Gorący temat

Jurassic World: Dominion – czas dinozaurów przeminął [recenzja]

Są takie serie filmowe, które towarzysząc nam od dekad niejako wrosły w popkulturę do tego stopnia, że trudno wyobrazić sobie świat bez wyczekiwania na ich kolejną odsłonę, bądź dyskusji na temat jakości poprzedniej. Ale w niektórych przypadkach, zarówno dla nich samych jak i (a być może przede wszystkim) ich fanów, lepiej byłoby, gdyby po prostu wyginęły.

Początek słynnej dinomanii, sprokurowanej przez połączone siły słynnego „Parku Jurajskiego” pióra Michaela Crichtona i jego znakomitej filmowej adaptacji Stevena Spielberga, to sam początek lat 90’ – ożywione przełomowym CGI dinozaury pojawiają się na ekranach zatem od przeszło trzech dekad. W tym okresie wiodło im się różnie, choć pod względem podboju kinowych sal, trend w którym jakość spadała wraz z kolejnymi kontynuacjami był wyraźny na tyle, by w drugiej dekadzie XXI wieku filmowcy podjęli próbę odrestaurowania marki. „Jurassic World” wykorzystywał pewne motywy z książkowego pierwowzoru, dostosowując przekaz pod nową generację widzów – a wiec odchodząc od technothrillera na rzecz przygody uzupełnionej środowiskowym przekazem, co bodaj jeszcze wyraźniej widoczne było w jego sequelu, „Upadłym królestwie”. Pomijając pojawiające się dość tłumnie narzekania na odtwórczość materiału, obie produkcje zarobiły na siebie wystarczająco dużo, by dla domykającego trylogię filmu z podtytułem „Dominion” finalnie zapaliło się zielone światło. Już tylko na podstawie samego trailera można było spodziewać się zatem, że fabularnie będziemy mieli z przedłużeniem pomysłów zaproponowanych u poprzedników.

Tak też dzieje się w istocie. „Jurassic World: Dominion” Colina Trevorrowa proponunuje nam bowiem wgląd w alternatywną rzeczywistość będącą efektem wydarzeń finału „Upadłego królestwa” – taką w której dinozaury na dobre zadomowiły się w naszym świecie, zakładając gniazda na dachach wieżowców, pojawiając się znienacka w centrach miast, czy stając się przedmiotem nielegalnych transakcji w krajach trzeciego świata. To jednak nie one spędzają sen z powiek cywilizacji homo sapiens – na horyzoncie pojawiło się oto nowe, niespodziewane zagrożenie w postaci niszczącej zapasy upraw szarańczy. Podejrzewając nie do końca naturalną przyczynę takiego stanu rzeczy, zajmująca się paleobotaniką Elllie Sattler zwraca się o pomoc do dawnego przyjaciela i współuczestnika dawnych wydarzeń na Isla Nublar, Alana Granta. Dwójka bohaterów już wkrótce znajdzie się w siedzibie wiodącej na rynku badań genetycznych firmy Biosyn, próbując wraz pracującym dla korporacji Ianem Malcolmem rozwikłać potencjalny spisek. W to wszystko wmieszani zostaną Owen i Claire, którzy mimo wszelkich prób życia z dala od cywilizacji, w końcu przegrywają z polującymi na pierwszego ludzkiego klona, Maisie Lockwood najemnikami. Wszystkie tropy zdają się i w tym wypadku prowadzić do dowodzonej przez Lewisa Dodgsona firmy – a jak powszechnie wiadomo, igranie z naturą częstokroć okazuje się się fatalne w skutkach.

Już na pierwszy rzut okaz widać, że pomimo wynikających z konieczności przechodzenia przez otwarte poprzednimi kontynuacjami furtki, „Jurassic World: Dominion” to w istocie garść doskonale znanych dla fanów serii schematów.  Podejrzane działania wielkiej korporacji, nauka nie licząca się z naturą, czy garstka protagonistów w starciu z przeważającymi siłami niegodziwców – to motywy na których marka wygrywa kolejne akordy od lat, niezmiennie przyciągając do kin całe rzesze odbiorców. Pomysły to niewątpliwie łatwe i skuteczne  – jednak w trakcie seansu trzeciego „Jurassic World” trudno już uciec od pytania, czy owa łatwość nie uśpiła jednak czujności odpowiedzialnych za scenariusz Dereka Connolly’ego i Colina Trevorrowa. O ile bowiem już poprzednie odsłony robiących ludzkości jesień średniowiecza dinozaurów należało w wielu aspektach brać po prostu na wiarę, tak ilość logicznych dziur najnowszej historii zdaje się docierać do wartości granicznych.

Pal licho już jedynie zdawkowo wyjaśnione i całkowicie nierozwinięte konsekwencje pojawienia się liczących sobie miliony lat stworów we współczesności, czy elementy naukowe ograniczające się do zwyczajnie naiwnych frazesów – gorzej, że wypełniona całą garścią gonitw, wybuchów i potyczek treść jest do tego stopnia zaklęta w rozwiązaniach rodem z deus ex machina, a postaci otoczone tak grubą warstwą plot armoru, że całość szybko staje się nie tylko niezwykle przewidywalna, ale przede wszystkim wyprana z jakiegokolwiek poczucia zagrożenia i emocji.  Niewiele czasu potrzeba również, by zorientować się, że kolejne wydarzenia w „Dominion” są rozpisane tak, by pojawiały się z minimalnym zachowaniem związku przyczynowo skutkowego – a gdy tak się dzieje, niemal dwie i pół godziny filmowej taśmy stają się prawdziwą mordęgą, której w żaden sposób nie ratują nawet nachalne dawki nostalgii.

Oczywiście ktoś mógłby w tym miejscu żachnąć się, że w przypadku takiego filmu do kina idzie się przede wszystkim „dla efektów”. I rzeczywiście, pod tym względem „Jurassic World” to nadal splendor komputerowo animowanych potworów, dynamicznych ujęć i akcji rodem z „Mission Impossible”. Film Colina Trevorrowa niewątpliwie posiada niezwykle efektowne opakowanie – a mimo tego trudno jednak o prawdziwe zaangażowanie, jeśli jego kolejne elementy zdają się być wypadkową chłodnej i cokolwiek leniwej kalkulacji, a nie chęci sprzedania widzowi prawdziwie niezapomnianej przygody.

O poczuciu uczestnictwa w wyprawie do zaginionego i przede wszystkim diabelnie wiarygodnego świata jakie dominowało zwłaszcza w pierwszej odsłonie filmu, nie może być zatem mowy. Cóż tu kryć, „Park Jurajski” najzwyczajniej w świecie rozmienił się na drobne – i jeśli ze względu na sentyment nie chcielibyśmy by zakończył swój żywot, najwyższy czas dlań na dłuższy odpoczynek. Przynajmniej do momentu w którym pojawi się ktoś mający pomysł na to, jak dinozaury przywrócić do życia w glorii chwały.

Foto © United International Pictures Sp z o.o.

Jurassic World: Dominion

Nasza ocena: - 40%

40%

Reżyseria: Colin Trevorrow. Obsada: Chris Pratt, Bryce Dallas Howard, Sam Neill, Laura Dern i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Pełzająca śmierć – aligatornado [recenzja]

W przeciwieństwie do rekinów, aligatory nie zajmują tak uprzywilejowanej pozycji pośród etatowych maszynek do zabijania w gatunku animal attack. W ciągu ostatniej dekady, przyzwoitych filmów z ich udziałem dałoby się zapewne naliczyć na połowie palców jednej ręki. Naprzeciw niecierpliwie oczekujących na powrót gadów fanów gatunku, postanowił jednak wyjść Alexandre Aja.

Leave a Reply