Gorący temat

Cyberpunk: Edgerunners – bezlitosna przyszłość [recenzja]

Przypadającą na końcówkę 2020 roku premierę osadzonego w uniwersum wykreowanym przez Mike’a Pondsmitha jednego z najbardziej oczekiwanych wirtualnych RPG wszechczasów, trudno określić inaczej niż kolosalnym rozczarowaniem. Dwa lata po tym jak wywołał prawdziwą lawinę w branży, Cyberpunk powraca w nieco innym wydaniu – i po raz kolejny wywołuje sensację.

Spoglądając z perspektywy czasu na otoczkę wykreowaną wokół „Cyberpunka 2077” przez CD Projekt RED, trudno nie odnieść wrażenia, że finalny produkt nigdy nie miał szans dorównać wygórowanym oczekiwaniom odbiorców. Przedłużający się proces produkcyjny, obietnice sugerujące najbardziej przełomową pod względem immersji produkcję w historii i będący punktem odniesienia dla innych pozycji w gatunku „Dziki gon” w portfolio, czy wreszcie perfekcyjnie wręcz przeprowadzona kampania promocyjna z Keanu Reevesem w roli twarzy projektu – wszystko to wspólnie powodowało, że cokolwiek miało szansę objawić się jako finalny produkt, z góry skazane było na porażkę z wyobrażeniami odbiorców. Z takiej historii można by co prawda wysnuć smutny morał o kłamliwych deweloperach i tym, jak to kłamstwo ma krótkie nogi, ale trzeba przyznać, że pomimo wyjątkowo koślawego startu, gra CD Projekt RED skrywała w sobie niebywały potencjał prawdziwie fascynującego uniwersum i piekielnie angażującej historii.

Z tej spuścizny postanowiło skorzystać zaangażowane do produkcji anime, odpowiedzialne za „Edgerunners” zasłużone studio Trigger. Gdyby odmierzać skalę oczekiwań względem pierwowzoru, okazałoby się zapewne, że na serial nim zainspirowany czekał ledwie ułamek ilości odbiorców z niecierpliwością śledzących jakiekolwiek informacje w temacie gry. Nie po raz pierwszy okazało się jednak, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ: co zapowiadało się bowiem jako ciekawostka dla zatwardziałych fanów, wywołało kolejną burzę, tym razem w całkowicie drugą stronę. Kolejne rekordy grających mierzone przez Steam i wykładniczy wzrost zainteresowania uniwersum nie są jednak niezasłużone. „Cyberpunk: Edgerunners”, to bowiem piekielnie dobre dziesięć odcinków futurystycznej historii.

A w tej towarzyszymy Davidowi – młodemu chłopakowi żyjącemu w gigantycznej aglomeracji Night City z ledwie wiążącą koniec z końcem matką. Choć Gloria każdy zarobek inwestuje w lepszą przyszłość syna, umożliwiając mu tym samym naukę w elitarnej akademii trzęsącej całym miastem korporacji Arasaka, z racji swego statusu materialnego David pozostaje tam pariasem. Jego sytuacja przybiera jeszcze gorszy obrót, gdy na skutek przypadkowych, dramatycznych wydarzeń jego matka umiera w wypadku. Pozbawiony środków do życia i nadziei na przyszłość, chłopak  trafi wkrótce do przestępczego podziemia Night City, by tam dołączyć do ekipy Edgerunnerów, podejmujących niebezpieczne zadania najemników i rozpocząć marsz ku spełnieniu swych marzeń – zostania legendą nigdy nie zasypiającego miasta.

Choć fabułę „Cyberpunka: Edgerunners” można z ogólnej perspektywy określić jako inspirowane gangsterskimi klasykami Martina Scorsese „od zera do bohatera do zera”, po prawdzie byłoby to karygodne niedopowiedzenie i przede wszystkim niedocenienie tego, jak dobrze Trigger udało się zaadaptować opierającą się na znanych motywach historię do realiów futurystycznego świata. Siła uniwersum Mike’a Pondsmitha to przede wszystkim ukazanie depczącej marzenia jednostek bezlitosnej rzeczywistości i „Edgerunners” czerpie z niej pełnymi garściami, odmalowując cielesną i psychiczną ewolucję stopniowo tracącego resztki niewinności głównego bohatera. Cyberpunkowy świat i wiążące się z nim technologiczne możliwości przenikają się tu z wyposażoną w uniwersalny morał fabułą o miłości, zdradzie, poświęceniu dla przyjaciół i pogoni by stać się kimś więcej niż kolejną jednostką w tłumie. Taki kręgosłup historii to rzecz jasna cos co widzieliśmy już wielokrotnie w lepszym bądź gorszym wydaniu – nie umniejsza to jednak tego, że Trigger w tak standardowy scenariusz udało się wpleść również bohaterów, których losem najzwyczajniej w świecie można się przejąć i życzyć im jak najlepiej.

Emocjonalne zaangażowanie idzie w parze również z podziwem dla jakości wykonania. O ile charakterystykę kreski dla stylu anime można lubić albo nie, całkowicie jednoznacznym pozostaje za to niezwykły rozmach całości i fantastyczne operowanie kolorami. Dbałość o detale przy jednoczesnym rozmachu poszczególnych sekwencji sprawia, że całość ogląda się niczym dobrze doinwestowaną, hollywoodzką produkcję, a Ci którzy zdążyli trafić już do wirtualnej wersji Night City, z całą pewnością rozpoznają również charakterystyczne lokacje. Wszystko to uzupełnione znakomitą ścieżką składa się na rzecz technicznie dopiętą na ostatni guzik.

„Cyberpunk: Edgerunners” rozgrywa się mniej więcej rok przed wydarzeniami z gry i trzeba przyznać, że doskonale się z nią uzupełnia. Serialu studia Trigger nie sposób sprowadzić jednak do produkcji mającej jedynie towarzyszyć swemu starszemu, wirtualnemu krewniakowi. Wręcz przeciwnie – to pełnoprawny produkt oferujący kilka godzin samodzielnej, satysfakcjonującej opowieści. Czy można mówić, że w pewnym sensie stanowiący zadośćuczynienie win? Cóż, biorąc pod uwagę szaleństwo jakie wywołał, wcale nie musi być to dalekie od prawdy.

Foto © Netflix

Cyberpunk: Edgerunners

Nasza ocena: - 80%

80%

Twórcy: Rafał Jaki, Mike Pondsmith. Obsada (wersja japońska): Kenn, Aoi Yūki, Hiroki Tōchi, Michiko Kaiden i inni. Polska/Japonia, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

The Devil’s Hour, sezon 1- mało diabła, dużo tajemnic [recenzja]

“The Devil’s Hour” najłatwiej określić jako serial z gatunku mistery, bo mimo że znajdziemy w …

Leave a Reply