Gorący temat

Wiking – ryk z głębi trzewi [recenzja]

W trakcie kolejnych sezonów Netfliksowych „Wikingów” z wojowniczymi Skandynawami styczności mieliśmy na tyle dużo, że pod pewnym względem można wręcz stwierdzić, że udało nam się ich udomowić. Bezpiecznie przewidywalne kolejne rozdziały historii bohaterskich wojaków o złotych sercach to jednak ostatnie co przychodzi do głowy, gdy na scenę wraz ze swym najnowszym filmem wkracza Robert Eggers.

Znany ze znakomitych, bo dalece nieoczywistych przedstawicieli kina grozy, jak „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” i „The Lighthouse” Amerykanin w „Wikingu” sięga bowiem do pierwotnych korzeni tak dalece jak tylko główny nurt może mu pozwolić i zapewnia odbiorcom prawdziwie katartyczne przeżycie.

Podstawą fabuły „Wikinga” jest rzecz doskonale popkulturze znana i wielokrotnie przez nią przefiltrowana – mowa tu bowiem o stanowiącej inspirację dla szekspirowskiego Hamleta opowieści spisanej przez średniowiecznego kronikarza, Saxo Gramatyka, traktującej o zemście Amletha na zabójcy swego ojca. Mimo tego jednak, że Eggers zdecydował się tu na romans z pierwotną wersją historii, jej przebieg dla większości odbiorców będzie doskonale znany – oto bowiem młody książę na własne oczy widzi, jak jego wuj zdradza i zabija króla, a następnie w ciągu kolejnych lat skrywa w sobie palący żar zemsty – by w końcu przystąpić do jej realizacji. Trudno powiedzieć zatem, by „Wiking” mógł kogokolwiek wprawić w osłupienie fabularnymi twistami, bo te nawet jeśli występują zostaną rozszyfrowane z kilku kilometrów. I choć scenariusza filmu Eggersa nie da się żadną miarą nazwać rzeczą słabą, w tym przypadku jednak zdecydowanie bardziej liczy się nie tyle „co”, a „jak”.

Jak przekonujemy się już w pierwszych sekundach seansu, „Wiking” to bowiem nieustająca uczta dla uszu i oczu, w której dudniący nieustannie dźwiękowy podkład dla kolejnych scen ma za zadanie wywoływać gęsią skórkę. Bezbłędna scenografia i kostiumy, czy wszędobylskie błoto i pot obecne w niemal każdym kadrze nieubłaganie wciągają nas w świat nordyckich mitów i legend tym bardziej, że kontrowane są sekwencjami wyjętymi żywcem z nocnych koszmarów, siłą wdzierających się w życia bohaterów. Wszystko to, jest z sobą spasowane niczym w dobrze naoliwionej maszynie i funkcjonuje bezbłędnie, pozostawiając po sobie nieodparte wrażenie obcowania z prawdziwie epicką przygodą – nawet jeżeli co do istoty mamy tu do czynienia ze stosunkowo kameralną opowieścią o zemście, w której próżno szukać maszerujących naprzeciw siebie wielotysięcznych armii.

Dokładnie w tym miejscu objawia się właśnie talent Eggersa, jako tej persony, której najważniejszym zadaniem jest nie tylko nakreślenie ale i sprzedanie widzowi określonej wizji – jego film potrafi bowiem pogodzić ze sobą dramatyzm rodem z desek teatru ze zwierzęcą furią i nieprzerwanym, pełnym wściekłości krzykiem. Nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu również o znakomitej – zwłaszcza w wykonaniu dzielących i rządzących na ekranie Alexandra Skarsgårda i Claesa Banga pracy zaangażowanych aktorów. Ten pierwszy ponad wszelką wątpliwość udowadnia, że do roli prawdziwej maszyny do zabijania nadaje się jak nikt inny, ten drugi z kolei jest jego idealną przeciwwagą i złoczyńcą o wcale nie tak jednoznacznych motywacjach.

W snuciu swej doskonale znanej wszystkim opowieści „Wiking” stawia zatem przede wszystkim na dopracowaną do perfekcji formę – i nawet jeśli scenariusz miewa momenty w których akcja zdaje się nieco zbyt wyraźnie wyhamowywać, a o jakichkolwiek niespodziankach właściwie nie ma tu mowy, wychodzi na tym zwycięsko. To jeden z tych filmów, których doświadczenie w odpowiednio wyposażonej kinowej sali pompuje do krwi nieprzebrane ilości adrenaliny i jeżeli wyczekiwaliście tego momentu, w którym wydanie pieniędzy na bilet będzie w pełni uzasadnione – właśnie macie go przed oczyma.

Foto © United International Pictures Sp z o.o.

Wiking

Nasza ocena: - 90%

90%

Reżyseria: Robert Eggers. Obsada: Alexander Skarsgård, Claes Bang, Nicole Kidman, Willem Daofe i inni. USA, 2022.

User Rating: 4 ( 1 votes)

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Podpalaczka – zamiast ognia ledwie iskry [recenzja]

Najnowsza adaptacja prozy króla literackiego horroru równo z premierą w rodzimych kinach, trafiła również na …

Leave a Reply