Gorący temat

Historia science fiction – radość tworzenia nowych światów [recenzja]

Komiksowa “Historia science fiction” wydana przez Egmont nie poraża objętością, a przy tak obszernym temacie chciałoby się jednak trzymać w dłoniach bardziej konkretną cegłę.  Kolejny raz sprawdza się w tym przypadku powiedzenie, że liczy się wnętrze. A ono, co by nie mówić o objętości komiksu, naprawdę imponuje.

Od jakiegoś czasu wydawnictwo Egmont mocno promuje w mediach społecznościowych tę lutową nowość – widać w tym działaniu pewność, że ma się w rękach naprawdę dobry towar. Okładka stylizowana na słynne dzieło Michała Anioła  pewnością robi dobre wrażenie, nawet jeśli nazwiska twórców, scenarzysty Xaviera Dollo i rysownika Djibril Morissette-Phana nie brzmią znajomo. Kartkując komiks widzimy na kadrach przede wszystkim pokaźną ilość gadających głów, co może nie nastraja czytelnika optymistycznie, ale zróżnicowana, nawet  w przypadku owych głów warstwa graficzna budzi u czytelnika zaufanie. Na rysunkach dzieje się wiele, tak samo jak wiele działo się w całej historii science fiction. O czym obaj twórcy z prawdziwą pasją nam opowiadają.

No właśnie, czy na dwustu czterdziestu stronach licząc razem ze spisem treści i posłowiem Tomasza Kołodziejczaka traktującym w zwięzłej formie o polskim dorobku całego gatunku można – nawet przekrojowo – opowiedzieć całą historię science fiction? Cóż, okazuję się, że można i to nawet z naddatkiem. Dostaniemy tu bowiem całkiem sporą liczbę faktów, z których być może nie zdawaliśmy sobie sprawy, razem z suplementami dotyczącymi fantastyki naukowej we Francji (bo to komiks francuski) i w innych krajach na różnych kontynentach. Bo przecież nie mogło być inaczej – historia science fiction to w głównym stopniu historia jej anglosaskiej odmiany. To  w USA i w Anglii powstały te najważniejsze i najbardziej rozpoznawalne dzieła fantastyki naukowej. I to o tej literaturze (a tak, bo jest to przede wszystkim historia literatury science fiction) traktuje ta komiksowa opowieść.

 Jak  ogóle zacząć, jaki mieć patent na taki projekt? Wiadomo – trzeba lecieć od początku (czyli nawet od antyku), ale zagajenie, struktura, może nawet rodzaj fabuły, skoro ma to być komiksowa historia, to też ważne składniki, które najlepiej gdyby nie nudziły, tylko wciągnęły w lekturę czytelnika. Dlatego sympatyczny motyw z dwójką robotów z przyszłości, które szukają źródeł gatunku, a potem pokazywanie poszczególnych pisarzy i pisarek  jako czynnych bohaterów opowieści dobrze się sprawdza, nawet jeśli ci bohaterowie nie tyle dyskutują, co dokonują swoistych prezentacji. Na tym właśnie polega ów patent – mamy  zarysowaną w  miarę lekką fabułę i rodzaj komiksowego wykładu. Słowo wykład może dla niektórych nie brzmi zachęcająco, ale ważne, że w tej formule jest to podane w naprawdę wciągający sposób.

Na pewno znajdą się tacy odbiorcy, którzy pewne treści i fakty (lub ich brak!) będą mieli autorom za złe, to jest nie do uniknięcia, ale ta komiksowa opowieść bardziej niż do poszukiwań jej niedociągnięć skłania do ogólnej refleksji nad pojemnością i wartością  samą w sobie całego gatunku. I choć czasami mamy wrażenie, że w niektórych momentach to bardziej ogólna historia fantastyki, niż science-fiction, to jednak twórcy są w stanie nas przekonać, choćby porównując dokonania poszczególnych nurtów, że określenie science w nazwie gatunku ma wiele twarzy i nie powinno nam kojarzyć się jedynie z hard sf.

Co ważne- to naprawdę świeża, aktualna pozycja i znajdziemy w niej nie tylko opisy i odwołania do tych najbardziej j znanych klasyków sf, ale także współczesną myśl krytyczną (niektórzy powiedzą wprost, że politycznie poprawną), próbującą bardziej przybliżyć nam nurt sf pisanej przez kobiety z wyjaśnieniem, czemu myśląc o klasykach, myślimy głównie o autorach, a nie autorkach. A im bardziej jesteśmy bliżej współczesności, tym mocniej twórcy akcentują potrzebę dywersyfikacji gatunku pod względem rasy i orientacji płciowej, żeby nie wyszło,  że historia sf to głównie dokonania białych, heteroseksualnych mężczyzn. A jeśli nawet na taką przez większą czasu wygląda (tu Mary Shelley patrzy z niebytu z pobłażaniem), to wyjaśniają z jakich powodów odnosimy takie wrażenie. Choć przypuszczam, że i tak kajanie się w tej komiksowej fabule klasyków złotego okresu sf będzie dla niektórych czytelników nie do przejścia.

No właśnie – w tej opowieści zostaje jeszcze miejsce dla odbiorcy, dla czytelnika. Ta historia o radości tworzenia nowych światów, nawet tych strasznych i przygnębiających jest niezwykle stymulująca. Nagle z rozrzewnieniem patrzymy na półki, na których wciąż czekają na przeczytanie różne powieści (kłania się seria “Wehikuł czasu” z Rebisu) albo takie, do których chętnie byśmy wrócili. Wracają też wspomnienia z tych pierwszych lektur, wracają przed oczy stare okładki książek (w moim przypadku to “Krypta bestii” i “Slan”  A.E. Van Vogta), wraca uczucie ciekawości świata, chęci eksplorowania, próby zrozumienia sensu wszystkiego, jeśli za wszystko uznamy życie, wszechświat i całą resztę. Albo tak jak jest to ujęte na ostatniego kadru komisu, życie wszechświat i …science fiction. Bo przecież sami nie raz pewnie czuliśmy się niczym bohaterowie tego właśnie gatunku i także dlatego z takim zaangażowaniem przebijamy się przez wydany przez Egmont komiks.

 

Historia science fiction

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Xavier Dollo. Rysunki: Djibril Morissette-Phan. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Egmont 2024

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

8 miliardów dżinów – z wielką mocą równa się (zbyt) wielka odpowiedzialność [recenzja przedpremierowa]

Każdy miłośnik komiksowego medium wie, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Ale co …

Leave a Reply