Gorący temat

Księgi magii, tom 2: Drugie quarto – magiczne zamieszanie [recenzja]

Po roku oczekiwania dostaliśmy drugi tom serii o młodocianym magu, Timothym Hunterze. “Księgi Magii” ponownie okazują się najprzystępniejszą lekturą ze wszystkich tytułów należących do projektu “Sandman Uniwersum”.

Na tyle dużo wydarzyło się w pierwszym tomie przygód Timothy Huntera, że warto sobie go odświeżyć przed lekturą najnowszej odsłony. Fakt, że ponowne przeczytanie jedynki zajmuje nam naprawdę niewiele czasu jest zasługą potoczystej narracji, dzięki której wprost mkniemy i podobnie jest w przypadku “Drugiego quarto. Zaraz na początku ruszamy razem z Timothym i panią Rose w poszukiwanie zaginionej Ellie. Para bohaterów trafia w wyniku tej wędrówki do Magicznego Królestwa, którym włada znana już młodemu magowi Tytania i jak możemy się domyślać, sprawy od razu się komplikują, a cel wyprawy staje pod znakiem zapytania. 

Tak naprawdę, najciekawszym rozdziałem drugiego tomu jest samodzielny wątek Ellie magicznie uwięzionej pośród stronic również magicznej księgi przez złego bibliotekarza. Niecodziennaa, surrealistyczna sceneria plus dwaj nowi bohaterowie – jeden budzący u czytelnika dreszcze niepokoju, a drugi ogrom współczucia. Wspólnie budują silne, emocjonalne zaangażowanie czytelnika  i wszystko byłoby jak trzeba, gdyby nie ekspresowe tempo na drodze do rozwiązania problemu przyjaciółki Timothy’ego. Podczas lektury zeszytu “Czas na opowieść” nomen omen nie mamy zbytnio czasu, aby podelektować się tą pomysłową, magiczną  pułapką i wszystkimi jej inklinacjami, bo twórcy pędem wracają do głównego wątku, by sprawdzić, co tam słychać u głównego bohatera. Szkoda. 

A u Timothyego, im dalej w las, tym robi się coraz większe zamieszanie, mimo że powrót pewnej osoby powinien znamionować powrót starego porządku w życiu młodego maga i jego ojca. Nic z tych rzeczy, Hunter został niegdyś powołany do życia przez Neila Gaimana głównie po to, by nieustannie komplikować mu życie. A fakt, że ma być ponoć największym magiem swoich czasów tylko dolewa oliwy do ognia i powoduje, że chłopak staje się obiektem zainteresowania wielu różnych sił. Ważniejsze jest jednak to, co dzieje się w nim samym, ta szalejąca burza hormonów i emocji zmuszająca go do podejmowania pochopnych decyzji, które najprawdopodobniej zaważą na jego przyszłości. Razem z Timothym czujemy ciężar magii i jego niewesołą sytuacje rodzinną, choć pod koniec twórcy dają mu chwilę wytchnienia, dodając nieco optymizmu do jego relacji z ojcem. 

Towarzysząca chłopcu i obserwująca z coraz większym niepokojem jego poczynania, nadal enigmatyczna pani Rose sama wydaje się nie kontrolować następujących po sobie wydarzeń, choć usilnie stara się sprawiać wrażenie, że ma wszystko pod kontrolą. No cóż, przy tym niestabilnym chłopcu tak się nie da i również dlatego czytelnik nie może narzekać na nudę. Jest ciekawie, wizualnie atrakcyjnie choć narracyjnie zbyt szybko, ale taki chyba urok tej serii, o takim a nie innym bohaterze. Jeśli podczas lektury zaakceptujemy ten pędzący rytm opowieści i dużą liczbę zwrotów akcji, powinniśmy być z niej zadowoleni, nawet jeśli nie jest to dzieło, które na długo zostaje w pamięci. To po prostu solidne, wciągające czytadło, które może spodobać się i starszym, i młodszym czytelnikom. Choć być może bardziej właśnie tym młodszym. 

Księgi Magii, tom 2: Drugie quarto

Nasza ocena: - 65%

65%

Scenariusz: Kat Howard. Rysunki: Tom Fowler i inni. Tłumaczenie: Paulina Braiter. Egmont 2021

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Kobiety dzikiego zachodu – trudy życia w pionierskich czasach [recenzja]

“Kobiety dzikiego zachodu” to już trzeci album z westernowej serii włoskiego mistrza komiksu realistycznego, Paolo …

Leave a Reply