Gorący temat

Donżon,tom 6 – przygodowe komplikacje [recenzja]

Jeszcze kilka lat temu, w zapowiedziach Timof Comics szósty tom “Donżonu” miał być tym ostatnim. Życie i rynek to zweryfikowały – będzie więcej tomów francuskiej serii. A nawet gdyby ów zbór był rzeczywiście tym ostatnim, po lekturze zostawiłby czytelnika z radosnym uśmiechem na twarzy.

Specjalista od mrocznych i poruszających komiksów, czyli Manu Larcenet, narysował najśmieszniejszy i najbardziej wyrównany poziomem opowieści tom francuskiej serii. “Donżon” z podtytułem “Parady” w zamyśle twórców miał pierwotnie funkcjonować jako serial animowany, jednak stało się inaczej i w styczniu 2024 roku możemy cieszyć się pięcioma, krótszymi niż zwykle historiami z szóstego tomu, które bez spiny pokazują jak cudownie fantastyczny świat (w niejednym tego słowa znaczeniu) wymyślili Lewis Trondheim i Joann Sfar. 

Po lekturze poprzednich pięciu odsłon serii wyżej stawiałem te bardziej mroczne tomy, w których bohaterowie przeżywali nie tylko przygody, ale własne życiowe porażki  i wewnętrzną walkę. Tymczasem szósty tom przywraca radośniejszy blask serii i tchnie w fabułę ducha prostej, acz niezwykle pomysłowo zaaranżowanej przygody. I jak się okazuje, daje ona tyle samo czytelniczej satysfakcji, co te poważniejsze w tonie historie. Jakby wszystko wraz z tym szóstym tomem zatoczyło koło i już po przepracowanym przez czytelnika zmierzchu Donżonu, w niniejszej odsłonie ponownie przywróciło światu Terry Amaty blask. 

Cóż, tak musiało być, skoro “Donżon Parady”, według rozpiski umiejscowione jest na linii czasu między pierwszym (“Kacze serce”), a drugim tomem (“Król bijatyk”) serii “Donżon. Zenit”. Czyli w czasach, kiedy Herbert, Marvin i spółka mieli znacznie mniej zmartwień i po prostu byli elementem tytułowego projektu, nad którym nadzór sprawował Strażnik. Projektu, przypomnijmy zakładającego, że Donżon to miejsce, do którego trafiają poszukiwacze skarbów z różnych stron świata, by w zakamarkach budowli przeżywać niesamowite i krwiożercze przygody,. I takie zapewne przeżywają, bo tak naprawdę o tych śmiałkach wiemy niewiele, bo najczęściej ponoszą szybką śmierć w podziemiach Donżonu. A przygody pełne komplikacji co i rusz przytrafiają się Marvinowi i Herbertowi  i w niniejszym tomie także pomniejszym, acz rozpoznawalnym postaciom jak Grorgo i Zongo. Szczególnie ci dwaj ostatni rozbijają bank w szalonej, wieńczącej szósty tom opowieści “Technika Grogro”.

Tychże opowieści, każda po trzydzieści plansz (czyli nietypowo) jest pięć i każda stawia przed bohaterami coraz to nowe wyzwania. W świecie “Donżonu” przygoda (oraz komplikacja) może wziąć się dosłownie z niczego, z małych, niepozornych wydarzeń, jak choćby w pierwszej opowieści (“O jeden Donżon za dużo”) jest taką wizyta w tytułowym kompleksie Morvineta, studenta zarządzania, która w efekcie skutkuje powstaniem konkurencyjnego, również usługowego w swym założeniu kompleksu. Innym razem (“Dzień ropuch”) Donżon może zostać zaatakowany przez chmurę trujących żab, a sama intryga bierze początek w spieniężeniu specyficznej odmiany oświetlenia kompleksu, by w finale przerodzić się w wybuchowo-wampiryczną opowieść. Dosłownie wszystko może się tu zdarzyć, na czele z pojawieniem się odpowiednika lampy Alladyna spełniającej życzenia bez udziału dżinna (“Mędrzec z getta”), co skutkuje wyprawą w poszukiwaniu tytułowego  mędrca i zarazem zawirowaniami w czasoprzestrzeni. Wyobraźnia twórców w wymyślaniu tych szalonych intryg jest niepohamowana i zawsze skutkuje jakimś fabularnym wypaczeniem, stawiającym rzeczywistość bohaterów na głowie. 

Ten tom to po prostu powrót na stare śmieci i jednocześnie rodzaj diagnozy przeprowadzonej na czytelniku przez twórców. Co wolimy – sedno, którym jest Donżon w rozkwicie, czy to co doprowadziło do tego stanu, a potem go zniszczyło. Czy chcemy zanurzyć się głębiej, czy wolimy pluskać się po powierzchni, jak ma to miejsce w niniejszym tomie? Cóż, wcale nie jest to taki prosty wybór. 

Przypomnijmy sobie casus Alana Moore’a. który po tworzeniu mrocznych, dekonstruujących superbohaterskie motywy opowieści zapragnął wrócić do tego co prostsze i zgodne z pierwotnym (rozrywkowo-edukacyjnym) duchem komiksowego medium. No właśnie, “Donżon” uważany za rodzaj sążnistego, obrazkowego eseju na temat źródeł, rozkwitu i zmierzchu heroicznej fantasy nikogo nie przymusza do określonego wyboru, tylko pokazuje ścieżkę rozwoju. Można na nią wejść w dowolnym momencie i kroczyć czując estetyczną satysfakcję, nieważne w którym stadium opowieści jesteśmy. Ot cała tajemnica, byle opowieść, nieważne czy bardziej, czy mniej ambitna potrafiła w nas poruszyć odpowiednie struny. W tomie szóstym radość z powrotu do niesfornych i bardziej beztroskich czasów ogarnia czytelnika z automatu. Nie może być inaczej, skoro tenże ton to skrzyżowanie fabuł ze strukturą rodem z “Asteriksa” (najlepszy przykład to wcześniej już przytoczona, ostatnia opowieść z Grogro w tytule ) i różnorodnością tematyczną z komiksowych opowieści o Kaczorze Donaldzie. Twórcy spięli to idealnie i tym samym udało im się stworzyć komiksowego klasyka. A co najważniejsze, to jeszcze nie koniec pełnych komplikacji przygód w tym świecie. 

 

Donżon, tom 6

Nasza ocena: - 85%

85%

Scenariusz: Lewis Trondheim i Joann Sfar. Rysunki: Manu Larcenet. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Timof Comics 2024

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Mroczny Kryzys na Nieskończonych Ziemiach, tom 2 – punkt krytyczny [recenzja]

Czytelnik komiksów superbohaterskich dociera co jakiś czas do punktu krytycznego i zadaje sobie wtedy pytanie …

Leave a Reply