Gorący temat

Las ożywionego mitu – podróż w ślad za campbellowskim monomitem [recenzja]

„Las ożywionego mitu” Roberta Holdstocka, otwierający cykl pod tym samym tytułem to powieść niezwykła. I otwarcie jednej z najciekawszych serii w literaturze fantasy. Zbliżając się najbardziej do struktury mitów i mitotwórstwa, buduje niezwykłą wizję świata, gdzie zaciera się granica rzeczywistości, czas przestaje mieć znaczenie, a stworzenia z dawnych opowieści ożywają na naszych oczach.

Tuż za Oak Lodge, rodową posiadłością rodziny Huxleyów rozciąga się tajemniczy las Ryhope. Zgłębianiu jego tajemnic oddał się senior rodu, George, co w efekcie doprowadziło go do obłędu. Jego fascynacje ponurą knieją zdaje się podzielać starszy z braci – Christian. Młodszy, Steven, powróciwszy z wojny do rodzinnego domu zastaje niszczejącą ruderę, popadającą w zapomnienie i na wpół porzuconą, gdyż Christian coraz dłuższe okresy spędza na wędrówkach po Ryhope.

Jakie sekrety kryje dziki, pradawny las? Jakich z taką zaciekłością strzeże, jednocześnie uwodząc kolejne pokolenia rodu Huxleyów, którego członkowie z zaskakującą powtarzalnością odpowiadają ochoczo na zew mrocznej puszczy?

Holdstock w swojej powieści sięga po campbellowską koncepcję monomitu i rozwija ją w wizję miejsca niemożliwego, gdzie siła umysłu ludzkiego jest zdolna kreować archetypiczne twory, bazujące na całym, bogatym legendarzu brytyjskim. I – co ważne – nie zawęża się tylko do legend arturiańskich, czy mitów o celtyckich korzeniach, ale sięga o wiele głębiej, do pramitów, do czasów prehistorycznych. I z jednej strony snuje fascynującą opowieść w konwencji ścieżki inicjacyjnej bohatera, a z drugiej wskazuje na strukturę samego mitotwórstwa, jaka buduje, przekształcając wcześniejsze wyobrażenia i wierzenia, dając im nową, odmienną, przekształconą formę, jednak zawsze zawierającą w sobie rdzeń oryginalnego tworu.

To fascynujące podejście – ta antropologiczna zapamiętałość w kreacji, to konstruowanie świata przedstawionego na podwalinie ściśle ustalonych zasad, z wynikającymi z tego ograniczeniami, ale też z zadziwiającym rozmachem. Możliwym nawet pomimo żelaznej dyscypliny, jaką w kształtowaniu lasy Ryhope wykazuje jego twórca.

Owszem, ma tu niebagatelne znaczenie – w zakresie odczytu powieści – znajomość nie tylko mitotwórstwa i antropologii, ale też legendarza Wysp Brytyjskich, które są najsilniej obecne w „Lesie ożywionego mitu” – choćby z tej prostej przyczyny, że i bohaterowie powieści wywodzą się z tego kręgu kulturowego. Bez niej odczyt jest możliwy, owszem ale będzie on o wiele uboższy, ledwie podstawowy, opiewający na interesującą powieść przygodową, powieść w gatunku fantasy. Jednak zgłębienie tematu choćby poprzez pryzmat wspominanej tezy monomitu, czy z podbudową znajomości mitologii Wysp Brytyjskich uczyni lekturę ciekawszą, bardziej pouczającą, ale i – w samym swoim trzonie – mocniej zachwycającą w fabularnej koncepcji. Bowiem ukaże się nam pełnia konstrukcji, o jaką pokusił się Holdstock i jej bliskość do samej istoty powstawania oraz późniejszego przekształcania się mitu jako takiego. Bowiem zdarzenia w powieści nie tylko odkrywają, nie tylko odtwarzają znane minionym pokoleniom przypowieści, ale też – na pewnym etapie – zdają się je budować, tworzyć od podstaw, skonotowane z losami powieściowych bohaterów, którzy niejako zdają się zakorzeniać w mitach, wrastać w nie, a tym samym – mimowolnie – przyczyniać się do ich kreacji i w następstwie także rozwoju.

Podstawowym przekazem opowiadanej przez Holdstocka historii jest z jednej strony nieuchronna ewolucja mitu, od rdzenia, od oryginalnego trzonu przekształcana, modelowana prze kolejne pokolenia. Dopasowywana do zmiennych czasów, obrastająca w kolejne metafory, w nowe znaczenia i próby opowiedzenia złożoności otaczającego świata przez język symboli, bardziej zrozumiały w danej epoce.

Autor rozumie dobrze campbellowski monomit – o którym wspomniałem na początku – i stara się na jego podbudowie konstruować całość opowieści. Mamy więc poszczególne jego etapy realizowane przez głównego bohatera, wzbogacone oczywiście o szerszy kontekst, o wspaniale zaimplementowaną tajemnicę, o poszukiwanie (znów kłania się nam Campbell) tej nienazwanej, pierwotnej siły, z której wszystko się wywodzi i do której w efekcie wszystko wróci.

Tak postrzegany rozwój mitu jest ujęciem procesu, w którym poszczególne – także w powieści – mitotowory – nie są integralnymi zjawiskami, funkcjonującymi od siebie niezależnie, co najwyżej w ograniczonej relacji zależności wynikającej z koegzystencji na obszarze tytułowego lasu. Są raczej częścią procesu, który w przestrzeni Ryhope ulega koincydencji w wyniku zaburzeń czasoprzestrzeni. I choć same mitotwory pochodzą z różnych okresów, to w Ryhope mieszają się, koegzystują w jednej czasoprzestrzeni niejako za sprawą sił obowiązujących w tym niezwykłym miejscu.

Las ożywionego mitu” to lektura z jednej strony fascynująca, z drugiej – pouczająca. Pokazuje w pewnym stopniu nasz, cywilizacyjny rozwój i naszą zależność od mitów, które – czy tego chcemy, czy nie – są częścią naszej tożsamości kulturowej, choćby jako nie ważne, jak odległe, echa. Ale są obecne, mają wpływ na nas, na nasze postrzeganie rzeczywistości, na kształtowanie się naszej psychiki, dostępnych nam narzędzi i mechanizmów analizy otaczającego świata. Wszystko z czegoś wynika, powstaje z tego, co je poprzedza, co staje się przyczółkiem, podwaliną. Podróż Stevena za utraconą miłością, za pragnieniem odnalezienia ukochanej, to tak naprawdę, w dużej mierze alegoryczna, choć zarazem brutalnie dosłowna, jego podróż w głąb siebie. Do istoty własnego pochodzenia. I już nie rzecz nawet w korelacji Urscumuga i ojca, już nawet nie rzecz w destrukcyjnej postawie i zachowaniach brata. Steven cofa się, w trakcie podróży przez las Ryhope w głąb siebie samego, by dostrzec, poznać, zrozumieć to, co jest jego własną istotą. „Las ożywionego mitu” to niejako jungowska podróż do zrozumienia tego, co czyni nas takimi, jacy jesteśmy, odziera nas z kulturowych naleciałości, z bagażu doświadczeń i życiowych obwarowań, jakimi nasiąkamy poprzez funkcjonowanie w danym społeczeństwie, w danej kulturze. A pozostanie z nas tylko surowe, pierwotne „ja”. To, kim jesteśmy naprawdę. Jacy naprawdę jesteśmy. A to może być niezwykle oczyszczające – jeśli nauczymy się z tego czerpać. Jeśli będziemy mieć na to odwagę. Bohaterowie powieści – kolejno – ja mają, co nie zawsze owocuje dla nich korzystnie. Ale – niezmiennie – próbują.

„Las ożywionego mitu” to z pewnością jedno z najważniejszych wznowień tego (i nie tylko tego) roku. Powieść – legenda, mocno niedoceniona, trochę zapomniana, dostaje drugą szansę, by zaistnieć na literackim rynku. A może to nowe pokolenie czytelnicze, miłośników fantasy, zyskuje szansę na zapoznanie się z arcydziełem? To surowa powieść, trudna w odbiorze, stawiająca przed czytelnikiem liczne wyzwania. A zarazem – jak mało która – warta przeczytania. Jeśli zamierzacie w tym roku przeczytać choćby jeden tylko tytuł fantastyczny, to niech to będzie ten. Zasługuje na to.

Las ożywionego mitu

Nasza ocena: - 100%

100%

Robert Holdstock. Tłumaczenie: Michał Jakuszewski. Wydawnictwo Fantastyczne Terminus 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Otchłań – wszechświat obok nas [recenzja]

Choć zajmują ponad 70% powierzchni naszej planety, morza i oceany pozostają dla nas miejscami bardziej …

Leave a Reply