Gorący temat

Donżon. Wydanie zbiorcze 4 – śmiesznie, strasznie, genialnie [recenzja]

“Donżon” to jedna z najbardziej ambitnie pomyślanych serii w całej historii komiksu. Złożonością fabuły, gęstością motywów i znaczeń dorównuje dziełom Alana Moore’a, a w gatunku fantasy nie ma sobie równej. Jej czwarty tom poświęcony w całości monstrom ze świata Donżonu, w pełni potwierdza tę tezę.

Na Święta miałem przygotowane wiele lektur, zarówno książkowych i komiksowych, ale skończyło się na tym, że spędziłem cały ów czas tylko z “Donżonem”. Kilka dni przed Wigilią trafił w moje ręce nowy, czwarty tom serii, ale zanim rozpocząłem jego lekturę postanowiłem zrobić sobie powtórkę z wcześniejszych tomów. Po czterech dniach miałem za sobą lekturę dwudziestu sześciu części komiksu z opublikowanych dotychczas wydań zbiorczych i dopiero wówczas w pełni ujrzałem całe piękno i skomplikowaną strukturę tej niezwykłej, literackiej konstrukcji. 

Kiedy jakiś czas temu czytałem esej z pierwszego tomu, który naprowadzał mnie własnie na tego rodzaju odbiór i wrażenia z “Donżonu”, wtedy jeszcze nie wierzyłem w pełni w te wskazówki. Jednak dość wcześnie, po lekturze innego w klimacie od tomu pierwszego ponurego tomu drugiego, zacząłem w to wierzyć, a może nawet zostałem wyznawcą. Trójka co prawda nie sięgnęła tego poziomu, ale w zamian zaoferowała niebotyczny rozpierdol świata przedstawionego i nieoczekiwaną ewolucję najważniejszych postaci serii, czykli Herberta i Marvina i aż strach było pomyśleć, co nas czeka w czwartym tomie, w całości poświęconym donżonowym monstrom. Właśnie, aż strach…

Jak pamiętamy, świat “Donżonu” pokazany jest w trzech etapach – Świtu, Zenitu i Zmierzchu. Każdy z trzech tomów poświęcony był jednej z tych epok, co dawało również możliwość prześledzenia zmian w świecie Terra Amata oraz u samych bohaterów. Rzecz w tym, że i tak wciąż nie wiemy wszystkiego i między epokami oraz ewolucjami bohaterów istnieje mnóstwo fabularnych luk. I choć ta właśnie kwestia jest w “Donżonie” niezwykle fascynująca, to zwyczajnie, po ludzku chcielibyśmy, żeby autorzy nam te luki powypełniali. I właśnie “Donżon, tom 4: Monstra” w jakimś stopniu to zadanie spełnia. W jakimś, ponieważ jednocześnie tworzy nowe pole do czytelniczych domysłów i przypuszczeń i skrupulatnie korzysta z okazji by jeszcze bardziej rozbudować świat przedstawiony z rozmachem, którego nie powstydziłby się J R.R. Tolkien czy George R.R, Martin. A każda nowa powieść przynosi nową odnogę w tym świecie, nowy kierunek, nową przygodę, a nawet nową interpretację zachowań niektórych bohaterów, tak jak w ostatniej w tomie historii (“Grymuar wynalazcy”) jest to pokazane na przykładzie genialnej i zarazem genialnie smutnej w swej całej niedorzeczności historii profesora Kormora. 

W czwartym tomie “Donżonu” jest siedem opowieści. Nie ma sensu rozpisywać się  po kolei o każdej z nich, bo każda z nich jest prawdziwą niespodzianką, która w jakiś sposób nawiązuje do postaci i wydarzeń już nam znanych (całościowo lub fragmentarycznie) z poprzednich części. Trochę mylący jest za to opis z grafiki podsumowującej serię, w którym mowa, że czwarty tom jest wielką przygodą jednej z pobocznych postaci “Donżonu”.  Bardziej jest to wielka przygoda wielu różnych pobocznych postaci z tego świata. Takich jak Grorgo, czy wspomniany wyżej Kormor, ale również bohaterów dotąd nam nieznanych, jak Topieliczka w “Głębinach”, szalonej opowieści o zamianie ról w podmorskich realiach niczym z królestwa Aquamana w uniwersum DC. 

Szczególne wrażenie robią “Żołnierze honoru”, z rysunkami znanego z tomu drugiego Beziana i takim samym opisowym sposobem narracji niemal bez chmurek dialogowych – znowu, tak jak w “Zgryzocie” dostajemy jedną z najbardziej okrutnych i ponurych opowieści w serii. Zajrzymy również w intrygującą przeszłość księstwa Vaucanson i rodowego grodu Herberta, poznamy perypetie olbrzyma Biscarro zakochanego w Soni, która została królową goblinów (i zarazem dostaniemy zakończenie tego wątku z pierwszego tomu). Spotkamy Czerwonego Marvina, który przeżyje razem z Grogro szaloną przygodę w miasteczku wrednych królików, Zaumatauximie i… och wystarczy. To trzeba po prostu przeczytać i raz po raz zdumiewać się nad kreatywnością Lewisa Trondheima i Joanna Sfara, którzy zbudowali tętniący życiem świat stworzony z ich nieposkromionej wyobraźni. Świat, który potrafi jednocześnie zauroczyć i przytłoczyć mnogością wątków, losami poszczególnych postaci, świat w takim stopniu nieprzewidywalny, jak nasz własny.

Choć utkany według określonych wzorców i założeń, to realizujący je w sposób finezyjny, z postmodernistycznym zacięciem, ze spojrzeniem na gatunek na miarę sagi o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego, a w  dekonstrukcyjnych zabawach idący nawet dalej niż Alan Moore w swych suberbohaterskich dziełach. Pamiętajmy, że Donżona zaczęto tworzyć właśnie w czasach powstawania cyklu  Martina i blisko finału sagi Sapkowskiego i spokojnie może stanąć na równi z tymi dokonaniami w gatunku fantasy które zawładnęły wyobraźnią milionów czytelników. A w pewnych aspektach nawet je przeskakujący. 

Eksploracja możliwości gatunku, badanie jego pojemności znaczeniowej, ciągłe przetwarzanie motywów, to wszystko działa na metaliterackim poziomie, a przy tym mamy bohaterów, którzy nas ciekawią, absorbują, zależy nam na nich, a co do niektórych (Wilhelm de la Kur) otwiera nam się nóż w kieszeni w miarę ich poczynań. No właśnie – czy czwarty “Donżon” nie miał być może wielką przygodą de la  Kura, jednego z najbardziej irytujących swą postawą bohaterów, któremu nie potrzeba czarnej magii, by dostać to co chce? Wystarczy odrobina cwaniactwa oraz podstawy prawa  i ekonomii, by zawojować świat – jak to cholernie prawdziwe… I zostaje jeszcze pytanie, jak się to wszystko skończy, choć na razie wygląda na to, że nic nigdy się nie kończy, z horyzontu znikają jedni bohaterowie, pojawiają się nowi i wciąż pozostają do wypełnienia nowe luki, ale wcale nie możemy być pewni, że autorzy je dla nas wypełnią. O tak, czasem lepiej pozostać w niewiedzy, by samemu stworzyć sobie nieco lepsze wyobrażenie wydarzeń i bohaterów, którzy swoje już zdążyli przeżyć w świecie “Donżona”.

Donżon. Wydnie zbiorcze 4.

Nasza ocena: - 100%

100%

Scenariusz: Joann Sfar i Lewis Trondheim. Rysunki: Mazan, JEan-Christophe Menu i inni. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Timof Comics 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Giacomo C.: Maska w mrocznej paszczy / Upadek anioła – kryminalne przygody niejakiego Casanovy [recenzja]

„Giacomo C.” to francusko – belgijska seria komiksowa, zamykająca się w piętnastu tomach i opierająca …

Leave a Reply