Gorący temat

Księgi magii – inicjacyjna podróż na obrzeżach uniwersum Sandmana [recenzja]

Nie ma co ukrywać, Neil Gaiman od lat ma u mnie wielki kredyt zaufania. I choć uczciwie przyznaję, że miewa on momenty lepsze i gorsze w swojej karierze, to jednak zwyczajowo poprzeczka zawieszona jest wysoko. W „Księgach magii”, rozgrywających się na obrzeżach uniwersum „Sandmana” po raz kolejny udowadnia, że jest przede wszystkim pierwszorzędnym gawędziarzem. A czasem nawet stworzycielem światów.

Timothy Hunter pozornie niczym się nie wyróżnia. Ot, typowy dzieciak, zafascynowany telewizją i skateboardingiem. Jednak w oczach tych, którzy zajrzeli poza osnowę naszego świata Tim nie jest tak zwyczajny, jak mogłoby się postronnemu obserwatorowi wydawać.

John Constantine, Przybysz, Doktor Occult i Mister E widzą w nim potencjał magiczny, który ma szansę zachwiać podstawami widzialnego jak i innych światów. A to, po której stronie opowie się chłopak, zależeć może los wielu, w niezliczonych światach. Więc niezwykła, tajemnicza czwórka zabiera młodzieńca w podróż. Podróż śladami prawdziwej magii, której – zdawałoby się – nie ma. Ale tylko wtedy, gdy nie wie się, gdzie patrzeć. Oni wiedzą.

Siłą tego komiksu jest subtelność niedopowiedzeń. Wiele dzieje się tu między słowami, poza kadrem. Tam, gdzie nie sięga nasz wzrok, w miejscach, których się domyślamy, jakie sobie wyobrażamy. Gaiman dawkuje nam okruchy, które, jeśli zbierzemy ich wystarczająco wiele, pozwolą nam dostrzec większy, szerszy, bardziej kompletny obraz całości. Nie brak w komiksie przewrotności. Niezwykli przewodnicy Timothy’ego zdają się robić wszystko, by zniechęcić go do magii, pokazać mu jej mroczne, surowe, nieprzyjazne strony. A wyprawy w przeszłość i w przyszłość, aż do kresu czasu to w dużej mierze oniryczne sceny, które czasem mogą przytłaczać swoją hermetyczną symboliką. I choć początek zaczyna się dość kameralnie, to im głębiej wchodzimy w opowieść, tym robi się oniryczniej.

Niewątpliwą zaletą komiksu jest nagromadzenie symboliki i liczne odniesienia kulturowe, które Gaiman nie pierwszy raz znakomicie wplata w swoje historie. Pewną wadą jednak jest wspomniana, przebijająca się miejscami na pierwszy plan hermetyczność komiksu. W zupełnym oderwaniu od reszty gaimanowskiej twórczości – z akcentem na kultowego „Sandmana” – album może okazać się zbyt oniryczny, zbyt zawikłany i nazbyt symboliczny dla przygodnego czytelnika.

Graficznie nie jest równo. Zdecydowanie na największe brawa zasługuje cudownie dopasowany do tempa i ciężaru opowieści John Bolton, odpowiedzialny za pierwszy zeszyt, wprowadzający do opowieści „Niewidzialny labirynt”. Także dobrze poradził sobie Paul Johnson, w chyba najtrudniejszym do zilustrowania, na wskroś onirycznym rozdziale wieńczącym całość – „Droga donikąd”. Jego mocno kojarząca się z pracami Dave’a McKeana kreska dobrze oddaje niesamowitą atmosferę podróży na kraniec Czasu.

Charles Vess w „Krainie Letniego Zmierzchu” serwuje stylistykę na wskroś baśniowa i choć mam wrażenie pewnego przesłodzenia i tandetności, to jednak nadal wypada to przynajmniej przyzwoicie. Zawodzi natomiast Scott Hampton w „Świecie cieni”, mocno akwarelową, rozmytą stylistyką, która zbyt pobłażliwie podchodzi do szczegółów i nie robi wystarczająco mocnego wrażenia.

„Księgi magii” to opowieść po części baśniowo poetycka, po części mroczna, po części onirycznie surrealistyczna. Opowiada – jak wskazuje sam tytuł – o magii i o tym, czy naprawdę warto jej pragnąć, chcieć po nią sięgnąć, bez względu na cenę. Podróż Tima jest niezwykła w samym swoim rdzeniu, bowiem obnaża przed nim – a pośrednio przed nami, czytelnikami, którzy mu towarzyszymy – tajemnice spoza postrzegania naszego racjonalnego świata. Obiecuje coś więcej niż nudną, znajomą rzeczywistość. A my, na każdym kroku, wraz z głównym bohaterem zadajemy sobie pytanie: co byśmy wybrali, będąc na jego miejscu?
Odpowiedź nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Księgi magii

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz Neil Gaiman. Rysunki: Scott Hampton, Charles Vess, John Bolton, Paul Johnson. Tłumacz: Paulina Braiter. Wydawnictwo Egmont 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Lycyfer. Wydanie zbiorcze, tom 2 – epicki rozmach na miarę bohatera [recenzja]

„Lucyfer” to monumentalne dzieło, stanowiące najwybitniejszy przykład twórczości autora scenariusza – Mike’a Careya, nie tylko …

Leave a Reply