlańca, pracownika fabryki. I ten koszmar wyglądać będzie tak samo, jak udało się to sportretować w powieści. I to z jednej strony pokaz literackiego kunsztu, z drugiej – chyba najbardziej przerażający element składowy tej powieści. Bo najprawdziwszy, ze wszystkich.

W „Drelichu. Prosto w splot” podoba mi się praktycznie wszystko, prócz drugiej części tytułu. To świetnie skrojona sensacja, uzupełniona (może lepiej – poszerzona) o solidnie zaimplementowany wątek obyczajowy i sprawnie osadzona w polskich realiach. Ćwiek udowadnia po raz kolejny, że nic w prozie gatunkowej nie jest mu obce i umiejętnie potrafi to wykorzystać przy tworzeniu swoich powieści. I choć historia Drelicha jest już kompletna i niewiele dałoby się o tym bohaterze powiedzieć więcej, w kolejnej książce, to jednak czuć, że Ćwiek jeszcze nie wyczerpał swojej weny gatunkowej i liczę, że zostanie przy sensacji na dłużej.

Drelich. Prosto w splot.

Nasza ocena: - 85%

85%

Jakub Ćwiek. Wydawnictwo Marginesy 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Rewolta – trafne podsumowanie kondycji współczesnego świata [recenzja]

„Bez walki nie ma postępu”. Nadav Eyal wybrał słowa Frederica Douglasa na motto swojej książki …

Leave a Reply