Gorący temat

Jenny Finn – horror w londyńskich dokach [recenzja]

„Jenny Finn” to kolejna opowieść zrodzona z wyobraźni Mike Mignoli, która co prawda nie łączy się z serią o Hellboyu, ale  jest jak najbardziej hellboyowa w klimacie.

Przyzwyczailiśmy się już do opasłych wydań w ramach mignolaverse, tym razem jednak jest inaczej. Jenny Finn ze scenariuszem Mike’a Mignoli i rysunkami Troya Nixeya (również scenarzysty) i Farela Darllymple  to zaledwie cztery zebrane w jeden tom zeszyty. Dopiero co ukazał się drugi tom „Baltimore”, również opowieści spoza świata Hellboya, który zapewnił czytelnikom długą, intensywną lekturę, a  tym razem jest krótko, ale równie intensywnie. Co ciekawe, te emocje łączą się z pewną onirycznością całej historii, którą potęgują bardzo, ale to bardzo klimatyczne rysunki odmienne od grafik Mignoli, ale za to zapewniające odczucie rozchwianej rzeczywistości. Z początku ta wizualna oprawa może wyglądać  nieco karykaturalnie, ale im dalej w las, tym bardziej atmosfera się zagęszcza. To horror bardzo w stylu Mignoli. Taki, w którym to potwory cierpią bardziej.

Niewinne z pozoru dziewczęta to stały element horroru, także w wersji Mignoli, jeśli wspomnimy choćby ważną w uniwersum Hellboya Warwarę. Okładka „Jenny Finn” pokazuje nam tytułową bohaterkę, raczej niezbyt zwracającą uwagę młodą dziewczynę, ale wystarczy spojrzeć na jej  oczy, by od razu wiedzieć, że coś jest nie tak, coś co wywołuje w nas poczucie dyskomfortu. Takie uczucia omijają jednak całkiem sporą grupę postaci, które lgną do Jenny, bo ta zapewnia im dobre samopoczucie. Nawet, jeśli w międzyczasie poszczególni bohaterowie, którzy zetknęli się z dziewczyną zaczynają się w dziwny sposób przeobrażać. Oto Jenny Finn, bohaterka, która przybyła do Londynu w brzuchu morskiego stwora – żeńska odmiana Jonasza, przed którą najwyraźniej stoi zadanie zaprowadzenia nowych porządków na stałym lądzie.

Jednak to nie Jenny, a pracujący w ubojni Joe, mężczyzna o wyglądzie niezbyt rozgarniętego osiłka będzie w tej historii w centrum wydarzeń. Z każdym zeszytem opowieść się rozgałęzia na kolejne wątki, bo mamy tu jeszcze tajemniczego mordercę, który dział niczym Kuba Rozpruwacza, a potem jeszcze równie tajemniczą organizację z niecnymi planami wobec dziewczyny. Joe w tym wszystkim jest niczym liść na wietrze, może nie bezradny, ale bardzo zagubiony. I razem z nim,  z podobnymi uczuciami uczestniczymy w coraz dziwniejszych wydarzeniach.

Jest zatem dziwnie i zarazem brutalnie, ale też w jakiś sposób poetycko. Tak samo jak w „Hellboyu”, Mignola jako współscenarzysta nie obawia się uderzyć we wrażliwe nuty i opowiedzieć nam smutną historię , która robi wrażenie oprawą graficzną. „Jenny Finn” to celny, komiksowy strzał mimo powtarzających się z innych dzieł scenarzysty motywów., wyraźnie widać, że pisany dla przyjemności, bo Mignola jest na takim etapie kariery, że może już robić co mu się żywnie podoba i realizuje kolejne, sprawiające radość czytelnikom projekty. A że są jeszcze macki, o tak, dużo macek, tym bardziej fani autora powinni docenić tę niesamowitą opowieść.

Jenny Finn

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz: Mike Mignola i inni. Rysunki: Troy Nixej i inni. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Egmont 2024

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

8 miliardów dżinów – z wielką mocą równa się (zbyt) wielka odpowiedzialność [recenzja przedpremierowa]

Każdy miłośnik komiksowego medium wie, że z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. Ale co …

Leave a Reply