Gorący temat

Dom stu szeptów – jedna z najlepszych powieści Mastertona? [recenzja]

„Dom stu szeptów” – najnowsza powieść uznanego twórcy horrorów Grahama Mastertona to powrót do klasycznej formuły powieści grozy z motywem nawiedzonego domu, zgrabnie osadzona we współczesności. I to połączenie nad podziw udatnie zagrało w przypadku nowej książki brytyjskiego twórcy. I nawet niewielkie logiczne zgrzyty w finale nie odbierają znacznej satysfakcji z lektury.

O nawiedzonych domostwach napisano już setki, jak nie tysiące tomów. Motyw ten zadomowił się (sic!) w literaturze grozy na dobre, przetwarzany na niezliczone sposoby przez kolejnych pisarzy na przestrzeni dziejów. A kilka dzieł weszło do żelaznej klasyki, gruntując określone wyobrażenie o tego typu historiach w czytelniczej świadomości. Dlatego też podjęcie tego wątku przez Mastertona było z jednej strony przedsięwzięciem ryzykownym, a z drugiej co najmniej obiecującym.

Autor „Manitou” sięga w swojej powieści po bardzo klasyczne instrumentarium motywu, jaki bierze na warsztat i nawet współczesny czas akcji niewiele tu przeszkadza. Trójka rodzeństwa Russell powraca do rodzinnej posiadłości po nagłej i zagadkowej śmierci seniora rodu, z którym, skłócona, nie utrzymywała kontaktu od wielu lat. Imponująca posiadłość Allhallows Hall, położona – jak przystało na posępna angielską siedzibę rodową – wśród wrzosowisk w hrabstwie Devon to klasyczna, aczkolwiek dość ponura rezydencja w stylu Tudorów, która już na pierwszy rzut oka budzi dość ambiwalentne odczucia. Wcześnie okazuje się też, że plan rodzeństwa na szybką sprzedaż nieruchomości wyklucza zagadkowo skonstruowany testament Herberta Russella. W dodatku zaraz na początku pobytu znika gdzieś mały Timmy, pięcioletni wnuk zmarłego. Tajemnicze zdarzenia zaczynają się piętrzyć wokół tymczasowych domowników, a stara rezydencja powoli odsłania coraz to nowe sekrety, ścisłe związane z historią okolicy i dawnym prześladowaniem katolików. Jakie koszmarne zagadki kryją się w posępnych murach? Czy w domostwie rodzinnym kryje się prawdziwe zło? I gdzie naprawdę podział się mały Timmy Russell?

Masterton sprawnie buduje atmosferę tajemnicy podszytej lękiem, wewnętrznym niepokojem wzbudzanym przez niewiedzę. Ale też scenografią, starannie aranżowaną na wzór klasycznych powieści grozy. Izolacja, wynikająca z usytuowania na mglistym pustkowiu samej posiadłości, jej mroczna historia, ściśle skorelowana z brudnymi kartami angielskiej historii – to wszystko stanowi o co najmniej dobrej ocenie, jaką należałoby wystawić „Domowi stu szeptów”. Osobiście w początkowej fazie lektura przywodziła klimatem jedną z najlepszych książek Artura Conana Doyle’a – „Psa Baskerville’ów”. Jednak w historii Mastertona pojawia się więcej elementów nadprzyrodzonych już na dość wczesnym etapie, a tak jak u Doyle’a bohaterowie ostentacyjnie wręcz podważają możliwość nadnaturalnych wyjaśnień niezwykłych zdarzeń, tak w „Domu stu szeptów” nadspodziewanie szybko i bezkrytycznie akceptują to, co niewytłumaczalne. To wymaga więc od czytelnika w pewnym stopniu zawieszenia niewiary w trakcie lektury, jednak nie uwiera do przesady – jeśli tylko nie staramy się nadmiernie analizować, rozkładać na czynniki pierwsze i kwestionować każdego zwrotu akcji. Bo – nie oszukujmy się – powieść Mastertona to przede wszystkim rozrywka i jako taka była projektowana. I w tym zakresie, w tej formie naprawdę dobrze sobie radzi. Autor potrafi podtrzymać przez większość czasu atmosferę nerwowego napięcia i oczekiwania, zgrabnie flirtuje z historią, czyniąc z niej ważny element całości i wskazując na solidne przygotowanie twórcy do tematu, a dodatkowo wplata ciekawe wątki ludowych wierzeń, magicznych obrzędów praktykowanych w dawnych (a zapewne po części i w obecnych) czasach w Anglii, a także lokalnej, wyspiarskiej mitologii. To wszystko nie buduje może książki przesadnie oryginalnej, zarówno w formie, jak i treści. Ale jednocześnie ofiarowuje nam taką, która doskonale wpisuje się w nurt opowieści o nawiedzonych domach, jakie – mimo swoistego literackiego zużycia – nadal potrafią radzić sobie, odpowiednio przearanżowane.

„Dom stu szeptów” to naprawdę dobra pozycja dla miłośników horrorów, którzy doceniają flirt współczesności z klasyką. Przyznam też, że w dużym stopniu gotów jestem zaliczyć niniejszą powieść do najlepszych w dorobku Mastertona. A przynajmniej do pierwszej piątki. Choć finał okazuje się nieco zbyt uproszczony i nie do końca logiczny, to w całościowym ujęciu historia nadal Romansujący coraz bardziej ochoczo w ostatnim czasie z kryminałem autor wraca do gatunku, w obrębie którego zbudował swoja markę. I zdecydowanie robi to z powodzeniem.

Dom stu szeptów

Nasza ocena: - 75%

75%

Graham Masterton. Wydawnictwo Albatros 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Algorytm życia – cyberpunk najwyższej próby [recenzja]

„Algorytm życia” – debiutancka książka Marty Sobieckiej – to tytuł, do którego podchodziłem z równie …

Leave a Reply