Kulawy szermierz – solidna dawka fantasy w stylu Joego Abercrombie [recenzja]

„Kulawy szermierz” Tomasza Matery zaskoczył mnie wprawnością literackiego warsztatu. Spodziewając się kolejnej, miałkiej opowiastki fantasy, wałkującej ponownie te same schematy, otrzymałem pełnokrwistą, interesującą opowieść, w której znalazłem wszystko, co w fantasy potrzebne. I choć pojawiają się fragmenty nieco słabsze, to całość zdecydowanie wychodzi na plus, serwując opowieść godną Joego Abercrombie.

To wstępne porównanie nie jest przypadkowe. Ostatnio tyle frajdy z czytania fantasy miałem właśnie przy lekturze trylogii Abercrombiego – „Morze Drzazg” i to wspomnienie tamtej trylogii uparcie towarzyszyło mi przy lekturze „Kulawego szermierza”. Nie, żebym narzekał.

Powieść Matery ma dość prostą konstrukcję i w zasadzie autor nie odkrywa niczego nowego. Siła tej prozy tkwi w dobrze nakreślonych bohaterach, uwikłanych we własne żądze i pragnienia, balansujących na granicy dobra i zła. Kierujących się moralnością, ale często specyficznie rozumianą, gdzie niejednokrotnie ich własne Ja bierze górę. Postaci popełniają błędy, są czasem zbyt pyszni i dumni, czasem nazbyt naiwni – a wiadomo, że takie cechy muszą pchać w kłopoty.

Styczność z „Morzem Drzazg” widzę nie tylko w ogólnym klimacie, bowiem proza Matery jest odpowiednio krwawa (z domieszką erotyzmu – bez przesady, ale tam, gdzie potrzebne to dla fabuły), ale też w kreacji głównego bohatera. W „Kulawym szermierzu” także mamy kalekę w roli głównej, i choć w przypadku Uthera jest to przypadłość nabyta w walce, a u Abercrombiego Yarvi był nie w pełni sprawny już od urodzenia, to jednak obydwaj wykorzystują swoją słabość przeciwko przeciwnikom, u których widoczne kalectwo bohaterów zwyczajowo osłabia czujność.

Mimo, że „Morze drzazg” zaliczane jest raczej do młodzieżowej fantasy, a Matera zdecydowanie pisze dla dorosłego odbiorcy, to jednak warsztatowo stoją na podobnym poziomie.

„Kulawy szermierz” okazuje się solidną dawką wojen, intryg, pojedynków. Znajdziemy tu masę przygód, które z początku sprawiają wrażenie luźnych opowiadań, sklejonych w powieść. Na szczęście, im dalej, tym lepiej. Historia nabiera rumieńców, wątki poszczególnych postaci zaczynają się solidnie ze sobą splatać i ukierunkowywać do zaiste zaskakującego finału, który potrafi zaskoczyć swoją przewrotnością. Mam nadzieję, że autor ( i wydawca) planują kontynuację, bowiem choć z grubsza „Kulawy szermierz” zamyka swoją główną oś opowieści w przyzwoity sposób, bez chwytającego za gardło cliffnahgera, to jednak prawdziwa wojna dopiero się zaczyna, a pewne aspekty historii są wyraźnie niedopowiedziane i kolejny tom mógłby rozwikłać pozostałe zagadki.

Stylistycznie autor nie sili się na zbytnią kwiecistość, ale chwała mu za to, bo zazwyczaj takie próby dobrze się nie kończą. Tu mamy prosty, oszczędny w słowach styl, który akurat udatnie pasuje do samej opowieści i do powierzchowności Uthera Mac Flanna. Jest tu odrobina humoru, w formie dość kwaśnej ironii, jest ciut erotyki i jest zasadna dla kreowanej postaci brutalność.

Mimo, że pewne fragmenty są nieco słabsze – część w podmorskich jaskiniach, mocno kojarząca mi się z Lovecraftem – zdają się dołożone nieco na siłę – to jednak, całościowo, powieść naprawdę przyjemnie się czyta. Nie dostrzegam luk fabularnych, a całość motywacji bohaterów cechuje przyzwoita konsekwencja.

Świat wykreowany jest zgrabnie, może nieprzesadnie oryginalnie, jednak na tyle przyzwoicie, byśmy zdołali w niego zawierzyć, przynajmniej na czas lektury. Mamy tu odpowiedni podział władzy pomiędzy polityków i Zakon. Jest zgrabna kreacja samej Kohorty, jako armii najemnej, która z gruntu nie przynależy do żadnej ze stron, i wierna jest jedynie sowicie opłaconemu kontraktowi. To ciekawostka, która dobrze uzupełnia przyjętą konwencję.

Słowem, Matera operuje klasycznymi schematami, ale nie kopiuje ich bezmyślnie, a przetwarza umiejętnie na potrzeby własnej opowieści, tak, by zaoferować czytelnikowi solidną porcję rozrywki. I o to właśnie w „Kulawym szermierzu” chodzi. I tego zdecydowanie też nie brakuje.

Kulawy szermierz

Nasza ocena: - 75%

75%

Tomasz Matera. Wydawnictwo Initium 2020

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Prosta sprawa – Jack Reacher na polskiej prowincji [recenzja]

„Prosta sprawa” Wojciecha Chmielarza to powieść sensacyjna, która podąża utartymi ścieżkami, znanymi choćby z bestsellerów …

Leave a Reply