Gorący temat

Lycyfer. Wydanie zbiorcze, tom 2 – epicki rozmach na miarę bohatera [recenzja]

„Lucyfer” to monumentalne dzieło, stanowiące najwybitniejszy przykład twórczości autora scenariusza – Mike’a Careya, nie tylko w obrębie komiksowych opowieści. I choć oparł się na postaci wymyślonej przez Neila Gaimana w serii „Sandman”, to zdecydowanie pod piórem Careya ta postać usamodzielniła się i nabrała adekwatnego dla siebie, epickiego wymiaru.

Odniesień do „Sandmana” nie sposób przy ocenianiu tej serii uniknąć. Gaiman jest przecież ojcem – twórcą postaci, który ofiarował na wpół ukształtowany materiał bohatera, solidnie zakotwiczony przecież w uniwersum Śnienia Careyowi. I choć ten miał niejako wolną rękę, to jednak nie był zdolny całkowicie odciąć „pępowiny”, łączącej postać ze źródłem.

Zresztą, nijak nie było mu to potrzebne. Szanując genezę komiksowego Lucyfera, rozwinął kreację z „Sandmana”, wznosząc ją na nowy, mocno niezależny poziom, który z jednej strony nie staje w sprzeczności z gaimanowskim oryginałem, a jednocześnie pozwala bohaterowi zyskać swoistą niezależność.

Carey obudowuje Lucyfera brzemieniem eschatologicznych nawiązań, nie oszczędzając korelacji z mitologiami prawie każdego zakątka świata. Dodatkowo – podobnie jak Gaiman w „Sandmanie” – nie stroni od historii pobocznych, uzupełniających całość, pozornie nie mających wpływu na główny trzon opowiadanej historii. Ale – jak podkreślam – pozornie, bowiem w odpowiedniej chwili wszystkie wątki splatają się ze sobą, krzyżują, przenikają, tworząc nierozerwalną opowieść. Nie ma tu elementów zbędnych, wciśniętych na siłę, dorzuconych tylko dla kolorytu, a później po macoszemu zepchniętych na margines. Ta historia jest jak gigantyczne puzzle, układane po kawałku w różnych punktach całego obrazu. I dopiero oczekiwany finał pozwoli nam zobaczyć całą sieć zależności i powiązań. Słowem – cały obraz, jaki wykreował autor.

Nie zapominajmy rzecz jasna, że podjęcie się opowieści o Lucyferze – w oparciu o jego biblijną genezę – zmuszało twórcę do zmierzenia się z wątkiem boskim. A lokowanie takiej postaci do komiksu z pewnością nie jest zadaniem łatwym. Nietrudno tu bowiem o wykoślawienie jej, spłycenie, przepoczwarzenia w jowialnego, miłego staruszka (kto śledzi bardzo luźno inspirowany komiksem serial, ten zrozumie), ale też nie wykreowanie złośliwego demiurga, który bawi się przestawianiem pionków swego stworzenia na szachownicy świata.

Careyowi udało się ukazać złożoność postaci zarówno Boga, jak i Lucyfera, zwierającego się z nim w nieustającym konflikcie ojca z synem. Lucyfer pragnie wolności – to dla niej wzniósł rękę i oręż przeciw Bogu. I to pragnienie wolności doprowadziło do jego upadku. Ale też wolność Gwiazdy Zarannej wynika – musi wynikać – z ograniczeń czyjejś wolności. To chłodno kalkulujący, zorientowany na osiąganie celu arogant, którego pociąga nihilizm, ale głównie dlatego, że pozwala mu obnażyć ułomność boskiego stworzenia i podważać narzucane przez niego prawa. On nie czyni zła dla samej jego istoty, ale jedynie w zakresie koniecznym do osiągnięcia wyznaczonych celów. Może i kieruje się wewnętrznym pragnieniem hedonizmu, ale ów hedonizm jest wynikiem elementarnego pragnienia sprzeciwu wobec Boga, udowodnienia mu omylności w zakresie stworzenia. To główny, zdaje się, motor działań Lucyfera i podstawa całego jego makiawelicznego planu.

Rzuca się w oczy moralna dwuznaczność postaci. Czy to demony, czy anioły, nie każdy jest z założenia taki, jakim byśmy spodziewali się go zobaczyć. Nie możemy jednoznacznie umiejscowić ich na osi moralnej oceny. Zwłaszcza, że nawet boska proweniencja nie odziera ich z człowieczeństwa – ze wszystkimi tego zaletami i wadami. Wadami może nawet bardziej. I tu uwidacznia się nasze, ludzkie podobieństwo do Boga, który miał nas stworzyć na swój wzór i podobieństwo. W careyowskiej wizji ta zbieżność jest nad wyraz mocno akcentowana, jednak nie upodabnia nas to do aniołów czy demonów, a raczej je zbliża do nas.

Śmiałość wizji Careya można by uznać za obrazoburczą. Nie sposób jej jednak odmówić wnikliwości i szczerości w pragnieniu zrozumienia motywacji Lucyfera, tego biblijnego demiurga, który odważył się podnieść rękę na Boga. Cała historia skupia się na chęci znalezienia motywu, jakim się kierował. Odarcia go z przepoczwarzającego go w ucieleśnienie zła religijnego brzemienia wyobrażeń i kreacji i przekształcenie w jednostkę poszukującą. Czy to zrozumienia, czy niezależności, czy w końcu akceptacji. Carey z pewnością nie idealizuje Lucyfera – to nadal sprawny manipulator, kierujący się przede wszystkim osobistym pragnieniem i taka jest cała celowość jego postępowania. Jednak nie brak tu momentów, w których bliżej Lucyferowi do człowieka, zdolnego do przejawów – oszczędnej, nikłej, ale jednak – dobroci, czy wręcz łaski.

Drugi tom zbiorczy „Lucyfera” ukazuje, jak mocno uniezależniła się ta postać od sztafażu nadanego mu przez twórcę Śnienia. Jak – pokierowana sprawnymi zabiegami nowego autora – potrafiła rozwinąć skrzydła i osiągnąć należny sobie, epicki wręcz poziom. Nie rzecz w tym nawet, by zestawiać „Sandmana” i „Lucyfera”, by ważyć je na szali, który jest wybitniejszy, wspanialszy. To historie wyrosłe z jednego trzonu, ale jednak mocno samodzielnie i znacząco odmiennie eksplorujące swoje uniwersa. „Sandman” sięga nie tylko po niezliczone odniesienia do religii i mitologii, ale też – w znaczącym stopniu – po całościowy dorobek kulturowy i popkulturowy. Lucyfer ogranicza się (choć ograniczanie to niekoniecznie adekwatne słowo) do eksploracji motywów mitologiczno – biblijnych, wyrastający ściśle na podbudowie chrześcijańskiej wizji, którą stara się rozbudować i przetransformować do uwspółcześnionej i o wiele szerszej, niż kanoniczny zbiór określany mianem Biblii, opowieści o jednym z najniezwyklejszych (a z pewnością najsłynniejszych) buntowników, jakiego zna historia ludzkości.

Dla miłośników komiksu nieszablonowego, nietuzinkowego, odważnego – „Lucyfer” to z pewnością pozycja obowiązkowa. Znakomicie – choć często oszczędnie – narysowany i epicko rozpisany przez Mike’a Careya stanowi przykład tego, jak odpryski wielkich serii mogą same urosnąć do rangi wiekopomnego dzieła. Jeśli tylko weźmie się za nie ktoś z talentem i nie bojący się wyzwań.

Lucyfer. Wydanie zbiorcze tom 2

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz: Mike Carey. Rysunki: P. Gross, R. Kelly i inni. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Egmont 2021

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Jeśli zrobisz to teraz, to co będzie zaraz? – jeszcze raz [recenzja]

Piotr Nowacki i Bartosz Sztybor stworzyli komiks, którego tytuł trzeba przeczytać co najmniej jeszcze raz, …

Leave a Reply