Gorący temat

Candyman – o kilka słów za daleko [recenzja]

W dobie ciągłego odświeżania klasyków, kwestią czasu było, zanim ktoś zainteresuje się kultowym horrorem z początku lat 90’. Tylko czy na pewno powinien?

Nowa opowieść w uniwersum upiora z hakiem zamiast dłoni, zaczyna się około trzydzieści lat po wydarzeniach z części pierwszej. Anthony McCoy to obiecujący artysta, który w poszukiwaniu inspiracji trafia do dzielnicy Cabrini-Green, gdzie dowiaduje się o miejskiej legendzie dotyczącej niejakiego Candymana. Zagłębiając się w nią coraz głębiej, mężczyzna wkrótce zaczyna zdawać sobie sprawę, że przekazywane przez lata z ust do ust opowieści mogą mieć w sobie więcej prawdy niż początkowo przypuszczał, a on sam w jakiś sposób jest z nimi powiązany. Nie może jednak przypuszczać, że odkrycie prawdy rozsypie jego pojmowanie rzeczywistości w drobny mak.

Odpowiedzialne za nowego „Candymana”, założone przez Jordana Peele studio Monkeypaw Productions w ciągu ostatnich lat wyrobiło sobie renomę specjalistów od nasyconej społecznym komentarzem grozy. Trudno się temu zresztą dziwić  – przefiltrowane przez krytyczne spojrzenie na temat rasizmu „Uciekaj” czy „to my” nie tylko stanowiło modelowe przykłady nowoczesnych, realizacyjnie dopiętych na ostatni guzik horrorów, które nie bały się wziąć za bary z ważkimi tematami, ale też doskonale radziły sobie finansowo. Nic więc dziwnego, że kiedy na świat wypłynęła informacja o zmodernizowanym podejściu do kultowego „Candymana”, oczekiwania w stosunku do jakości przyszłego filmu przebijały sufit.

Trzeba też przyznać, że historia demona symbolizującego ból i zemstę udręczonej społeczności to rzeczywiście materiał niejako uszyty pod grozę mająca ambicje by być czymś więcej niż serią jumpscare’ów, a prowadzony pewną ręką utalentowanej Nii DaCosty ani na chwilę nie pozwala nam o tym zapomnieć. Czy to jednak rzeczywiście dobrze dla filmu samego w sobie – szczerze mówiąc nie jestem całkowicie przekonany. Podstawowym problemem nowego Candymana jest to, że wyciągający w stronę bardziej uprzywilejowanych społeczności oskarżycielski palec scenariusz nie mówi przy tym niczego nowego, a wręcz pozostawia po sobie wrażenie, jakby twórcy nieustannie mocowali się z otwartymi drzwiami. Takie podejście powoduje też, że siłą rzeczy film DaCosty warstwę fabularną traktuje w dużej mierze jako pretekst. Nawet pomimo ciekawego punktu wyjścia polegającego na tym, że film jest bezpośrednią kontynuacją pierwowzoru z 1992 roku, a nie jedynie remake’em, króciutki, ledwie 90-minutowy czas seansu starcza jedynie na zawiązanie grubymi nićmi szytych, markowanych arthouse’owym zacięciem całości zwrotów akcji.

Co gorsza też, „Candyman” najzwyczajniej w świecie nie straszy: o ile można zgodzić się, że sekwencje mordów są tu w kilku przypadkach zaprojektowane niezwykle pomysłowo, tak już ich punkty kulminacyjne zbyt często odbywają się poza kamerą, by mogły wywrzeć na nas odpowiednio silne wrażenie. O scenach które mają wywołać w nas niepokój w szkoda nawet wspominać: jest ich tak niewiele, że są w zasadzie niezauważalne. Na definitywny plus „Candymanowi” można policzyć po prawdzie jedynie warstwę realizacyjną – momenty, kiedy tytułowy upiór znienacka pojawia się w odbiciach wręcz zachęcają do dokładnego przeczesywania wzrokiem prezentowanych ujęć w jego poszukiwaniu. Nic zarzucić nie można też jakości gry aktorskiej – Yahya Abdul-Mateen II udanie portretuje obraz człowieka osuwającego się na skraj szaleństwa, a drugi plan, choć pozbawiony wybijających się ponad normę ról, stara się mu w tym nie przeszkadzać. Jest też mrugnięcie okiem w stronę fanów pierwowzoru w postaci króciutkiego występu Tony’ego Todda.

To jednak zdecydowanie za mało , byśmy mogli mówić o filmie które potrafi odpowiednio wymierzyć proporcje pomiędzy tym co ma do powiedzenia, a wartością czysto rozrywkową. Nowe podejście do „Candymana” zbyt często ugina się zatem pod ciężarem własnych ambicji i prób wałkowania tematyki która w kinie przynajmniej kilkukrotnie wybrzmiała już dobitniej. Mimo wszystko, spore rozczarowanie.

Foto © Forum Film Poland

Candyman

Nasza ocena: - 50%

50%

Reżyseria: Nia DaCosta. Obsada: Yahya Abdul-Mateen II, Teyonah Parris, Nathan Stewart-Jarrett. USA/Kanada, 2021.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Sisu – mniej znaczy lepiej [recenzja]

Kinowe eksperymenty z formą i treścią z pewnością należy cenić za przełamywanie utartych schematów, ale …

Leave a Reply