Gorący temat

Visa tranzytowa – trzy dni czytelniczej podróży [recenzja]

“Visa tranzytowa”  to jeden z najbardziej imponujących rozmiarem i objętością komiksów na naszym rynku. Niby komiksowa cegła, ale czytelnicze doświadczenie pozbawione jest jakiegokolwiek fizycznego ciężaru – mkniemy za tą autorską wizją podróży niesieni samym sednem literatury i to nie jedynie tej obrazkowej. To po prostu literacka podróż przez czas miniony, a wspomnienia Nicolasa de Crécy nie raz podczas lektury nakładają się na nasze, nie tylko młodzieńcze przeżycia.

Patrząc na okładkę z samochodem zagubionym wśród górzystego krajobrazu, potem czytając notkę o podróży dwóch młodzieńców przez spory kawałek Europy i wycinek Azji Mniejszej tak naprawdę nie wiemy czego możemy się spodziewać po lekturze. Najprawdopodobniej czeka nas wspomnieniowa literatura faktu z czasów podzielonej jeszcze na dwa bloki Europy, zapewne z dużą dozą niepokornej brawury, skoro w podróż wyrusza dwóch dwudziestolatków. Z takim nastawieniem rozpocząłem weekendową lekturę. W piątek wieczorem, stuknęło około pięćdziesięciu stron, na początek wystarczy. Chłopaki w gruchocie z toną książek, fikcyjnym (dziś powiedzielibyśmy fejkowym) radarem przymocowanym na desce rozdzielczej i wypalanymi papierosami z różnych krajów dają radę. Jest dobrze stwierdziłem, myśląc pozytywnie o dalszej części lektury i zastanawiając się co też im się jeszcze podczas tej zajefajnej podróży bez konkretnego celu przytrafi. Cóż, dalej było niczym w Marvelu – przeczytałem następnego dnia kilka stron z pewnym uprzykrzającym podróż  autorowi wspomnień motocyklistą w roli głównej i nic już nie było takie samo. 

Podróż, tak samo jak czas nie są w “Visie tranzytowej” linearne. Fakty mieszają się z fikcją, przy czym ta druga zaczyna z czasem (albo i bez niego) przeważać, bo rysując po trzydziestu latach swoje wspomnienia, de Crécy owszem, zna podstawowe punkty podróży, czyli skąd dokąd, ale już poszczególne wydarzenia, czyli to co działo się podczas jazdy są  bardziej impresją pamięci, tak jak w urzekająco-niepokojącym fragmencie ze znikającą stacją benzynową. 

Wróćmy jednak do motocyklisty, który co i rusz wtrąca się w narrację autora “Visy tranzytowej”. Ów mężczyzna, zawsze w kasku na głowie i z niewyraźnymi rysami twarzy to literacki idol Nicolasa, poeta i zarazem wielbiciel meskaliny Henri Michaux, w roku podróży chłopaków citroenem Visą nieżyjący już od dwóch lat. Jak tylko się pojawia i narzeka na narratora, cała podróż wchodzi w inny wymiar stając się w równy stopniu facynującą literaturą nie do końca sprawdzonych faktów co intertekstualną grą autora z własną pamięcią, z własną artystyczną wyobraźnią oraz rzecz jasna z czytelnikiem. 

Ta podróż Nicolasa i Guya przez Włochy, Bułgarię, Jugosławię i Turcję odbyła się w 1986 roku, kilka tygodni po katastrofie w Czarnobylu, której wpływ przewija się przez tę historię. Jest to jednocześnie historia jeszcze innych podóży, zarówno wcześniejszych i późniejszych, tych przez pamięć i ponownie przez Europę, na czele z surrealistyczną  wizytą de Crecy’ego w 1996 roku w Białorusi, w której już wtedy karty rozdawał Łukaszenka. Często też zaglądamy w dziecięcą przeszłość autora, by zobaczyć fascynację, a jednocześnie strach przed religią katolicką i jej naczelnymi atrybutami. I znajdziemy tu jeszcze bardzo osobisty kawałek doświadczeń artysty, próba opisania indywidualnego widzenia świata oczami, które filtrują je w sposób, jaki widzimy na rysunkach w “Visie tranzytowej”. To świat z mnóstwem kolorów, jakby próbujących zatrzymać w swej ekspansji ruchliwą, niepokorną kreskę de Crécy’ego, który na jednej planszy potrafi połączyć witalność z poetyckością – nic w tym zresztą dziwnego, skoro nieżyjący poeta jest w tej opowieści najbardziej energetyczną osobowością.

 To wszystko składa się na niezwykłą podróż o rozwidlających się ścieżkach, na których czas może poruszać się w jakich tylko zechce kierunkach na szczęście nie gubiąc po drodze urzeczonego tą formą opowieści czytelnika. A taka kompozycja to już przywilej literatury przez naprawdę duże L, która nie boi się być momentami nieco pretensjonalna, z uniwersalnym ciężarem, który w rzeczywistości nic nie waży, choć autor tej opowieści wyraźnie ugina się w zamian pod ciężarem swojej teraźniejszości. Dlatego wraca do przeszłości, do dni, w których jako dwudziestoletni młodzieniec rzucający cytatami poetyckimi mógł być jawnie pretensjonalny, bo po prostu w był tej pozie naturalny.  By choć na chwilę móc odzyskać to co kiedyś było proste, minęło, ale wciąż za tym tęsknimy i choćby poprzez przełożenie na wypełnioną niezwykłymi krajobrazami rysunkową opowieść, móc tego jeszcze raz doświadczyć. A przy tym, co istotne, de Crecy nie stara się w być w swej opowieści fajny na siłę i tym samym wymaga na czytelniku intelektualną współpracę oraz znajomość kulturowych kontekstów

Tych wszystkich wrażeń podczas lektury sam doświadczyłem w jej drugim dniu. Ostatni rozdział, zatytułowany znamiennie “Moc sztuki” zostawiłem na ranek dnia następnego, by jeszcze przez chwilę czuć ten stan, w jakim zapewne momentami podczas tworzenia mógł trwać sam Nicolas de Crécy. Pięćdziesiąt stron do końca poszło w jakieś pół godzinki, tak, że można było szybko wrócić do swojej pozaliterackiej codzienności.

Zbyt szybko.

Visa tranzytowa

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz i rysunki: Nicolas de Crécy. Tłumaczenie: Małgorzata Fangrat-Jastrzębska. Timof Comics 2023.

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Historia science fiction – radość tworzenia nowych światów [recenzja]

Komiksowa “Historia science fiction” wydana przez Egmont nie poraża objętością, a przy tak obszernym temacie …

Leave a Reply