Gorący temat

Batman: Knightfall, tom 1: Prolog – kiedyś to było [recenzja]

Z tą serią tysiące polskich fanów komiksu jest sentymentalnie mocno związana. Wszystko za sprawą wydawnictwa TM  Semic, które w latach dziewięćdziesiątych wydawało zeszyty z cyklu “Knightfall”. Natomiast w wydaniu Egmontu poznamy dosłownie wszystkie wątki związane z tytułowym upadkiem Mrocznego Rycerza. 

Obok zeszytowych wydań TM Semic wypuszczało na rynek również wydania zbiorcze. W ten sposób ukazały się komiks “Batman. Venom” i “Batman. Miecz Azraela”, które są bardzo ważną częścią polskiego wydania “Knightfall”. Ten liczący prawie siedemset stron pierwszy tom (z pięciu) to zaledwie prolog do opowieści o starciu Batmana z Bane’em. Jest to jednak prolog wyjątkowy, zbierający wszystkie poboczne historie powiązane z tym projektem i to ważnego powodu – żeby żaden istotny szczegół ani wątek nie umknął czytelnikowi. Bo dopiero wtedy ujrzymy pełny obraz tego nad wyraz ambitnego komiksowego przedsięwzięcia z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Już sam fakt, że ta długa historia zaczyna się od tytułu “Batman.Venom” daje nam pojęcie jak mocno są połączone naczynia tych opowieści, które kiedyś traktowane były raczej jako osobne byty. Jedna z najbardziej ponurych opowieści o Batmanie, który uzależnia się od tytułowego jadu zawiera w sobie kluczowe elementy wykorzystane później podczas tkania opowieści o zamaskowanym przeciwniku Człowieka Nietoperza. Pierwszy to wyspa Santa Prisca, na której Bane wychowywał się w więzieniu, druga to ów tytułowy jad, z którego złoczyńca w przyszłości będzie czerpał swoją moc. 

Być może “Batman. Venom” i następujący po nim mroczny origin Bane’a powstawały niezależnie od siebie i potem odbyło się to tak, że twórcy wykorzystali elementy z pierwszej opowieści, bo pasowały im do własnej. W takim układzie widać, jak ten komiksowy świat wpływa sam na siebie i wprost czeka na utalentowanych twórców, którzy wiedzą jak rozwijać go w pożądanym kierunku. Zresztą te dwie opowieści są tak naprawdę najlepsze z całego tomu i najbardziej zapadające w pamięć. Raz, że rzadko można widzieć Batmana w tak ciężkim stanie, dwa,  że origin Bane’a robi wrażenie do dziś – nie na darmo do wątków z cyklu “Knightfall” powracał w ostatnim swoim filmie o Batmanie Christopher Nolan. 

Co ciekawe, ówcześni twórcy wcale się nie spieszyli, żeby postawić Bane’a na drodze Batmana. To fascynujące fabularne rozwiązanie – Bane najpierw przez długi czas obserwuje Człowieka Nietoperza, stara się go zrozumieć i nie wchodzi z nim w interakcje. Jednak jego cień nad Gotham jest niczym fatum, któremu Batman stopniowo ulega. Mroczny Rycerz jest samotny, coraz bardziej wycieńczony, znerwicowany i ciężko się z nim współpracuje. Jeżeli myśleliśmy, że to Brian Michael Bendis sponiewierał psychicznie w “Daredevilu” swojego bohatera, to od razu widać, że już wcześniej, w serii “Knightfall” twórcy szli właśnie tym tropem. W międzyczasie prezentując nam kolejnego intrygującego bohatera, czyli Azraela.

“Batman. Miecz Azraela”  był jedną z najpopularniejszych historii z czasów TM  Semic, jednak po latach nie broni się tak dobrze jak “Batman. Venom”. Twórcy nie panują tak dobrze nad narracją, a rysunki Joe’go Quesady są kwintesencją połączenia stylu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To komiks oscylujący na granicy pewnych ambicji – żeby to wciąż była rozrywka, najlepiej wybuchowa, ale z drugim dnem. Z dzisiejszej perspektywy całe to rozłożenie akcentów powoduje, że “Miecz Azraela” jednak widocznie się postarzał, co nie zmienia faktu, że tytułowy bohater jest jedną z najciekawszych postaci w obrębie “Knightfallu”. Pojawia się w kolejnych opowieściach, ma konkretne zadania, ale też konkretną przypadłość, która powoduje, że często traci nad sobą kontrolę. A to z pewnością zrodzi problemy. 

Dla osób, które nie czytały wcześniej cyklu niespodzianką może być wątek narzeczeństwa Josepha Gordona z Sarah Essem, który stanowi dość istotną, w pewien sposób również bolesną dla bohaterów część tej historii, w pełni wypływając na wierzch w zeszycie zatytułowanym “Przysięgi”. Na osobną uwagę zasługuje postać Alfreda, który jest niespodziewanie jest elementem komediowym, choć zza pozy stoickiego żartownisia nie raz wypływa poczucie tragizmu postawy Bruce’a Wayne’a w roli Batmana, człowieka z własnej woli skazanego na samotność. Owszem, jest tutaj Tim Drake w roli Robina, ale jakoś tak po łebkach i również częściej jako element komediowy. Natomiast widoczny na okładce Joker pojawia się dopiero w ostatnim zeszycie tomu zbiorczego, co w jakiś sposób jest dla czytelnika ulgą, bo Jokera ostatnio po prostu było w DC Comics za dużo.

Recenzując ten opasły tom podszedłem do lektury “Knightfall” nie obleczony sentymentem dla TM  Semic – w tamtych czasach moja uwaga była skierowana na inne pola kultury popularnej, wracałem do komiksu w początkach XXI wieku i wcześniej nie załapałem się na ów komiksowy fenomen. Oczywiście z czasem zacząłem zbierać semicowe zeszyty i wydania zbiorcze, znacznie większą uwagę poświęcając jednak postaci Lobo niż Batmanowi. Dlatego z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że “Knightfall” robi na czytelniku duże wrażenie, szczególnie w takim wydaniu, które zbiera do kupy wszystkie istotne dla fabuły wątki. 

Mankamenty owszem są, bo z biegiem lektury pstrokate kolory i charakterystyczny styl graficzny z tamtych lat zaczynają męczyć, niektóre zeszyty (na przykład ten z Metalheadem) nie przekonują lub są tradycyjnymi wypełniaczami, ale w zamian ta historia fascynuje całością wizji, z Batmanem zbierającym cięgi fizyczne i psychiczne, jeszcze nie tak wielkim, globalnym technomaniakiem oraz ojcem batmanowej rodziny, jak to jest obecnie. To dowód na to, że te opowieści jednak ewoluują, zmieniają się, szukają nowych ścieżek, mimo że od lat opowiadają o tym samym, czyli walce Batmana o bezpieczne Gotham. Nie dziwią opinie dawnych fanów tego cyklu, że “Knightfall” to sztos, że kiedyś to było i że jest to jedna z najlepszych rzeczy o Człowieku Nietoperzu. Lektura pierwszego tomu całkowicie to potwierdza. 

Batman. Knightfall, tom 1: Prolog

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Denis O'Neil i inni. Rysunki: Tom Grindberg i inni. Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Powrót pszczołojada – piękno historii ukryte w jej prostocie [recenzja]

„Powrót pszczołojada” to debiut komiksowy niezwykle utalentowanej holenderskiej twórczyni Aimee de Jongh, którą polski czytelnik …

Leave a Reply