Gorący temat

Fear Agent, tom 3 – czas nie jest po naszej stronie [recenzja]

Okładka trzeciego tomu “Fear Agent” jest w zasadzie fabularnym spoilerem. Widzimy na niej mocno podstarzałego i podłamanego na duchu Heatha Houstona, który najprawdopodobniej rozpamiętuje swoją przeszłość nad szklanką whisky. Jak w ogóle do tego doszło?

Przed lekturą trzeciego tomu “Fear Agenta”, który doprowadza historię głównego bohatera do finału (choć czeka nas jeszcze czwarty tom serii), koniecznie trzeba jeszcze raz przeczytać poprzednie albumy. Bez tej ponownej lektury, podczas śledzenia najnowszych przygód Heatha Houstona możemy czuć się niczym dziecko we mgle, w takim stopniu scenarzysta Rick Remender gmatwa swoją fabułę. “Fear Agent” to obok “Black Science” tegoż autora chyba jedne z najbardziej zaawansowanych komiksowych zabaw z czasem, które jak się okazuje, w większej dawce potrafią autentycznie zdekoncentrować i nawet zmęczyć czytelnika.

Wspominam “Black Science”, ponieważ to właśnie na przykładzie tej serii, której w Polsce wydano jak dotąd tylko trzy tomy (obecnie oryginalnie jest ich już dziewięć) doświadczyliśmy zamiłowania Remendera do skomplikowanych fabuł science-fiction, w których ciągłe zaskakiwanie czytelnika staje się z czasem ważniejsze od narracyjnej płynności. “Fear Agent”, którego dwa pierwsze tomy odbierało się pozytywnie, w trzecim wskakuje w dziwaczne, scenariuszowe  koleiny, które zamiast wyprostować zmierzającą do finału fabułę, piętrzą tylko przed jej bohaterem kolejne wyzwania. 

Z końcówki poprzedniego tomu pamiętamy ucieczkę Heatha i Nicholasa w głąb czarnej dziury, proces starzenia się bohaterów oraz co istotne, tajemnicze duchy które pojawiają się na ich statku. Scenarzysta zostawia ten wątek samopas, zaskakując fabularnym skrętem w stronę westernowej (choć scenariuszowo uzasadnionej) opowieści, w której Heath naprawdę trafia do westernowego miasteczka i na dodatek musi walczyć z oprychem, którym jest on sam. Nie ma sensu pytać, jak to jest możliwe, ponieważ w “Fear Agent” wszystko jest możliwe, to już wiemy, jednak silniejsza od panowania Remendera nad swą opowieścią jest tu konsternacja czytelnika, który dość długo zachodzi w głowę,  co tu się właściwie dzieje. 

Dzieje się tak, że w trzecim tomie opowieści science-fiction, fabuła Remendera po prostu traci przyczepność. To są coraz bardziej niespodziewane pomysły, które twórca przelewa na papier, a rysownicy tworzą z tego atrakcyjną wizualnie otoczkę. Niestety nie czujemy tutaj świadomego, fabularnego planowania, tylko rodzaj twórczej improwizacji, w myśl której Remender sprawdza, jak daleko można się posunąć w tego typie opowieści. Przez takie eksperymentowanie dramatyczna dotąd historia staje się wypruta z emocji, choć pozornie tych emocji dostajemy wciąż mnóstwo. Potem jeszcze w finale “Ja kontra ja” mamy kolejne zaskoczenie, po którym wydaje się, że fabuła wróci na właściwe tory, ale próżne nadzieje, już nie wraca, a Remender z Heathem Houstonem odlatują gdzieś daleko, by pławić się w radosnym eksperymentach tego pierwszego i we frustracji, ale i nieustępliwości tego drugiego.

Zapewne tym miał być “Fear Agent”, opowieścią o człowieczej nieustępliwości nawet wobec przemijającego czasu, który odwrotnie niż w piosence Rolling Stones nie jest tutaj po naszej stronie. To z pewnością Remenderowi się udało, bo dostaliśmy bohatera, który do samego końca walczy z przeciwnościami losu, z rasą Tetadlian i wreszcie z czasem, a przy tym bohatera, który zbyt szybko zmienił go w podstarzałego, temporalnego zabijakę.  I owszem, na koniec wszystkie fabularne elementy wskakują na swoje miejsce, ale nie zmienia to faktu, że i tak mamy odczucie, iż Rick Remender w swojej pogoni za jakimś scenopisarskim świętym Graalem zwyczajnie się zagalopował i od jakiegoś czasu szedł pod prąd swojej opowieści. W którymś momencie przestaliśmy się bowiem przejmować zarówno rodzinnymi zawirowaniami głównego bohatera, jak i jego dążeniem by naprawić wszystko, co po drodze zepsuł. 

O właśnie, w jakiś pokrętny sposób Remender popsuł tę historię i chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, dociskając gaz do dechy i przekraczając granice wiarygodności. Mimo wszystko to jej skomplikowanie z czasem po lekturze zaczyna znacznie lepiej smakować, kiedy analizujemy w głowie kolejne meandry fabuły. Być może gdyby była bardziej przejrzysta, lepiej by do nas trafiła, ale twórca postawił na coś przeciwnego. I choć sam się w niej nie zagubił, to zagubiło się z pewnością wielu czytelników, którzy do samego końca trzeciego tomu nie mogli znaleźć właściwej drogi powrotnej do opowieści, która w poprzednich dwóch odsłonach zrobiła na nich tak bardzo korzystne wrażenie. 

Fear Agent, tom 3

Nasza ocena: - 60%

60%

Scenariusz: Rick Remender. Rysunki: Tony Moore i Mike Hawthorne

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Lycyfer. Wydanie zbiorcze, tom 2 – epicki rozmach na miarę bohatera [recenzja]

„Lucyfer” to monumentalne dzieło, stanowiące najwybitniejszy przykład twórczości autora scenariusza – Mike’a Careya, nie tylko …

Leave a Reply