Gorący temat

Lucyfer. Wydanie zbiorcze, tom 1 – epickie rozwinięcie pomysłu Gaimana [recenzja]

Tom pierwszy zbiorczego wydania „Lucyfera” to rzecz zdecydowanie z górnej komiksowej półki. Wyrosła na gruncie gaimanowskiego „Sandmana”, seria długo czekała na samodzielny debiut i na twórcę, który byłby gotów podjąć się jej tworzenia. W rękach Mike’a Careya Gwiazda Zaranna zyskał o wiele szerszą perspektywę i momentami nie tylko dorównuje dziełu, z którego się wywodzi, ale też miejscami wręcz je przerasta.

Lucyfera nie byłoby w takiej popkulturowej, komiksowej odsłonie, gdyby nie Neil Gaiman, który wprowadził go jako poboczną postać do swojego opus magnum – „Sandmana”. Jednak nie zmienia to faktu, iż w pełni unieśmiertelnił go i pozwolił rozwinąć skrzydła (dosłownie i w przenośni) właśnie Mike Carey, z jednej strony uczący się i mocno wzorujący na swoim mistrzu, a z drugiej starający się prowadzić opowieść w formie mocno niezależnej, bez poddawania się presji genialnego pierwowzoru. Jego Lucyfer nabiera rumieńców, zyskuje bardziej nietuzinkową osobowość i szeroki kontekst eschatologiczny dla własnej kreacji. I wychodzi z cienia „Sandmana” bez kompleksów kontynuacji.

To już nie tyle Władca Piekieł, ale samotnik, wciąż przetrawiający żal do Stwórcy za los, jaki mu zgotowano. To jednostka, która skupia się przede wszystkim na egocentrycznym postrzeganiu własnego JA, w dodatku w sposób dość przewrotny. On bowiem nie oczekuje uwielbienia, hołubienia go, niczym bóstwa. Chce być wolny, w sposób absolutny i niczym nieograniczony. Ani przez dogmaty wiary, ani przez hierarchiczną strukturę Niebiańskich zastępów, ani też przez obowiązki wynikające z posiadania czy to podwładnych, czy wyznawców. I choć pozostaje cynicznym manipulatorem, kłamcą, grającym jedynie do własnej bramki, zdolnym do poświęcenia każdego ze swojej świty, czy też z tych, którymi posługuje się, niczym bezwolnymi narzędziami, byle tylko osiągnąć zamierzone cele. A te nie są z gruntu oczywiste, bowiem rozgrywki Lucyfera, prowadzone czy to z Niebem, czy z jakąkolwiek inną siłą sprawczą w dowolnym uniwersum, czy nawet z własnym stworzeniem, zawsze są złożone, skomplikowane i na pierwszy rzut oka niezauważalne. Cóż, w końcu to dzieło Pana Kłamstwa, więc nie może być inaczej.

Pierwszy tom zbiorczego wydania zawiera trzy oryginalne albumy, w których nie tylko poznajemy bliżej samą postać Lucyfera, ale mamy też okazję odwiedzić japońską wersję Inferno, rządzoną przez bezwzględną boginię Izanami, a na koniec zstępujemy do naszych, rodzimych, zachodnich piekielnych czeluści, śledząc tamtejsze dworskie intrygi i rozgrywki pomiędzy pomniejszymi demonami. Wartością dodaną w serii z pewnością jest otwartość Careya na szersze spektrum wierzeń i mitologii, które w jego komiksie nie tyle się nie wykluczają, co wręcz rezonują ze sobą, budując jedno, szeroko zakrojone uniwersum, bazujące właśnie na swoistym konglomeracie religijno – mitologicznym. Podobnie jak Gaiman, budując uniwersum Sandmana, sięgał po rozliczne odniesienia społeczno-kulturowe, tak Carey zawęża nieco własne spektrum zainteresowań do wątków eschatologicznych i mitologicznych, co jednak nie ujmuje całości serii rozmachu i epickiego wymiaru.

„Lucyfer” podejmuje interesujące motywy, sięgające po problematykę społeczną, czy związaną z interpretacją wiary, ale to jednocześnie czyni komiks znacznie obrazoburczym i niewątpliwie nie trafi do każdego. Interpretacja lucyferowskiej roli w dziele stworzenia, ale i historia jego upadku nie jest zbyt zgodna – w careyowskiej wizji – z wersją biblijną. Autor reinterpretuje opowieść znana z Pisma Świętego i z ogólnego chrześcijańskiego dogmatu. W pewnym stopniu jesteśmy skłonni sympatyzować z postacią – choć twórca serii niekoniecznie stara się go gloryfikować, a bardziej stawiać w roli dwuznacznej moralnie i bardzo szerokiej do interpretacji. Lucyfer nie kieruje się jakimkolwiek moralnym wzorcem, sympatią do kogokolwiek, czy dowolną formą współczucia, bądź wierności względem najbliższych mu jednostek.

To istota, która ma określony cel, ustaloną od pierwszej chwili wizję i każdy czyn, każdy ruch ma ją do owego celu doprowadzić. Mimo wielu scen, w których klęska Lucyfera już zdaje się faktem, zawsze wychodzi on obronną ręką i przekuwa porażkę w sukces, bądź też odsłania wszystkie karty, obnażając w pełni niuanse własnych planów. I zaczynamy dostrzegać, że tak naprawdę każda ze stron realizowała utajone plany Gwiazdy Zarannej, mimo ułudy posiadania wolnej woli, własnej wizji, czy niezależności.

Trudno omawiać ten komiks tom po tomie, nie zdradzając kluczowych dla opowieści elementów. To historia bardzo złożona, nakreślona z epickim rozmachem i bogata w warstwy wieloznaczeniowe, jakie niemożliwe jest skwitować w kilku ledwie zdaniach. Carey, idąc w ślady Gaimana pozwolił sobie na wiele. Na balansowanie na granicy obrazoburstwa, sięgając po chrześcijański dogmat i bezlitośnie rozbijając go na czynniki pierwsze, by złożyć na nowo, mocno okraszając uzupełniającymi wątkami społecznymi, mitologicznymi i kulturowymi.

Graficznie jest zróżnicowanie, jednak wszyscy rysownicy dobrze radzą sobie z materiałem wyjściowym. Czy to realistyczny i szczegółowy Chris Weston, kojarzący się nieco z europejską szkołą komiksu, czy mocno mignolowski w stylu Dean Ormston, czy proste, nasycone kolorami rysunki Petera Crossa – to wszystko dobrze uzupełnia opowieść snutą przez Careya i dopełnia historię jednego z najbardziej fascynujących i dwuznacznych w ocenie Upadłych Aniołów. Jeśli miałbym wybrać najlepszego z rysowników w tym tomie, to chyba wskazałbym właśnie na Westona, jednak to przewaga nad pozostałymi minimalna, bowiem skala oceny podważana jest przez różnorodność graficzną i ciężko tak naprawdę stawiać na równoważni tak odmienne style rysowania.

„Lucyfer” to jedna z najciekawszych serii komiksowych jakie kiedykolwiek powstały. Zaistniała jako odprysk „Sandmana” i w krótkim czasie udało jej się osiągnąć poziom co najmniej zbliżony do serii – matki, także w ocenie czytelników. Przemodelowanie popkulturowego wyobrażenia Lucyfera w interpretacji Mike’a Careya z pewnością zachwyci tych, którzy szukają ciekawych, przesyconych wielokulturowością fabuł, otwartych na przełamywanie tabu i poszukiwanie nowych ścieżkach interpretacyjnych dawnych mitów, czy religii. Zbiorcze wydanie w końcu oferuje tej znakomitej serii oprawę, jakiej jest godna.

Lucyfer. Wydanie zbiorcze tom 1

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz: Mike Carey. Rysunki: Peter Cross, Chris Weston, Dean Ormston. Wydawnictwo Egmont 2021

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Predator 5th Anniversary, tom 4: Ksenogeneza / Piekielny wędrowiec – koniec łowów [recenzja]

Czwarty rocznicowy tom “Predatora” jest jednocześnie ostatnim, w którym znajdziemy klasyczne opowieści wydawane w latach …

Leave a Reply