Gorący temat

Ludzie cienia – kanibale kontra policjanci [recenzja]przedpremierowo 

Graham Masterton to jeden z tych pisarzy którzy w kraju nad Wisłą wypracowali sobie przez lata szczególny status. Dziesiątki opublikowanych w różnych wydawnictwach rozpinających się gatunkowo nie tylko w ramach horroru pozycji zapewniły mu rzesze fanów i trwałe miejsce w sercach miłośników bezpardonowej literatury.

Trzeba przyznać bowiem, że po jakikolwiek temat Brytyjczyk zdecydowałby się sięgnąć, w zasadzie zdarzają mu się momenty w których stawiałby na subtelność. Wręcz przeciwnie, charakterystyczne dla jego stylu dosadna brutalność i spore dawki seksu zdecydowanie odróżniają jego styl od zdecydowanie bardziej zachowawczych gatunkowych rywali, w postaci Koontza czy Kinga. W taki też sposób poprowadzone były zarówno „Wirus” jak i „Dzieci zapomniane przez Boga”, dwie pozycje z posterunkowym Jerrym Pardoe i sierżant Dżamilą Patel w rolach głównych. Para policjantów stawała w nich naprzeciw zjawiskom które trudno było wytłumaczyć trzymając się jedynie zasad zwyczajowej logiki i twardo stąpając po ziemi, a poziom brutalności zbrodni jakie przyszło im oglądać wykraczał daleko poza skalę.

„Ludzie cienia” to trzecie spotkanie ze wspomnianą dwójką, chronologicznie umieszczone jakiś czas po wydarzeniach z finału „Dzieci zapomnianych przez Boga”. Tym razem Jerry i Dżamila na swojej drodze spotkają czczący dawno zapomnianego bożka kanibalistyczny kult. Powstrzymanie go bynajmniej nie będzie proste – wyjątkowo trudno dociec bowiem jakim kluczem kierują się oprawcy przy wyborze ofiar, a niemal równie niemożliwym zadaniem okazuje się próba lokalizacji ich siedziby. W miarę jednak jak śmiertelne żniwo wzrasta, na londyńskiej policji wzrasta presja odnalezienia odpowiedzialnych. A nie ma przecież lepszych specjalistów od tematów niemożliwych, niż ci którzy swego czasu zdołali powstrzymać mordercze zapędy ubrań z second-handu i uwięzionej w londyńskich kanałach czarownicy.

Jako słowo się rzekło, „Ludzie cienia” to fabularnie w prostej linii kontynuacja cyklu – i podobieństwa można zauważyć w niej nie tylko dzięki temu samemu zestawowi bohaterów, ale i sposobie opowiadania historii. Po raz kolejny mamy więc do czynienia z połączeniem horroru i policyjnego procedurala, w którym z jednej strony będziemy towarzyszyli Jerry’emu i Dżamili w potraktowanym według schematu „po nitce do kłębka” policyjnym śledztwie, z drugiej staniemy się świadkami kolejnych zbrodni popełnianych przez antagonistów. Jak łatwo się domyślić, czyniąc kanibalizm daniem głównym swojej fabuły, „Ludzie cienia” doskonale wpisują się również we wszystkie elementy prozy Mastertona jakie znamy od lat – w tym oczywiście niezwykle graficznymi opisami mordów.

Najnowszy „horror kryminalny” Brytyjczyka definitywnie nie jest pozycją przeznaczoną dla czytelników o słabszych żołądkach – sceny w rodzaju przebijania kolan gwoździami, wypruwania wnętrzności i wydłubywania gałek ocznych są tu na porządku dziennym i choć nie da się powiedzieć by stanowiły przemoc dla samej przemocy, definitywnie stawia to „Ludzi cienia” jako książkę dla mimo wszystko dość wąskiego grona odbiorców. Jeśli pisane gore nam nie straszne, w zamian dostajemy za to całkiem sprawnie poprowadzoną intrygę, z dobrze znanymi trzymającymi równy wysoki poziom bohaterami, odpowiednim tempem i stylem który faworyzuje akcje i dialogi zamiast kilometrowych opisów.

Dałoby się przy tym całym dobrodziejstwie „Ludziom cienia” mimo wszystko to i owo wytknąć, głównie na poziomie konstrukcji historii. Niekoniecznie najmocniejszym punktem książki okazują się bowiem sceny przedstawiające nam sytuację z punktu widzenia złoczyńców, którzy sprowadzeni do  ludzkich nośników brutalności nie oferują w zasadzie niczego ciekawego pod kątem rozbudowy charakterów postaci. Zastanawiająca – choć bardziej w formie ciekawostki niż rzeczy która definitywnie psułaby przyjemność z lektury – jest obecność drugoplanowych postaci… które Masterton uśmiercił w chronologicznie pierwszym „Wirusie”. Na ile to niedopatrzenie, a na ile świadoma próba pobawienia się z uwagą czytelnika pozostanie zapewne zagadką, ale to rzecz warta odnotowania.

Mimo tego jednak, nie można powiedzieć, by „Ludzie cienia” byli lekturą słabą. To raczej książka która nawet jeśli raczej nie zdobędzie branżowych laurów w końcoworocznych podsumowaniach, jawi się po prostu jako solidna, rzemieślnicza robota, a zarazem Graham Masterton z całym dobrodziejstwem inwentarza. Na ile jest to w tym kontekście rzecz dla was – oceńcie sami.


Ludzie cienia

Nasza ocena: - 65%

65%

Autor: Graham Masterton. Wydawnictwo Rebis, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Rodzeństwo – emocjonalny rollercoaster [recenzja]

Wydawnictwo Szelest ma dobrego nosa do mocnych debiutów. Po “Nie zwalaj winy na blond” Agi …

Leave a Reply