Gorący temat

Donżon, tom 5 – przedwczesny finał [recenzja]

W piątym tomie “Donżon” wciąż bawi, straszy i skłania do refleksji, choć podczas lektury przez długi czas nie czuć aż takiej fabularno-symbolicznej wagi jak w przypadku poprzedniej, genialnej odsłony. Być może takie odczucie, że tym razem nie jest tak świetnie jak wcześniej zostało z premedytacją zaprogramowane przez twórców, w ramach wielkiego i zarazem bardzo ciekawie skonstruowanego finału historii Herberta, Marvina i spółki. 

Piąty tom francuskiej serii to kontynuacja wątków, które znamy z trzeciego albumu zbiorczego, choć również w czwórce, w całości poświęconej monstrom znajdują się nawiązania do ostatniej epoki w dziejach Donżonu. Zmierzch, rozpad i koniec świata jaki znają bohaterowie nadchodzi właśnie w piątym tomie, choć jak dobrze wiemy, w zapowiedziach jest jeszcze jeden album, tyle że prezentujący wcześniejsze przygody Herberta i Marvina ( co ciekawe, nadal powstają kolejne części serii). Jak to wyjdzie w praniu dopiero się okaże, kto wie, może twórcy i tam czymś nas mocno zaskoczą do tego stopnia, że na niniejszy finał będziemy patrzeć trochę inaczej, niż zaraz po lekturze

Na finałową opowieść o zmierzchu Donżonu” składa się pięć tomów. Dwa pierwsze – “Dojo w Lagunie” i “Nowi centurioni” są zaskakująco lekkie, momentami wręcz sielankowe, choć jednocześnie stanowią zapowiedź dramatycznych wydarzeń w dwóch ostatnich tomach piątego wydania zbiorczego – ich wybuchową fabułę zapowiada zresztą dynamiczna okładka. Natomiast w samym środku niniejszego albumu jest opowieść zatytułowana “Przewroty” – czyste, absurdalno-ponure złoto.  „Przewroty”można śmiało umieścić obok kilku niezwykłych historii z drugiego i czwartego tomu, dzięki którym “Donżon” jawi się jako dzieło doskonałe. I już to wystarczy za rekomendację piątego tomu serii, który oprócz tego ma do zaoferowania wiele więcej dobra.

Główne dobro końcowego etapu w dziejach Donżonu znamy już dobrze od  dłuższego czasu – to Marvin Czerwony, mrówkowaty z  wyglądu, chudy jak tyczka młodzieniec, któremy przydarzają się najdziwniejsze przygody. Czerwony Marvin nieustannie wpada w tarapaty, ma wybujałe ego, jest raczej mało utalentowany, ale nadrabia brawurą, cwaniactwem i pomysłowością. Bohater można powiedzieć idealny, przeciętniak ale z duszą hultaja, który ostatecznie wyrasta na kogoś niezwykle ważnego – zresztą czy nie przypomina w jakimś stopniu Herberta z jego wczesnych lat? I czy kiedyś, kiedy szaleństwa młodości będą już za nim, doświadczony i zmęczony życiem stanie się całkowicie innym bohaterem?

W pierwszych dwóch historiach piątego tomu, Marvin Czerwony wraz ze swoim mistrzem, smoczym Marvinem alias Królem Kurzu podróżują po rozkawałkowanym świecie Terry Amaty w poszukiwaniu potomstwa tego drugiego. Ociemniały smok znajduje w końcu syna – potężnego Baala, z którym jak możemy podejrzewać, ani jeden, ani drugi Marvin nie będzie mógł się dogadać. A jednak wszyscy razem, przy czynnym udziale kobiecych bohaterek będą musieli pokonac te róznice zdań. Te dwa pierwsze tomy, mając w pamięci końcowe rozstrzygnięcia tomu trzeciego z lekka usypiają naszą czytelniczą czujność, ale zaraz potem zaczyna się dziać, obu Marvinów czeka dziwaczna przygoda z kolejnymi dziwacznymi bohaterami, uwięzionymi na jednej z powietrznych wysp.  To gromadka uwięziona na skutek dziwnych właściwości wyspy, ale też obciążona własnymi, nieracjonalnymi decyzjami. Ów przerywnik to cholernie gorzka historia o sile życia w iluzji i skutkach odgórnej manipulacji, nie bez kozery kojarzący się z aktualną wizją naszej bliskiej nam współczesności. Jak najbardziej ku przestrodze. 

Ostatnie dwa tomy to finał z pięknym, nostalgicznym zakończeniem, w którym na ostatnich planszach, wyróżniający się z grona rysowników cyklu Mazan daje nam poruszający graficznie epilog o przemijaniu wszystkiego, o tym jak niegdysiejszych bohaterów pochłania niepamięć, nawet jeśli inne życia wokół tytułowego miejsca serii toczą się dalej. I tu chyba – w całym trzyetapowym projekcie (świt, zenit, zmierzch) zawiera się główna idea historii wymyślonej przez Sfara i Trondheima. To naturalny proces, że nasza uwaga kierowana jest na to, co aktualnie odbieramy i przykładowo Hiacynta, którego przygody pochłanialiśmy w drugim tomie w zasadzie nikt już w niniejszej fabule nie pamięta, ani nie wspomina – bo wszyscy pochłonięci są swoimi sprawami, wśród których prym wiedzie walka z Czarnym Bytem. 

Każde pokolenie ma do opowiedzenia swoją historię, która  z czasem znika w pomroku dziejów, ale ów fakt, że zawsze jest jakaś nowa historia do opowiedzenia stanowi sens tworzenia kolejnych światów i narodzin nowych bohaterów i co ważne również bohaterek. Ów proces, który nadaje sens opowieściom, w przedostatniej części zatytułowanej “Wyżyny Septentrionu” odbywa się w fascynujący sposób na naszych oczach i dotyczy postaci, którą dotychczas mieliśmy za damę w opałach. Jest to zaaranżowane pięknie, surrealistycznie i widowiskowo, w pewien sposób odpowiadając na zapotrzebowanie na wyraziste postaci kobiece i prowadzi do świetnej, ostatniej planszy czwartego tomu w niniejszym albumie. Ale jest jeszcze piąty część, który działa trochę jak deja vu, bo przez jego lwią część oglądamy wydarzenia z poprzedniego z innych perspektyw, a w szczególności z tej jednej – Herberta, który zobaczy znacznie więcej, niż inni. A my razem z nim.

Dwie ostatnie opowieści piątego albumu zbiorczego to szalona, pełna przemocy i zwrotów akcji opowieść, czyli taka, jaki powinien być teoretycznie finał wielkiej sagi fantasty. Smoki, bitwy, tragedie, zwycięstwa przypłacone poświęceniem pomniejszych bohaterów, wielkie komiksowe łubudu, które ma być większe niż życie. I w ostatecznej formie, ten widowiskowy zmierzch świata fantasy, ta erupcja i szaleństwo jakoś nie do końca klei się  tym, co dostaliśmy wcześniej, czyli mozolnym (choć formalnie się tego nie odczuwa) budowaniem świata, który ma wiele odnóg i o wiele więcej do zaoferowania niż jego przewodnia historia. Dygresje, wstawki, różne fabularne niespodzianki wydają się być spoiwem łączącym świat przedstawiony Donżonu, który i tak przemija obracając w niepamięć i te główne i te poboczne historie. Mają one jednak ten przywilej, że zostają w głowach zdumionych bogactwem świata czytelników, doświadczających potęgi wyobraźni, z której ów świat został zrodzony. Spójrzcie – te kilka tomów stoi teraz na półce i kurzy się w oczekiwaniu na ponowne ożywienie, a szczegóły całej historii powoli blakną w pamięci. Czy przeżyją swojego czytelnika, który nie ma zamiaru ich się pozbywać? Czy później ktoś inny ulegnie ich czarowi?  Wymyślone historie mają tę przewagę, że można do nich wrócić w każdej chwili i nie zacierają się w pamięci jak nasze własne przeżycia. Choć te powroty też już nigdy nie są takie same, jak wrażenia podczas podczas pierwszej lektury. 

Donżon, tom 5

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz: Lewis Trondhein i Joann Sfar. Rysunki: Mazan i inni. Tłumaczenie: Wijciech Birek. Timof COmics 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Batman. Wojna Cieni – rodzinne dramaty [recenzja]

“Batman. Wojna Cieni” to bardziej crossover niż regularny tom serii o superbohaterze z Gotham,  dotyczący …

Leave a Reply