Gorący temat

Anubis. Thin Places – podróże z ostatnim kumplem

Macie dość zmierzłego świata na zewnątrz i tego, który atakuje nas codziennie tysiącem dennych newsów ze szklanych ekranów? Koniecznie wyruszcie w podróż z Anubisem, a wasza rzeczywistość stanie się nagle dużo bardziej znośniejsza.

Jeśli dobrze pamiętam, Anubisa Joanny Karpowicz poznałem około 2015 roku. Zapewne pierwszy raz zobaczyłem go na stronie Galerii Artkomiks robiącego sobie selfie z torbą z McDonalda albo uciekającego przed falą na desce surfingowej. I wtedy jeszcze nie zaskoczyło, ale jednocześnie zachłysnąłem się wówczas innymi pracami krakowskiej artystki. Te kilka lat temu można było wyhaczyć bardzo fajne plansze komiksowe Joanny Karpowicz za jedyne pięćset złotych (i jedną wyhaczyłem), ale i tak najbardziej boli, że pożałowałem wówczas dwustu złotych na przepiękny kadr z dzwonkiem z krótkiego i zarazem niezwykłego komiksu “The Desperate Case of Bateson George”. Do dziś czuję rodzaj dobrego smutku, kiedy widzę na ekranie komputera ten dzwonek. Dlatego dobrego ponieważ wiem, że ten cudowny kadr cieszy oczy innego posiadacza.

Czyli Joanna Karpowicz to nie tylko Anubis, choć właśnie ten hebanowy dżentelmen przysporzył jej największej popularności. Po raz pierwszy z twórczością artystki spotkałem się dużo wcześniej, przy okazji komiksu “Szminka”, ale to opowieść, którą wewnętrznie od siebie odpychasz i raczej chcesz zapomnieć o zawartych w niej obrazach, dlatego “Szminka” leży gdzieś w jednym z wielu kartonów razem z innymi komiksami, na które zabrakło miejsca na półkach.

Ale przecież miało być o Anubisie. 

Anubis w 2015 roku nie był jeszcze tak rozpoznawalny jak te kilka lat później, ale miał już spore grono fanów. Szperając w Internecie musiałem zobaczyć kolejne obrazy z tym bohaterem/bogiem i nagle, dokładnie nie wiem kiedy poczułem, że jego obecność jest mi w życiu niezbędna. Co sprawiło, że właśnie ten sposób odczytałem przekaz na kolejnych, napotkanych w sieci obrazach z tym gościem? 

Chyba to, że jego emploi mocno kojarzy się z tym właśnie słowem – gość – w każdym z jego istotnych znaczeń. Anubis to ktoś, kogo chcąc nie chcąc musimy zaprosić na indywidualne spotkanie na pewnym etapie naszego życia. To także równy gość, taki na którego nie ma bata, bezkompromisowy, ale też nie wywyższający się i potrafiący z każdym się dogadać. I wreszcie to ktoś jak ten swojski gościu z tysiąca ludzkich opowieści (“i ten gościu, wiesz…”) któremu nieustannie coś się przydarza, choć nikt nie jest w stanie tych zdarzeń jednoznacznie udokumentować, bo każdy zna je tylko z cudzych historii. 

Tak właśnie ma się sprawa z  Anubisem. Pojawia się zazwyczaj gdzieś na krawędzi wzroku, wiesz że jest gdzieś w pobliżu, że musiał minąć cię całkiem niedawno, bo akurat szedł na spotkanie z kimś innym i po drodze miał jeszcze chwilę czasu na kontemplowanie świata wokół. Zwykle gdzieś na uboczu, z dala od tego co w naszej teraźniejszości wydaje się być dla nas dużo ważniejsze, niż jakieś kontemplowanie ulotnych chwil. I dlatego gość ów wciąż pozostaje elementem cudzych opowieści tak różnych, że w końcu musiała zebrać je w serię obrazów z Anubisem Joanna Karpowicz. 

Od jakiegoś czasu mamy możliwość, żeby nie przeżywać ich głównie za pośrednictwem Internetu. Owszem, seria z Anubisem pojawiła się już w wydaniach książkowych, między innymi w formie katalogów z wystaw i dwóch publikacji z Wydawnictwa Centrala, ale nie urzekały one jakością wydania tak jak ufundowany w zbiórce na Kickstarterze artbook “Anubis. Thin Places”. Sto kilkanaście stron, które na grubym papierze wyglądają na ponad dwieście i dają nam wgląd w reprodukcje tak wysokiej klasy, że momentami aż wstrzymujemy oddech z wrażenia. To edytorskie cudo przygotował Jarek Obważanek z Dymkołamaczów, a wydał Timof Comics, dzięki któremu to wydawnictwu mogliśmy przeczytać przez lata tak wiele znakomitych komiksów.

Joanna Karpowicz w jakiś jedynie sobie znany sposób, może przy udziale odrobiny kobiecej, pierwotnej magii pochodzącej jeszcze z czasów Białej Bogini, na którą załapały się przed wiekami czarownice i jakimś cudem przekazały ją dalej, złapała tego nieuchwytnego gościa w malarskie sidła. Sekret tych udanych łowów kryje się zapewne w artystycznej wrażliwości, która filtruje innym okiem (niekoniecznie jedynie okiem wyobraźni) wszelkie możliwe zdarzenia przemykające szybko przez życie człowieka i nagle zaczyna dostrzegać więcej. Dostrzega kogoś, kogo obecności wymaga dana chwila. Rzecz w tym, że to zazwyczaj prozaiczne zdarzenie, na które sami z siebie nie zwrócilibyśmy uwagi, ani tym bardziej je zapamiętali. Więcej – kiedy zachodzi, w ogóle nie jesteśmy świadomi, że właśnie stało się coś co miało się stać i było tam miejsce dla Anubisa. A przecież właśnie coś się wydarzyło albo inaczej – coś się wydarza, ponieważ na obrazach Joanny Karpowicz te sceny są przecież zatrzymane w  czasie.

Ktoś czeka. Ktoś tańczy. Ktoś odczuwa wielki spokój. Ktoś jest zmęczony. Ktoś kroi warzywa. Ktoś idzie ulicą miasta, w którym znalazł się po raz pierwszy. Ktoś widzi swoje odbicie w wodzie. Ktoś płacze. Ktoś się raduje. Ktoś śni. Ktoś biegnie. Ktoś nagle patrzy do góry. Ktoś odpoczywa. Ktoś odjeżdża. Ktoś jest samotny. Ktoś chce być samotny. Ktoś spaceruje w deszczu. Ktoś…

Czy to są sceny warte uwiecznienia? Do tego uwiecznione z kimś, kto kradnie komuś – prawdopodobnie nam – te momenty? Bo przecież Anubis na obrazach nie jest jedynie obserwatorem wydarzeń, ale często ich świadomym uczestnikiem. Najczęściej samotnym, ale nie zawsze. Dlaczego to wszystko na obrazach Karpowicz przytrafia się jemu, a my w jakiś sposób czujemy, że kiedyś przytrafiło się nam lub dopiero się przytrafi? Skąd to poczucie wspólnoty, skąd ta fuzja, która wiedzie Anubisa przez różnorodne rejony rzeczywistości, czasami zahaczając o popkulturę, czasami o znane nam osobiście miejsca, a czasami o te, do których nigdy nie dotrzemy? Malarstwo Joanny Karpowicz najczęściej porównywane jest do twórczości Edwarda Hoppera, gdzieś nawet mignęło mi określenie, że jej Anubis jest wręcz hopperish. To prawda, ale tylko w części. Edward Hopper był w swojej twórczości tak blisko naszego życia jak jest Anubis na obrazach Karpowicz. Widząc takie obrazy Hoppera jak “Stacja benzynowa” czy “Niedzielny poranek” mimowolnie szukamy na nich Anubisa. 

Jednak gość z obrazów Karpowicz wędruje również w inne rejony, które szczególnie widać na ostatnich pracach, malowanych na podświetlanym stoliku i uciekających coraz dalej od hopperowskiej estetyki. Mocniej widoczny w szczegółach realizm odosobnionych miejsc i przyrody malowanej na podstawie fotografii zderza się na nich z samym Anubisem, z jego niezwykłą w całej nonszalancji tej postaci aurą. Zderza się do tego stopnia, że te długie uszy i psi pysk osadzone na ciele człowieka budują razem z resztą scenografii inne, nowe znaczenie, niż gdybyśmy ten sam obraz oglądali bez obecności na nim egipskiego bóstwa. Bez Anubisa te miejsca nadal przyciągałyby nasz wzrok i urzekały pięknem, jednak to razem z nim zmieniają się w tytułowe thin places.

W artbooku  “Anubis. Thin Places”  znalazło się 117 reprodukcji, które powstały między 2012 a 2020 rokiem i jak sama autorka przyznaje, można wyszczególnić różne okresy tej serii na podstawie długości uszu jej bohatera. Mówiąc w ten sposób wie doskonale, że właśnie takim językiem powinna mówić do swoich odbiorców, a nie zagłębiać się w fachowe komentarze, które zrozumieliby jedynie historycy sztuki i marszandzi. 

Dlatego mamy poczucie, że Anubis jest rodzajem naszego wspólnego dobra, które budzi zachwyty ilekroć nowy obraz pojawi się na fanpejdżu artystki (notabene przy takim tempie pracy, Karpowicz zaraz będzie musiała wydać kolejny artbook). Spośród 117 obrazów każdy znajdzie ten swój ulubiony i raczej nie będzie to tylko jeden, a kilka. 

Ja lubię, kiedy na pracach z Anubisem pojawiają się mocniejsze kontury, jak na obrazie “Christmas time in Parkersburg”, bo wtedy wydaje się, że Anubis zaprasza nas na chwilę do klasycznie komiksowej scenerii. Lubię deszcz i wodę na obrazach z Anubisem i zaznaję wielkiego uczucia spokoju patrząc na “Ten Thousand Miles” i “Old Postcard”. Lubię ten moment, kiedy bez zapowiedzi znikają w artbooku marginesy i cyfry sygnalizujące, na której jesteśmy stronie i nagle bez ograniczeń towarzyszymy Anubisowi w drodze do ukrytego przejścia.

Jednak najbardziej poruszony byłem pierwszym obrazem w artbooku, który ma już dobrych kilka lat i jest spośród wszystkich stu siedemnastu w jakiś sposób najprawdziwszy. Ten obraz to “Reflection”, czyli odbicie. Wydarza się na nim to, co ugruntowało tematykę całej serii z Anubisem i pozwala nam określić go mianem naszego ostatniego kumpla. Boskość traci tu swoją hierarchiczność, ponieważ czujemy, że właśnie przed tym bogiem nie musimy klękać ani korzyć się. I oprócz lęku czujemy także bliskość i zrozumienie, tak jak w przypadku obcowania ze Śmiercią Neila Gaimana. To ten moment, kiedy…

Odwracasz się, nagle wyczuwając jego obecność i zastygasz w pozie zaskoczenia, choć przecież nie powinno być to dla Ciebie zaskoczeniem. Boisz się, tak bardzo się boisz, ale im dłużej patrzysz w to odbicie, tym bardziej zacierają się różnice między wami. Im dłużej ta chwila trwa, o to właśnie prosisz w duchu – chwilo trwaj. Na Twoich ustach pojawia się w końcu nieśmiały uśmiech i już wiesz. Przyszedł i teraz przez jakiś czas będziecie mogli wędrować tylko we dwójkę.

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Horror bękartem polskiej literatury

Horror nie ma w Polsce łatwo. Nie, żeby gdziekolwiek ten specyficzny gatunek był szczególnie szanowany, …

Leave a Reply