Gorący temat

Uncharted – echa wspanialszych przygód [recenzja]

Ekranizacje gier komputerowych to ten temat, który mimo upływu lat niezmiennie spędza sen z powiek tak filmowcom jak i widzom. Na palcach jednej ręki policzyć można oparte na swych wirtualnych odpowiednikach produkcje, które można byłoby określić mianem choćby przyzwoitych. Film Rubena Fleischera wysoko zawieszonej poprzeczki bynajmniej więc nie miał.

Niekoniecznie wybujałe oczekiwania co do jakości samej produkcji to zresztą niejedyne, co „Uncharted” zdecydowanie ułatwiało start – już sama marka bowiem od lat jest jednym z najbardziej filmowo zaprojektowanych wirtualnych uniwersów, wręcz skrojonych pod ewentualną aktorską adaptację. Popularność przygód Nathana Drake’a można porównać do tej z czasów świetności Lary Croft, a że tematyka związana z poszukiwaniem skarbów i awanturnikami w rolach głównych to jeden z nieśmiertelnych motywów kinematografii, wydawało się, że jeśli nie jest skazane na sukces, to „Uncharted” przynajmniej nie przyniesie branży elektronicznej rozrywki wstydu.

Scenariusz filmowego podejścia do uniwersum stworzonego przez Naughty Dog można określić raczej zainspirowanym pewnymi elementami z poszczególnych growych odsłon, niż w konkretny sposób się na nich opierającym. Tym samym spotkanie z Nathanem Drake’em rozpoczynamy gdy ten dokonuje nieudanego włamania do muzeum wraz ze swoim bratem – czyli zdarzenia, które rozdzieli chłopaków na długie lata, w nieunikniony sposób definiując ich przyszłość. Półtorej dekady później, to właśnie chęć odszukania dawno utraconej rodziny spowoduje, że Nathan sprzymierzy się z zawadiackim poszukiwaczem skarbów, Victorem “Sullym” Sullivanem, co z kolei skieruje go na kurs kolizyjny z ludźmi którzy zrobią wszystko, by osiągnąć zamierzony cel. A ten jest niebagatelny – obok nadziei na spotkanie po latach, w grę wchodzi też skarb ukryty przez załogę samego Ferdynanda Magellana.

Ostatnie lata dla filmów przygodowych w stylu nieśmiertelnego Indiany Jonesa były raczej chude – na wielkim ekranie mogliśmy co prawda podziwiać inną, wspomnianą już wyżej reprezentantkę branży gier wideo, czyli Larę Croft w „Tomb Raiderze”, ale trudno kryć, że była to produkcja dość nijaka. Mając na podorędziu buzująca adrenaliną markę, mogliśmy więc spodziewać się, że „Uncharted” z powodzeniem wypełni tę lukę, ale jeśli czegoś w nim zabrakło, to właśnie esencji pasjonującej rozrywki – emocji.

Przyglądając się „Uncharted” z dalszej odległości, właściwie trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić z czego ów problem wynika. Jest tu bowiem może nie wybijająca się ponad przeciętność, ale wystarczająco przyjemna historia o ukrytym złocie, są doinwestowane sekwencje pościgów i potyczek, wreszcie w obsadzie znalazło się miejsce dla kilku niezwykle popularnych nazwisk z Tomem Hollandem na czele. Dopiero dokładniejsze oględziny (czy raczej minuty spędzone przy seansie) ujawniają rzeczywisty problem powodujący, że całość nie jest w stanie wskoczyć na wyższe obroty – a tym okazuje się podejście do filmu na zasadzie patchworku, zestawiającego ze sobą cały szereg pomysłów które na ekranach widzieliśmy już dziesiątki, jeśli nie setki razy. Ulepienie filmu ze znanych i lubianych motywów to rzecz jasna jeszcze żaden grzech – ale brak chęci by na ich kanwie budować coś autorskiego już zdecydowanie tak.  Co gorsza, „Uncharted” nawet zbytnio nie stara się tego faktu ukryć, scena za sceną odhaczając kolejne obowiązkowe elementy, ale zawsze ledwie prześlizgując się po ich powierzchni, bez zamiaru jakiegokolwiek zgłębienia ich treści.

Tym bardziej trudno mówić więc tu o jakichkolwiek zaskoczeniach – mamy standardowe słowne fechtunki pomiędzy Drake’em a Sullym, mamy ich przeciwników, których imiona wyparują z naszej pamięci w kilka minut po seansie, jest też kilka sytuacji w których ochronna warstwa plot armoru wypacza prawdopodobny bieg wydarzeń. O ile więc realizacyjnie mamy do czynienia z porządną, odpowiednio doinwestowaną robotą, cała reszta najzwyczajniej kłuje w oczy przeciętnością i zauważalnie niskim zaangażowaniem.

Czy wszystko to sprawia, że „Uncharted” staje się rzeczą w która nie warto inwestować swego czasu? Wiele zależy w tym względzie od naszych wymagań. Jeżeli chcemy wypełniacza nudnego wieczoru, ekranowa wersja przygód Nathana Drake’a wypełni dwie godziny naszego życia na tyle skutecznie, by nie zasypiać z nudów. Jeśli jednak mamy nadzieję na prawdziwie angażującą przygodę… cóż, lepiej po prostu zagrać w grę.

Foto © United International Pictures

Uncharted

Nasza ocena: - 50%

50%

Reżyseria: Ruben Fleischer. Obsada: Tom Holland, Mark Wahlberg, Sophia Ali. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Infinite Storm – terapia pośród górskich szczytów [recenzja]

Kino survivalowe to gatunek o tyle specyficzny, że częstokroć poprzez przedstawianie morderczych i bezlitosnych sił …

Leave a Reply