Gorący temat

Biblioteka o północy – potrzebujemy takich książek [recenzja]

„Biblioteka o północy” to magiczna opowieść, jaka bardzo rzadko się trafia we współczesnej literaturze. Pełna ciepła i nadziei opowieść, która próbuje nas nauczyć czegoś ze wszechmiar słusznego. Czegoś, o czym często zdarza się nam, w dzisiejszym, zabieganym świecie, zapomnieć.

Nora Seed umiera. I w dodatku umiera na własne życzenie, kiedy śmierć kota przepełnia czarę goryczy i dziewczyna podejmuje nieodwracalną i brzemienną w skutkach decyzję o rozstaniu się z tym światem. Jednak po śmierci czeka ją nie Niebo, nie Piekło, nawet nie Czyściec, w którym miałaby szanse odkupić przewiny i grzechy. Bohaterka trafia do Biblioteki o północy. Magicznego, niezwykłego miejsca, w którym znajduje się niezliczona ilość książek. Ale nie byle jakich książek, bowiem żadnej z nich nie znajdziemy w naszym świecie. Każda z pozycji w tym niezwykłym miejscu zawiera możliwą wersję zdarzeń. Alternatywę naszego życia. I od nas tylko zależy, którą z nich wybierzemy, którą postanowimy przeżyć. Druga szansa. Życie od nowa. Życie na nowo. Powtórzenie go, z pominięciem błędów, jakie popełniliśmy. Bez bolesnej przeszłości, którą wymazujemy, resetujemy, wybierając inną wersję świata, do jakiego chcemy trafić. Brzmi kusząco? Dla Nory rzecz jasna, także. Jednak nie zawsze możliwość przeżycia życia ponownie jest rzeczywiście tym, czego pragniemy… tak naprawdę.

Matt Haig to bestsellerowy autor, który w Polsce znany jest przede wszystkim z powieści dla dzieci i młodzieży, ale który ma też w dorobku literaturę dla dorosłych. Jego najnowsza książka – „Biblioteka o północy” to bardzo baśniowa, mocno inspirująca historia o poszukiwaniu samego siebie, własnego ja, oraz próbie zrozumienia, co tak naprawdę jest w naszym życiu ważne, cenne i potrzebne. Ubrana w fantastyczny, nieco bajkowy sztafaż, zdaje się rozgrywać nas – czytelników za pomocą prostych przekazów, oczywistości, by nie rzec – frazesów. Ale prawda jest taka, że uniwersalizmu przekazu nie sposób Haigowi odmówić. Owszem, on serwuje nam bardzo prosty w swoim trzonie komunikat, jednak nijak ta prostota nie czyni go fałszywym. Mniej autentycznym, mniej szczerym. Autorowi „Biblioteki o północy” udało się ubrać w słowa rzeczy oczywiste. Ale ubrać w słowa w sposób tak magiczny, poetycki wręcz, że oferuje nam rzecz bezcenną w dzisiejszym, zabieganym świecie – chwilę oddechu. Refleksji. Pozwala nam przystanąć na moment w naszym codziennym pędzie i zastanowić się, czy rzeczywiście należycie doceniamy to, co mamy? Czy nie pragniemy na siłę wciąż więcej i więcej? Albo czegoś zupełnie innego, co niekoniecznie jest nam potrzebne, ale czego de facto po prostu nie mamy – i samo to wzbudza w nas żądzę zdobywania, lu choćby tęsknoty za tym? W myśl zasady, że zieleńsza jest zawsze trawa po drugiej stronie płotu?

Owszem, nie sposób zaprzeczyć, że nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu ta bezpośredniość przekazu, ta pozorna trywialność wniosków, jakie artykułuje Haig, niewiele pozostawiając tak naprawdę miejsca na interpretację. Ale czasem właśnie w prostocie siła. Nie potrzeba tutaj nadmiernych metafor, bo i prawdy, jakie autor stara się nam przypomnieć są proste i oczywiste. I to właśnie klucz do odczytania „Biblioteki o północy”. Przypomnienie. Ta książka nie powie Wam niczego nowego. Nie odkryje nieznanych tajemnic, starannie skrywanych sekretów. Ona przypomni Wam – mam taka nadzieję – o tym, co wiecie doskonale, ale o czym dzisiejszy świat tak skutecznie nauczył Was nie pamiętać.

Przyznaję, że z początku obawiałem się, iż Haig okaże się kolejnym Paulo Coelho, nie wnoszącym niczego nowego do literackiego świata, ale przetwarzającym utarte schematy i zgrane motywy w przepełnione frazesami quasi przypowieści dla ubogich intelektualistów.

Jednak w trakcie lektury zrozumiałem, że Haig nie próbuje nauczać. Nie filozofuje na siłę. Nie kryje się za banalnymi metaforami, które tylko powierzchownie zawierają w sobie jakąś głębię. On buduje swoją baśniowość, co wynika z – może i naiwnego – przeświadczenia, że życie każdego choć odrobinę tej baśniowości potrzebuje. Tak, jak potrzebujemy takich książek. W dzisiejszym pędzie, w zatraceniu, w niedocenianiu tego, co mamy, powieść Matta Haiga jest jak oddech. Chwila wytchnienia. Niby prosta historia, niby opowiadająca o rzeczach trywialnych… ale jednocześnie o takich, o których często naprawdę zdajemy się zapominać.

To z jednej strony urocza afirmacja czytelnictwa, jako bramy do innych światów, która w „Bibliotece o północy” nabiera niemożliwej dosłowności, a z drugiej zawoalowana i słuszna w swoim przekazie przestroga, że zbyt pochopne pragnienia wymiany naszego życia na inne wcale nie muszą skończyć się dobrze. To rodzaj współczesnej baśni, jakich mamy coraz mniej w literaturze współczesnej. A jakich niezmiennie bardzo potrzebujemy.

Biblioteka o północy

Nasza ocena: - 85%

85%

Matt Haig. Wydawnictwo Zysk i S-ka 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Bestiariusz japoński. Yokai – przepiękny i fascynujący [recenzja]

“Bestiariusz japoński” to moje pierwsze spotkanie z serią “Legendarzy” autorstwa Witolda Vargasa. Dodam, że niezwykle …

Leave a Reply